Życie toczy się w bramie

Ciągnie go do miejsc z wątpliwą reputacją. 
Tam, gdzie inni boją się zapuszczać, on wchodzi 
ze swoimi pomysłami. Ze starych praskich budynków 
uczynił kultowe miejsca na mapie Warszawy. 
Teraz ma na oku prawdziwy brylant, który wymaga oszlifowania – stuletnią kamienicę w Śródmieściu. A on, Gildas Boursin, architekt i deweloper, 
kocha taką jubilerską robotę.

To nietypowy adres. Na chodniku ulotki agencji towarzyskich. W budynku obok straszą puste witryny. Kiedyś był tu, jak głosi pożółkła kartka, zakład usługowy. Zapewne szewc. Kilka metrów dalej jaskrawy napis na barowej szybie reklamuje tanie drinki. Ale wystarczy obrócić głowę i... Wyłania się ciemna, zwalista bryła domu handlowego Vitkac. Po drugiej stronie ulicy wzrok przyciąga biało–czarne wejście do gmachu Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Tak, Nowogrodzka 4 w Warszawie to zdecydowanie nietypowy adres. Na styku dwóch światów. I to kręci w nim najbardziej.

W bramie stoi lśniący Adler Vestroyer. Z parteru w górę pnie się czerwony dywan. Czerwony? A czemu nie? Bo w tym tyglu, obok poważnych historycznych wspomnień, zupełnie współcześnie puszcza się oko do gości i przechodniów. – 80 proc. esencji architektonicznej kamienicy jest nienaruszone – mówi z niekrytym podziwem architekt i deweloper Gildas Boursin. Francuz. Niedługo minie 17 lat, odkąd jest w Polsce. W tym czasie znalazł niejedną taką perłę, ma do nich nosa. Ale to... To jest budynek bezcenny, unikatowy na skalę europejską. Brylant, który wymaga oszlifowania. A on, Gildas Boursin, uwielbia taką jubilerską robotę. Jest wtedy w swoim żywiole, co udowodnił podobnymi projektami w Warszawie (m.in. przy Stalowej czy Nieporęckiej). Opowiada więc, że kamienicę czeka absolutnie niezwykły remont. Nie ma mowy o skuwaniu starych tynków. Są w dobrym stanie, trzeba je „tylko" uzupełnić. W tym przypadku owo „tylko" oznacza sztukowanie zaprawami, których skład będzie taki jak przed wiekiem. To samo dotyczy drewnianych podłóg, okien, balustrad, ścian. Sztab ludzi stanie na głowie, by Nowogrodzka 4 powróciła do pierwotnego stanu, z 1914 r. 
I by nowi mieszańcy, przekraczając progi swoich mieszkań, poczuli się tak jak pierwsi lokatorzy.

Szkło, aluminium i Matka Boska

Pierwsza na mapie miejsc odzyskanych była Nieporęcka 12. Kilka lat temu Gildas ze współpracownikami, przyjaciółmi i lokatorami wyremontował tę przedwojenną kamienicę. Prace trwały przeszło trzy lata. Pojawiły się nowe elementy, jak dach czy instalacje, ale drewniane drzwi, podłogi i okucia przetrwały. Pięknie kontrastują z ultranowoczesną windą, w której lustrach odbija się stara praska kapliczka z Matką Boską.

Podobną filozofię architekt zastosował przy renowacji innej wiekowej kamienicy. Tylko on widział w obdrapanym praskim budynku przy Stalowej 52 potencjał. Tam również remont był potężnym przedsięwzięciem, bo Gildas chciał zachować jak najwięcej oryginalnych elementów. Walczył m.in. o uratowanie zabytkowych drewnianych stropów. – Każda stara belka została odkryta i przebadana przez specjalistę. Ratowaliśmy wszystko, co się dało, a udało się ponad dwie trzecie – opowiadał potem dumny.

Jak się szuka takich miejsc? Trzeba mieć nosa i trochę szczęścia. Tak było z najnowszą zdobyczą, Nowogrodzką 4. Przyjaciel Gildasa Boursina (nawiasem mówiąc – również Francuz) usłyszał, że poprzedni właściciel kamienicy wyprzedaje majątek. To była hiszpańska firma deweloperska, która swego czasu dużo inwestowała w stolicy. Ale powinęła jej się noga, ogłosiła upadłość. – I tak pojawiła się dla mnie okazja – opowiada Gildas.

