Wyprawa na trawę

Przygoda nie kryje się tylko na Biegunie Południowym 
albo w amazońskiej dżungli. Nie trzeba pokonywać setek kilometrów, by kolekcjonować wrażenia na całe życie. Mikrowyprawy 
to sposób na maksymalne wykorzystanie wolnego czasu: nocleg w namiocie przymocowanym do skalnej ściany, spływ rzeką do pracy, nocna wyprawa do lasu. Przygoda czai się wszędzie.

„Myślę, że zostaliśmy oszukani. Że ci wszyscy wielcy odkrywcy – pierwszy na biegunie, na Mount Evereście, pierwszy, który spłynął Amazonką od źródeł do ujścia 
– że to wszystko jest jednym wielkim oszustwem. Że oni nas zwodzili. Sprzedali nam marzenie, mówiąc: zobaczcie, skoro ja tak mogę, to każdy tak może. Ale to nieprawda. Żeby być eksploratorem z prawdziwego zdarzenia, potrzebnych jest masę wyrzeczeń: rodzinnych, finansowych i czasowych. Trzeba się w to naprawdę zaangażować i przestawić na ten tor całe swoje życie", pisze Łukasz Długowski, podróżnik i dziennikarz, w swojej książce „Mikrowyprawy w wielkim mieście". – Szlag mnie trafiał, kiedy oglądałem zdjęcia z wielkich wypraw. Byłem strasznie sfrustrowany, że tego nie robię – opowiada. Aż pewnego dnia Łukasz zrozumiał, że przygoda jest tu, pod nosem, w podmiejskim lesie, nad pobliską rzeką, w nieodległych skałkach. Między wyjściem z pracy jednego dnia a przyjściem do niej następnego mamy zwykle kilkanaście wolnych godzin. Co można zrobić w tym czasie? Zamiast zalegnąć na kanapie, a potem pójść spać, żeby obudzić się tak samo zmęczonym i zestresowanym, można przeżyć przygodę. A gdyby do tego wziąć choć jeden wolny dzień...

Kanioning pod Łodzią

– Łukasz zadzwonił do mnie dzień wcześniej z pytaniem, czy nie chciałbym sforsować jednej z najczystszych rzek w Polsce mniej lub bardziej wpław, brodząc, chodząc i podpływając – opowiada Mateusz Kubik, na co dzień kapitan jachtowy i instruktor żeglarstwa. Razem z Łukaszem wsiedli rano w Warszawie w pociąg osobowy, z którego wysiedli w połowie drogi do Łodzi, w okolicy, w której płynęła upatrzona wcześniej na mapie satelitarnej rzeczka Rawka. Mateusz miał nieprzemakalny wór żeglarski, ale Łukaszowi wystarczył zwykły plecak i mocny worek na śmieci, do którego spakował ubranie, buty i portfel. – Szliśmy nad rzekę, obserwując po drodze malownicze sceny pod sklepem z piwem i artykułami różnymi. W środku tygodnia nie tylko my nie byliśmy w pracy. Boso ruszyliśmy w górę rzeki. Było pusto, urokliwie i chłodno. Przeszliśmy kilka kilometrów, opalając się po drodze na pniach. Obcowanie z dziką, nieuregulowaną rzeczką, która jest tam absolutnie piękna, to fantastyczne przeżycie. Zwłaszcza jak to piękno obserwujesz zanurzony po pas w wodzie. No i jest okazja do pogadania z dobrym kumplem – opowiada dalej Mateusz. Łukaszowi od dawna marzył się kanioning, czyli wędrówka z biegiem górskiej rzeki: zakładasz piankę, kask i wskakujesz do wody. Ale takie wyprawy to duże koszty i spore ryzyko, więc wymyślił sobie kanioning rzeką nizinną. – Najfajniejsza w tej wyprawie była totalna beztroska, czysta, dziecięca zabawa. To było ważne tylko dla nas, PKB od tego nie rósł, nic z tego nie wynikało dla innych – wspomina Łukasz. W mikrowyprawach m.in. o to właśnie chodzi. Nie są ważne „osiągi". Gdy po kilku kilometrach nie chciało im się iść dalej, po prostu położyli się na trawie, wypili piwo kupione w lokalnym sklepiku, a do domu wrócili PKS–em. – Przepłynąłem w swoim życiu spory kawałek świata. Po zimnym i ciepłym. Bywałem w bardzo wesołych i bardzo niewesołych sytuacjach – mówi Mateusz, który ma za sobą przeprawę łódką przez Atlantyk i zwiedzanie z niej okolic bieguna północnego. – I jasne, że to jest zupełnie inna skala niż wypad nad Rawkę. Ale radość i relaks płynące z takich mikrowypraw są podobne, jeżeli potrafimy z tego korzystać – zanurzyć się na chwilę w tej miniprzygodzie, po prostu pogapić się na zielone.

