Z duchem czasu

W historii 

Rolls–Royce'a roi się od fantomów, zjaw, dusz. Ghost i Wraith to modele bardziej nowoczesne, ale z charakteru marki nic nie tracą.

Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają. Tu jednak zaraz po pytaniu „Ile to ma koni?", pada drugie – „Ile to kosztuje?". Odpowiedź – od 1,2 mln zł. Górnej granicy nie ma, bo w przypadku Rolls–Royce'a bardzo ważnym aspektem jest personalizacja.

Bo jak twierdzą przedstawiciele marki – tego samochodu nikt nie potrzebuje. Rollsa kupuje się, aby wynagrodzić sobie udany interes albo zrobić prezent bliskiej osobie. Ale Rolls–Royce to nie kolejne (za przeproszeniem) Lamborghini, lecz auto na życie. Takie, które może być tak unikalne jak jego właściciel. Właśnie dlatego powstał program Bespoke (szyty na miarę), w ramach którego przyszli właściciele Rolls–Royce'ów mogą zrealizować niemal dowolne marzenia.

Lakier pod kolor ulubionego krawata? Proszę bardzo. Monogram na skórzanej tapicerce? Nie ma problemu. Okleina z drzewa z prywatnego ogrodu? Skomplikowane, ale też się da. Kadzidło? Tu Rolls–Royce odmówił ze względów bezpieczeństwa, ale klient zgodził się na wykonane na zamówienie flakony z perfumami, które umieszczono w specjalnym uchwycie w schowku. Dziś 80 proc. Wraithów i Ghostów oraz 100 proc. Phantomów ma jakieś elementy Bespoke.

Na tym tle Wraith, którym jeździłem przez kilka dni, był bardzo skromny. Trzykolorowe wnętrze i jeden z kolorów skóry dobrany pod kolor lakieru. I parasolki pod kolor wnętrza. I podwójny pasek namalowany ręcznie wzdłuż całego nadwozia (w fabryce w Goodwood jest specjalista, który się tym zajmuje). I dywaniki z wełny kalifornijskich owiec. Podobno tylko jedna odmiana ma tak gęstą i miękką wełnę. Mógłbym na takich dywanikach spać, co w Ghoście z przedłużonym rozstawem osi nie byłoby takie trudne.

Wraith to coupe na bazie Ghosta. Oba samochody dzielą platformę z BMW Serii 7. Prawie 527 cm długości i prawie 2 m szerokości. Długa maska ozdobiona statuetką Spirit of Ecstasy (w menu komputera pokładowego jest opcja chowania jej pod maską). Ale nie taka to straszna zjawa, jak ją malują, bo dzięki kamerom 360 st. 

Wraithem nietrudno manewrować, a dodatkowe kamery z przodu ułatwiają wyjechanie np. z bramy.

Rolls–Royce stara się nie straszyć klientów nadmiarem nowych technologii, dlatego wszystkie te technologiczne nowinki można schować, żeby nie rozpraszały właściciela. Ale z drugiej strony trzeba iść z duchem czasu, więc adaptacyjny tempomat, wyświetlacz head–up czy kamera noktowizyjna wykrywająca pieszych też są dostępne.

Wnętrze Wraitha jest wygodne i ciche. Trudno ocenić, czy samochód porusza się z prędkością 40 czy 140 km/h. W drugim przypadku samochód na pewno nie porusza się po mieście, lecz po autostradzie, a to znaczy, że zużycie paliwa spada nawet poniżej 12 l na 100 km. Niezły wynik jak na 12–cylindrowy, 624–konny silnik i ważące ok. 2,4 t auto. Czas od zera do setki? 4,6 s. Prowadzenie? Zaskakująco dobre. Hydrauliczne zawieszenie robi cuda, aby pokonać prawa fizyki na zakrętach i zniwelować jakiekolwiek niedoskonałości nawierzchni. Tylko hamulce nie nadążają za mocą i masą. Ale wątpię, żeby właściciel Rolls–Royce'a to sprawdzał. 

Rolls–Royce to samochód, który może wszystko, ale nic nie musi.