Odkupienie budynku pochłonęło kilkanaście milionów złotych. Skąd pochodziły pieniądze? Jak w przypadku poprzednich projektów na Pradze 
– wyłożyli je francuscy prywatni inwestorzy. Ale nad kamienicą przy Nowogrodzkiej musiał czuwać wyjątkowo dobry duch. Bo tym razem do Warszawy przyjechał jeden z najbogatszych Francuzów (19. na tamtejszej liście milionerów). – Pokazaliśmy mu nasze poprzednie prace. Obejrzał też kamienicę w Śródmieściu i... tego samego dnia podpisał wstępne dokumenty. Jego wsparcie pomogło nam wygrać przetarg 
– wspomina architekt. Dlaczego Francuzi w ogóle interesują się Warszawą? Bo na tle innych miast Europy jest bardzo atrakcyjna. – To dynamiczne miasto, dobre do robienia biznesu. Do tego jeszcze ma duszę i klimat – mówi Boursin. I przekonuje, że rzeczą niemożliwą byłoby znalezienie podobnych kamienic w Paryżu. Tam niszowy deweloperski rynek jest zamknięty, od pokoleń zajmują się nim te same grupy ludzi. Taka inwestycja byłaby we Francji ze 100 razy droższa, niewyobrażalnie droższa.

Winiarnia i 112 szuflad

Od kilku miesięcy w śródmiejskiej kamienicy działa pracownia architektoniczna i firma deweloperska, którą zarządzają Gildas Boursin i Sylwia Wańska, kierownik projektu. Na przeszło 160 metrach kwadratowych powierzchni jest wszystko, co niezbędne do pracy: olbrzymi stół, gabinet, łazienka, kuchnia. Do tego przestrzeń i południowe światło wpadające przez olbrzymie okna. I gdyby tu postawić kropkę, opis byłby, delikatnie mówiąc, niepełny. Bo każdy zgromadzony tu przez Piotra Płoskiego (współpracownika i przyjaciela Gildasa) przedmiot jest z przeszłością i po przejściach. Krzesła z lat 30. stoją noga w nogę z tymi z lat 70. A lampy... To dowód na to, że lampę można zrobić ze wszystkiego. Ta w kuchni powstała z elementów urządzeń radiolokacyjnych, które kiedyś pracowały na jednym z francuskich lotnisk. W pracowni jest też mnóstwo unikatowych przedmiotów vintage z galerii smallna – m.in. stara szafka biblioteczna z 112 szufladami.

Reprezentacyjna klatka schodowa prowadzi do mieszkań, z których część (jak w oryginale) będzie miała 150 metrów kwadratowych. Jest i winda. Niestety, nie zachowała się ta sprzed wojen. W latach 60. zastąpiono ją topornym dźwigiem. Dlatego budynek dostanie nową, z lustrem weneckim.

Ale ożyć ma nie tylko budynek, lecz także jego okolica. Stąd rozmowy z okolicznymi mieszkańcami (a Gildas potrafi dyskutować jak mało kto!), stąd wydarzenia artystyczne (m.in. Warszawska Jesień), które już teraz dzieją się w półnagich ścianach budynku. – A na dole powstaną winiarnia i drink bar. Markowe alkohole, ceglane mury, wysokie sufity i piękne sklepienia... Tu będzie można przyjść, spotkać się, porozmawiać – opowiada.

Kamienicą obok już interesują się deweloperzy. Budynek naprzeciwko czeka z kolei gruntowny lifting (Gildas rozmawia z tamtejszą wspólnotą o nowej elewacji). Architekt nieraz już przekonywał, że zamiast czekać na działania polityków, woli wraz z małą grupą zmieniać otoczenie. I tak się dzieje: mieszkańcy Nieporęckiej 12 stanęli na głowie, by odmienić pobliskie podwórka. Na początku tubylcy pukali się w czoło lub szukali podtekstów, ale gdy zrobiło się czysto, umilkli najwięksi malkontenci.

Nieco dalej, pod adresem Nieporęcka 6, stoi nowa plomba. Na białej elewacji widnieje wyraźny szyld: „Konsulat 
Praettigau". Kolejna kawiarnia? Nic z tych rzeczy. Tu również współodpowiedzialny jest Gildas, który wokół swojego biura architektonicznego skupił grupę praskich artystów. W pomysł zaangażował się Rudolf Steiner, szwajcarski artysta interwencjonista.

– Stworzyliśmy miejsce przyciągające artystów z Polski i całego świata. Szykujemy wystawy, instalacje, każdy może do nas przyjść z twórczym pomysłem – mówił podczas uroczystego otwarcia wicekonsul Wojciech Molski. – Fundamentem naszej działalności będą ingerencje znanych artystów w przestrzeń praską, przede wszystkim ingerować będą artyści ze Szwajcarii. Zorganizujemy też niecodzienne spektakle teatralne, z wykorzystaniem motywu praskiego podwórka.

