Z wybiegu na parkiet

Jej biznesowa podróż rozpoczęła się w piwnicy w Pszczewie. Później przez Schody Hiszpańskie w Rzymie, pokazy mody w Paryżu i Nowym Jorku doprowadziła ją z powrotem do Polski – na warszawską giełdę. Jednak Ewa Minge na tym nie kończy.

Jest pani bardziej projektantką czy przedsiębiorcą?

Całe życie czułam się bardziej przedsiębiorcą niż projektantką. Samymi zdolnościami plastycznymi nie doszłabym tu, gdzie jestem. Żeby osiągnąć sukces, talent nie wystarczy. A już na pewno - nie sam talent artystyczny.

Pani firma, Eva Minge Design, jest spółką zależną notowanej na NewConnect spółki Esotiq & Henderson. Jak to się stało?

Cztery lata temu zgłosił się do mnie fundusz inwestycyjny z USA, który chciał zainwestować w moją markę i rozwinąć ją na rynku amerykańskim. Propozycja opiewała na 150 mln dol. Co prawda miałabym w dalszym ciągu odpowiadać w całości za część produktową biznesu, jednak czułam, że z czasem stałabym się w mojej firmie tylko figurantką. Utraciłabym faktyczną kontrolę nad czymś, co zbudowałam od podstaw. Współpracowałam wtedy z Esotiq & Henderson przy projektowaniu linii bielizny. W związku z tym że bardzo dobrze się dogadywaliśmy, wspólnie wpadliśmy na pomysł, żeby markę Eva Minge (w marce „w" zastąpiłam „v", by za granicą czytano moje imię zgodnie z jego polskim brzmieniem) rozwijać razem. I tak od ponad dwóch lat Eva Minge Design jest częścią grupy Esotiq & Henderson, która ma dziś 51 proc. udziałów w mojej firmie.

Wspólnie postanowiliśmy otworzyć showroom w Mediolanie. To tam agenci sprzedający naszą pierwszą markę Eva Minge na całym świecie poznają moją kolekcję. To był dobry krok. Teraz marka jest dostępna w 120 salonach typu multibrand (sprzedających kolekcje różnych projektantów), połowa z nich jest w samych Włoszech. W 2015 r. chcemy tę liczbę podwoić. Jednocześnie od roku pracujemy z Esotiq & Henderson nad stworzeniem marki sieciowej, dostępnej dla szerokiej grupy odbiorców. Dotychczasowa, pierwsza linia – Eva Minge – ma silny charakter i niewielką, sygnowaną produkcję. Oprócz niej powstanie nowa, druga linia o szerszym zasięgu.

Jak się nazywa i kiedy ruszy sprzedaż?

Kolekcja jest już gotowa. Od marca pojawi się w 25 pierwszych salonach w Polsce oraz w internecie. Nie mogę podać pełnej nazwy, ale moje imię i nazwisko również się w niej pojawią. Natomiast dotychczasowa marka będzie się rozwijała głównie na świecie, w Polsce planujemy otworzyć jeden salon.

Czym ta nowa „sieciówka" będzie się różniła np. od Zary?

Będzie przenosiła trendy ze światowych wybiegów do szaf klientów poszukujących modowego produktu za rozsądną cenę. W mojej głównej marce pracuję w tej chwili nad kolekcją jesień–zima 2015/2016 i przymierzam się do wiosna–lato 2016. Te trendy będą wyraźnie zaakcentowane również w ubraniach i akcesoriach sprzedawanych pod drugą marką. Klient, sięgając po nią, będzie miał świadomość, że wybiera markę modową, produkt najwyższego gatunku. Ten młody brand ma się bardzo dynamicznie rozwijać również pod względem sieci sprzedaży. Ma być dostępny w mniejszych miejscowościach. Chcemy wyjść do klienta i być blisko niego. Dobrze wiem, o czym mówię, bo w Polsce mieszkam w Zielonej Górze.

Esotiq planuje w tym roku przenieść się z NewConnect na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych. Ma to związek z uruchomieniem nowej marki?

Nasze wejście na giełdę nie jest przypadkowe. Potrzebujemy pieniędzy na dalszy rozwój obu brandów.

Ile pieniędzy chcecie pozyskać z giełdy?

