Żegnaj, piękna Liz

Miałam siedem lat, kiedy mama pokazała mi zdjęcie ciemnowłosej, pięknie ubranej kobiety o magicznych oczach. „To Elizabeth Taylor, aktorka i najpiękniejsza kobieta świata”. Zachwyciłam się i uwierzyłam. Wierzę w to do dziś. Z tą wiarą umrę.
Spadek i wszystkie klejnoty, prezenty od swych mężczyzn, te, za które większość kobiet dałaby się pokroić, przekazała na cele charytatywne. Na własny pogrzeb, skromny, bez błysku fleszy, spóźniła się 15 minut. Bo tak chciała.

Fot. FPM
Do końca była przy niej rodzina. Dzieci, które zawsze miała ze sobą na planach filmowych, i wnuki, które uwielbiała i rozpieszczała. Pewnie był także jeden z jej psów. Je też kochała.
Niczego w sztucznej fabryce snów nie robiła na pokaz. Bo zawsze robiła to, co uważała za stosowne. Opinię publiczną i plotkarzy miała gdzieś. Jedna z większych gwiazd kina, aktorek wszech czasów, która genialnie udawała przed kamerą, w życiu nie udawała nigdy.
Kiedy Hollywood umierało ze strachu przed nową epidemią – AIDS, ona jako pierwsza przełamała barierę przerażenia, otwarcie stając po stronie chorych. Wtedy jeszcze pomaganie nie było modne i nie ratowało uwiędłych wizerunków. Nie bała się być przy umierającym na AIDS Rocku Hudsonie, którego poznała na planie filmu „Olbrzym”, gdzie grał jej męża, choć tajemnicą poliszynela był jego homoseksualizm. Wspierała Freddiego Mercury’ego. Regularnie zbierała pieniądze na badania nad AIDS i na opiekę nad chorymi. Nie tylko dlatego, że kogoś w jej rodzinie dotknęła ta choroba. Ona po prostu była człowiekiem. I pewnie dlatego opuszczony przez wszystkich Michael Jackson nazywał ją swoją przyjaciółką. Z nim też została do końca, choć dla wielu było to głupie.
Do tego dyskretna, niebywale inteligentna, z poczuciem humoru. Nawet tuż po operacji mózgu, kiedy pozwoliła się sfotografować. Najpiękniejsza kobieta świata, która mogła mieć uzasadnionego świra na punkcie swego wyglądu, pokazała się z blizną na głowie, łysa, w szlafroku i na szpitalnym łóżku. I była wtedy najpiękniejsza.
Nade wszystko była jednak aktorką. Zwierzęciem ekranowym. Jej role w „Olbrzymie”, „Miejscu pod słońcem”, „Butterfield 8”, „Kotce na gorącym blaszanym dachu” czy „Kto się boi Virginii Woolf?” są jedyne i niepowtarzalne. Piękna kobieta, która nie musiała robić nic, by zaistnieć, bo kamera była w niej zakochana na zabój, zawsze powala swoim talentem.
Kiedy odeszła, media przypomniały sobie o starszej pani, którą ostatnio pokazywano w powłóczystych podomkach, na wózku inwalidzkim. Zawsze uśmiechniętej, coraz bardziej kruchej, z pieskiem na kolanach. We wspomnieniach publikowano jej najpiękniejsze zdjęcia. Żerowanie na ohydzie ją ominęło.
Chcemy zapamiętać Liz u szczytu sławy. Pięknej i pożądanej. Ona, uznawana przez sobie współczesnych za skandalistkę, dzisiaj wzbudza niepohamowany szacunek, nawet żądnych sensacji mediów. Dlaczego? Bo zawsze była sobą. Umiała się z siebie śmiać. Była pięknym człowiekiem.
Nie ma już takich aktorek. Nie ma już takich gwiazd. Żegnaj, Liz. Wypij drinka tam na górze ze wszystkimi tymi, którzy tam na ciebie czekają. Baw się dobrze. Było zaszczytem mieć tę świadomość, że jesteś. Zawsze będziesz.
Karolina Korwin Piotrowska - dziennikarka TVN Style