Wyśnić swoje dzieło

Tytuł może się kojarzyć z amerykańskim zespołem znanym z takich przebojów jak „Losing My Religion" czy „Man from the Moon".

Jednak jego nazwa odnosi się do płytkiej fazy snu, której towarzyszą marzenia senne oraz szybkie ruchy gałek ocznych, zwane z angielska Rapid Eye Movement. Przez psychoanalityków faza ta nazywana jest formą rozmowy, jaką przeprowadzamy z sobą 
– w podświadomości, by uporządkować nasze przeżycia i emocje. Nie wszystkim starcza pomysłowości, odwagi i środków, żeby to, co nazywane jest REM, przedstawić na scenie. Zwłaszcza gdy się artystą sensu stricto nie jest. Po obejrzeniu spektaklu „REM" można jednak pomyśleć, że ta definicja jest względna. Każdy może wyśnić własne dzieło. Szczególnie kiedy dotyczy to sfery wizualizacji, a chce ją zobrazować ktoś, kto na co dzień odpowiada za wygląd włosów i fryzur.

Dobry wzór teatralny stanowi sztuka „Krawiec" Sławomira Mrożka, grana choćby przez Andrzeja Seweryna. Przekonuje bowiem, że między wielkimi stylistami a artystami wizualnymi granica jest cienka. Spektakl pokazany 23 marca w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej idzie dalej: przekonuje, że granice są płynne, a może nie ma ich wcale.

Oto Piotr Hull, uznany warszawski fryzjer i właściciel salonu Wilcza 18/1, współwłaściciel Barberian Academy & Barber Shop, a także wydawca „ŻURNAL ArtBook", przedstawił nam swoją teatralną stylizację na temat snu. Wykazał się znakomitym wyczuciem, ponieważ do napisania scenariusza spektaklu oraz stworzenia dramaturgii zaprosił Ankę Herbut. To ceniona młoda pisarka z grupy IP, stale współpracująca z reżyserem Łukaszem Twarkowskim. Duet zaprezentował m.in. w styczniu we wrocławskim Teatrze Polskim spektakl „Grimm: czarny śnieg" wg tekstu Herbut, penetrujący pejzaże podświadomości zaklęte w okrutnych bajkach braci Grimm. „REM" jest swego rodzaju pogłębieniem tematu, z jedną wszakże istotną różnicą: oglądamy rodzaj monodramu w wykonaniu Marcina Bosaka. To zaś, co słowem niewyrażalne, zostało pokazane w pobudzających wyobraźnie choreografiach i scenach baletowych przygotowanych przez Pawła Koncewoja i Zofię Rudnicką do oryginalnej muzyki Marty Radwan i wideo Martyny Iwańskiej.

Herbut zaczęła swój tekst od dojmująco współczesnych spostrzeżeń dotyczących intymności snu. Opowiada o czasach, kiedy małżeńskie łoże staje się reliktem przeszłości, gdy łóżko wielu parom służy wyłącznie do aktu miłosnego, po czym każdy idzie w swoją stronę lub wraca do singlowej niszy. W takiej sytuacji spanie razem i obnażanie swojej emocjonalności w towarzystwie drugiej osoby staje się rzeczą wręcz niemożliwą. Jedynym snem przynoszącym wyzwolenie z trudów dnia codziennego może być sen indywidualny, osobny. Pewnie stoi za tym również obawa przed ujawnieniem skrytych marzeń. Dlatego bohater Hulla woli śnić, woli mówić przez sen – w towarzystwie siebie samego. Zgodnie z teorią psychoanalityków: uporządkować swoje doznania i przekonać się, kim jest.

Formą pogłębiania sennych doświadczeń są sekwencje baletowe z udziałem alter ego M (Marcina Bosaka), w której to roli występuje znakomity choreograf i tancerz Paweł Koncewoj. W wyrafinowanych układach towarzyszące mu tancerki Anna Lorenc, Anna Czeszejko, Aneta Wira, Eliza Trautsolt–Walaszczyk i Paulina Jurkowska prezentują zmysłową część podświadomych doznań M. Są odpowiednio: Smakiem, Dotykiem, Słuchem, Węchem, Wzrokiem. To nie wyczerpuje palety doznań głównego bohatera. Wraz ze zmiennymi nastrojami wprowadzanymi przez kompozycje „A Blessing" Maxa Richtera i „Embers Alt Version" Maxa Richtera i Chui–Yee Trey Yee pojawiają się w scenicznych obrazach Przeszłość (Polina Rusetskaya), Teraźniejszość (Yuka Ebihara) i Przyszłość (Karolina Kiermut). Ich niedający się przewidzieć przebieg wydobywa i podkreśla zmienna choreografia świateł. Prawdziwą orgią sennych skojarzeń jest jednak finałowe wideo bliskie porwanej, surrealistycznej logice „Alicji w Krainie Czarów".

„REM", reż. Piotr Hull