Dużo! Dopóki prospekt emisyjny czeka na akceptację Komisji Nadzoru Finansowego, dopóty nie mogę tego zdradzić. Ale mamy dużo do zaoferowania. Moda jest bardzo dochodowym biznesem. To rynek, w którym szerokość gamy produktowej, a wraz z nią rynek zbytu, jest praktycznie nieograniczona. Sukienki, okulary, farby, wanny, porcelana – to wszystko funkcjonuje pod moją marką. Nie jesteśmy debiutantami, mamy już kilkanaście lat doświadczenia ze sprzedażą tej pierwszej, luksusowej marki na rynkach światowych.

I czego nauczyły panią te wieloletnie doświadczenia?

Kolekcja musi być tak zbudowana, żeby na czterech różnych kontynentach klienci znaleźli coś dla siebie. Mamy np. wielu klientów na Sycylii – tkaniny kolekcji letnich trafiających na tę wyspę muszą być z innych materiałów i w innych kolorach niż te przeznaczone na północne rynki. To wszystko trzeba uwzględnić na etapie projektowania kolekcji kontraktacyjnej – wzory rozchodzą się po całym świecie, agenci zbierają zamówienia, one wracają do nas. Musimy to wszystko dokładnie zliczyć, sami zamówić kilometry tkanin, dodatków. Na szczęście mamy to już w małym palcu. Podobnie jak międzynarodowe kontakty. To ważne z perspektywy inwestorów giełdowych. Oni muszą wiedzieć, że spółka córka Esotiqa to nie start-up. Tym bardziej że Polska zupełnie nie kojarzy się z modą. Mimo to mnie się udało. Jestem dowodem na to, że inwestycja w naszą markę to dobra decyzja.

À propos kontaktów: za granicą marka Eva Minge cieszy się chyba lepszą prasą niż w Polsce. Dlaczego?

To prawda. Moje pokazy mody w Rzymie, Paryżu, Nowym Jorku, obecność na targach w Dusseldorfie czy w Moskwie wywoływały znacznie większe zainteresowanie cudzoziemców niż rodaków. Francuski magazyn „Be" wymienił moją kolekcję obok Diora, Chanel i Elie Saaba wśród najlepszych kolekcji haute cuture. „Washington Life Magazine" pisał o Eva Minge jako o odkryciu sezonu. Moje kolekcje były pokazywane we włoskim wydaniu „Vogue'a", „Harper's Bazaar" i innych magazynów. Mogłabym długo wymieniać. Tymczasem media modowe w Polsce nie są mną zainteresowane. Być może dlatego, że sukces nie ma dobrej prasy. Gdybym chciała być bardziej obecna w świadomości polskich dziennikarzy modowych, musiałabym poświęcać na PR znacznie więcej czasu niż dotychczas. A ja wolne wieczory zawsze wolałam spędzić w domu z dziećmi, niż imprezować na eventach. Brukowce, wiadomo. Każdy mój pokaz mody czy moje publiczne wystąpienie traktują jako okazję do analizowania mojego wyglądu. Przez cały okres budowania mojej marki nie przywiązywałam do tego większej wagi. To publikacje w prasie zagranicznej i bilans są dla mnie najważniejsze. Jak widać, moi klienci na całym świecie niespecjalnie przejmują się tym, co piszą brukowce nad Wisłą albo niepoważni dziennikarze.

Wróćmy do interesów. Pierwsza marka – światowa, druga – sieciowa, na razie w Polsce. Gdzie produkuje pani te kolekcje?

W Polsce. Bardzo dbamy o to, żeby to był produkt europejski, dobrze wykonany. Mamy swoją fabrykę i wzorcownię w maleńkiej miejscowości Pszczew. Założyłam ją 20 lat temu. Współpracujemy również z zewnętrznymi producentami w kraju, w zależności od tego, czy musimy wyprodukować kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy sztuk jednego ubrania. Nie planujemy tego zmienić. Jeżeli mowa o drugiej, tańszej marce, musimy wspomagać się rynkiem azjatyckim. Prawa ekonomii. Jeżeli chcemy konkurować z zagranicznymi sieciówkami, musimy się ścigać na ich zasadach.

Zagraniczne fundusze private equity dały sobie spokój?