Bez wątpienia: praskie podwórka dostały drugie życie. Od przeszło ośmiu lat ul. Nieporęcka zaraża swoimi abstrakcyjnymi akcjami. To tam narodził się pomysł turnieju piłki ulicznej zorganizowanego na terenie Konesera. Tam również podczas Nocy Muzeów wzdłuż całej ulicy ustawiono stoły biesiadne dla sąsiadów i przyjezdnych.

Lista lokatorów

Budynek przy Nowogrodzkiej 4 od początku miały pod opieką dobre duchy, a pierwszym z nich był Rudolf Wilczyński, znany przed wiekiem przedsiębiorca budowlany. Postanowił wybudować tu dom dla swojej rodziny. Kupił więc stary drewniany budynek od poprzedniego właściciela za 70 tys. rubli i zaczął wznosić kamienicę.

Kamienica jest niczym wielkie stanowisko archeologiczne. Powoli opowiada swoją historię. Gildas Boursin jest jej kronikarzem. W pracowni powstaje książka, która będzie zapisem odzyskanych ludzkich losów (podobne pamiętniki opisują losy ulic Nieporęckiej i Stalowej). – To akurat mieszkanie przed II wojną 
należało do lekarza – Gildas zdradza tajemnicę miejsca, w którym teraz stoi jego biurko. – Miał tu swój gabinet, przyjmował pacjentów. A nie był to pierwszy lepszy doktor, tylko Bronisław Koziorowski, wybitny internista i okulista. Ten sam, który przez lata pracował na polskim transatlantyku „Stefan Batory". Gdy wracał z rejsów, opowiadał sąsiadom co ciekawsze fakty z życia polskiej arystokracji...

Rudolf Wilczyński zajął mieszkanie na drugim piętrze pod czwórką. Obok niego, pod trójką, mieszkało małżeństwo Kopfów – on neurolog, ona psychiatra. Na trzecim piętrze pod piątką – wdowa po jednym z przywódców powstania wielkopolskiego, Jadwiga Krauze–Paluch.

Potem przyszła wojna. W czasie powstania był tu szpital, skład broni i amunicji. Kamienica przetrwała też PRL, choć lekko nie było. Jeden z dawnych mieszkańców wspominał po latach: – Do mieszkania przyszli panowie z UB i powiedzieli, że jest im potrzebny pokój. Założyli kłódki na drzwi, przybili skoble. Mieszkali tam potem różni oficerowie, oddelegowani na szkolenia. Dłużej urzędował tylko jeden kapitan. Sprowadzał sobie panienki i popisywał się, że umie strzelać. Ostrzeliwał je dookoła"

Dwa lata temu kamienica przetrwała jeszcze jedną batalię – policja siłą usunęła z niej kilkunastu squatersów. Użyła gazu łzawiącego i armatek wodnych.

Dobra wątpliwa reputacja

– Nie liczyłem dokładnie, ale nad tym projektem pracuje i będzie jeszcze pracowało z tysiąc osób – mówi Gildas Boursin. Przyznaje, że w tej oazie spokoju czasem skacze mu ciśnienie. Choćby wtedy, gdy brygada kominiarzy udrażnia kanały kominowe. I czarna sadza osiada na bezcennych ścianach. Albo gdy patrzy na marmurowe schody na klatce schodowej. Zniszczone przez zbieraczy złomu. – Wyrwali żeliwne kaloryfery (pal licho oryginalne kaloryfery!). Ciągnęli je potem po marmurowych stopniach, które pękały pod ich ciężarem – mówi z nieskrywanym żalem. Znalezienie identycznego kamienia, którym fachowcy załatają dziury, zajęło mu wiele dni.

Ale, prawdę powiedziawszy, on zawsze miał nieco szalone pomysły. Jak choćby wtedy, gdy postanowił skończyć studia architektoniczne na Politechnice Warszawskiej. Do uczelni nic nie ma, to świetne miejsce. Rzecz w tym, że kilkanaście lat temu Warszawa z perspektywy Europy Zachodniej nie była najlepszym miejscem do życia. Jemu w podjęciu decyzji pomogły wspomnienia. Jako nastolatek trafił na Mazury, w okolice Giżycka i Węgorzewa. – To długa i skomplikowana historia – mówi. Dość, że jego ojciec w latach 80. został zaproszony tam na polowanie i zakochał się w malowniczych jeziorach. Postanowił pomóc w rewitalizacji starych pope