Amerykanie znowu się odezwali, ale na pewno niczego nie będziemy sprzedawać. Zaproponowali nam ciekawą strukturę przeniesienia Evy Minge na rynek amerykański, bez kupowania udziałów w przedsiębiorstwie. Przez tych kilka lat przyglądali się rozwojowi mojej marki i przeprowadzili badania rynku amerykańskiego, z których wynika, że mogłaby się tam stać jedną z czołowych na rynku odzieżowym. Prowadzimy rozmowy o tym, by według ich pomysłu wprowadzić markę do Stanów Zjednoczonych.

Czy po 25 latach wciąż wszystko projektuje pani sama?

Przy pierwszej marce – oczywiście. Przy drugiej będę nadzorowała pracę kilku młodych, zdolnych polskich projektantów.

Jak to się zaczęło? Lubiła pani rysować ubrania?

Zawsze chciałam być projektantką. Jednak w głębokiej komunie (mam 48 lat) takie marzenia zakrawały na szaleństwo. Rodzice chcieli, żebym została lekarzem, na szczęście dla polskiej medycyny na studia te się nie dostałam. Więc przez osiem miesięcy pracowałam w szpitalu, żeby zdobyć tzw. punkty, które miały ułatwić dostanie się na uczelnię za drugim podejściem. I wtedy doszłam do wniosku, że nigdy nie odnajdę się w polskiej służbie zdrowia, w systemie z gruntu nieprzyjaznym pacjentowi. Poszłam więc na kulturoznawstwo i zaczęłam dorabiać, pracując w galerii sztuki. Szyłam sobie wtedy jedwabne bluzki, które własnoręcznie malowałam. Powstawały z tego tzw. batiki. Klienci galerii byli bardziej zainteresowani tymi bluzkami niż obrazami na sprzedaż. Postanowiłam założyć działalność. Na tym etapie bardzo pomógł mi tata. Malowałam na jedwabiu farbami, krawcowa zszywała te bluzki i tak to się wszystko zaczęło. Okazało się, że z batików, które w międzyczasie rozwinęły się również w inne części garderoby, miałam więcej pieniędzy niż cała rodzina i znajomi razem wzięci. W trakcie studiów zaczęłam zatrudniać pierwszych pracowników, wyjechałam z Poznania do Pszczewa, gdzie w piwnicy mojego domu rozkręciłam firmę na całego. No i tak to się zaczęło.

Z piwnicy w Pszczewie do Schodów Hiszpańskich jeszcze długa droga.

Miałam świadomość, że pomaga mi koniunktura. W tamtych czasach cokolwiek się wyprodukowało, rozchodziło się na pniu. Kolejki pod moją siedzibą ustawiały się od czwartku, a sprzedaż prowadziliśmy w sobotę. Czułam, że rynek w pewnym momencie się przesyci, a wtedy wywróci się większość garażowych firm. Kiedy zaczęłam eksportować ubrania do USA, Niemiec, Rosji, Izraela, do światowego klienta, doszłam do wniosku, że już czas na budowanie silnej, rozpoznawalnej marki. Najpierw w Polsce, później na świecie. Czułam, że łatwiej stworzyć ekskluzywny brand o unikatowym DNA, a dopiero później pójść w kolekcje masowe, niż odwrotnie – z sieciówki dostać się na wybieg. Dość szybko wyjechałam z Polski, gdzie byłam krytykowana za moją odmienność.

Co to znaczy?

Dziennikarze modowi nie mogli mnie zaszufladkować, znaleźć inspiracji ze znanych marek w moich kolekcjach. To, co było zaletą na rynku międzynarodowym, czyli unikatowość, w Polsce okazało się przeszkodą. Nie mogli mnie włożyć do szufladki z napisem „polski Roberto Cavalii", „polski Gianni Versace". Ktoś kocha Versacego, ktoś inny powie, że to kicz. Silna modowa marka nie jest dla wszystkich – jedni ją będą uwielbiać, inni niekoniecznie. Ta odmienność projektowanych przeze mnie ubrań, którą kupowali moi klienci, została kupiona również przez środowisko modowe na świecie. We Włoszech byłam za tę odmienność gloryfikowana. Dostałam na przykład propozycję bycia drugim głównym projektantem w jednym z najbardziej znanych włoskich domów mody. Nie mogę powiedzieć, w którym, bo propozycja była tak skonstruowana, że w razie odmowy niedoszły pracodawca miał pozostać anonimowy. Odmówiłam, bo mój starszy syn dorastał. Na tyle szumnie, że chciałam przy nim być. Postawiłam n