Wisła zamiast Wisłostrady

– Mikrowyprawy to czysta przyjemność – mówi Jasiek Sadowski, instruktor i wicemistrz Polski w Stand Up Puddle z 2014 r. SUP, czyli Stand Up Puddle właśnie, to najszybciej rozwijający się sport wodny na świecie. Jest tak m.in. dlatego, że to sport bardzo prosty, niewymagający dobrej kondycji fizycznej ani długiego treningu. SUP to połączenie surfingu z kajakarstwem: po prostu stoi się na desce i odpycha wiosłem (wypożyczenie sprzętu na godzinę to koszt ok. 20 zł). Łukaszowi wystarczył jeden dwugodzinny trening, żeby opanować ten sport na tyle, aby któregoś dnia spłynąć do pracy, zamiast jechać do niej samochodem. Droga z warszawskiego Wilanowa na Żoliborz Wisłą zajęła mu niewiele dłużej niż Wisłostradą, a stres, zamiast narastać, po drodze zupełnie zniknął. – Wisła w wielu miejscach jest przepięknie dzika. Nieregulowana linia brzegowa, wyspy, ptaki, słońce i przelewająca się po stopach woda – wspomina Łukasz. – Gdy opowiadam ludziom, że kąpałem się w tej jej części, która płynie przez miasto, na ich twarzach pojawia się zwykle wyraz obrzydzenia połączonego z niedowierzaniem. Ja też miałem kiedyś takie wyobrażenie o Wiśle: że to takie bajoro, do którego jak włożę nogę, to mi się ta noga rozpuści od całego syfu, który nią płynie. Ale Wisła została kilka lat temu przebadana i okazało się, że można się w niej bez strachu – i z przyjemnością! – kąpać – dodaje. Oczywiście nie chodzi o to, żeby z samochodu czy komunikacji miejskiej przerzucić się na stałe na drogę wodną (chociaż...), tylko o przygodę, o przełamanie codziennej rutyny, przeżycie czegoś nowego. Łukasz i Jasiek na SUP–ie wybrali się także nad morze. Plaża w trójmiejskich Babich Dołach znana jest wszystkim bywalcom Open'era. Oni swoją mikrowyprawę urządzili jednak zimą. 300 m od brzegu z wody wyłaniają się tu pozostałości starej torpedowni z czasów II wojny światowej. – Morze, szeroki horyzont, magiczna, budząca ciekawość budowla, z której zwisają wielkie sople, zmienne warunki i delfiny. To była wyprawa idealna! Ach, nie! Delfinów nie było, czyli prawie idealna – śmieje się Jasiek. Na taką mikrowyprawę może pojechać każdy, kto ma w pobliżu dużo wody i niedużo czasu. W organizacji wyprawy pomaga m.in. Sup Academy Poland, ale wypożyczyć sprzęt można też na własną rękę, m.in. w warszawskim Porcie Czerniakowskim.

Kąpiele w lesie

Ale mikrowyprawę można zorganizować także samemu – bez żadnych przygotowań, sprzętu czy nakładów finansowych. Im prościej, tym lepiej, przekonuje Łukasz. – Weź śpiwór, karimatę i idź zanocuj gdzieś pod gołym niebem. Nad pobliską rzeczkę albo do ogrodu znajomych, jeśli nie masz własnego. Nocleg pod gołym niebem to też przygoda – zapewnia. – Robię to od 15 lat i nigdy nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego – przekonuje. Zdarzały mu się natomiast sytuacje bardzo przyjemne, np. wtedy, gdy z lotniska Balice do centrum Krakowa przeszedł pieszo – przez Tyniecki Park Krajobrazowy – nocując po drodze nad Wisłą, koło opactwa tynieckiego. – Czwarta rano, słyszę głosy, grupka fotografów przyszła na poranny plener: „O, a tu ktoś śpi!". I chwila ciszy. Myślę sobie: „Oho, będą kłopoty". Ale po kolejnej chwili słyszę: „Ciiii, nie budźmy go, niech sobie jeszcze pośpi, chodźmy dalej". Pospałem jeszcze dwie godziny, zaparzyłem kawę na małym, turystycznym palniku, wypiłem ją, słuchając śpiewu ptaków i gapiąc się na wodę i skąpane w słońcu opactwo. I na śniadanie byłem w centrum.

Jeśli spanie na dziko to za dużo, Łukasz zachęca przede wszystkim do chodzenia. Jeśli nie ma czasu na dłuższe wyprawy, wystarczy wyrwać się na kilka godzin, żeby połazić po podmiejskich łąkach i lasach. Jego intuicję potwierdzają badania naukowe. Coraz więcej jest dowodów na to, że kontakt z naturą ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie – a jego brak może mieć dla nas fatalne skutki. 
– Japońskie badania pokazują, że spędzanie czasu w lesie – już od 45 minut, a najlepiej na kilkudniowym trekkingu – obniża ciśnienie krwi i poziom cholesterolu, napięcie mięśniowe, redukuje objawy stresu i agresji, zwiększa kreatywność, pomaga leczyć depresję – wylicza Łukasz. W latach 2004–2013 japoński rząd przeznaczył 4 mln dol. na badania, które potwierdziły, że shinrin–yoku, „kąpiele w lesie", zapisywane coraz częściej przez japońskich lekarzy pacjentom cierpiącym na najróżniejsze schorzenia, mają zbawienny wpływ na układ nerwowy i system odpornościowy. Zdrowotne korzyści spacerów stały się na tyle oczywiste, że w ślad za Japonią idą kolejne kraje. Korea Południowa zainwestowała 140 mln dol. w stworzenie Narodowego Centrum Terapii Lasem. Swoje sanktuaria do shinrin–yoku tworzą Tajwan i Finlandia, specjalne ścieżki bazujące na japońskich doświadczeniach powstały także we Francji, Luksemburgu i Szwecji. Brytyjski dziennikarz Richard Louv, autor książki „Ostatnie dziecko w lesie", ukuł termin „zaburzenie braku kontaktu z przyrodą", a NHS (brytyjski odpowiednik polskiego NFZ) szacuje, że co roku mógłby zaoszczędzić na leczeniu pacjentów 2,1 mld funtów, gdyby każdy Brytyjczyk miał dostęp do terenów zielonych (obecnie ma go 
14 proc. Brytyjczyków). – Stresuje nas brak zieleni – mówi dr hab. Maciej Błaszczak, kognitywista i biolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. – Dla naszego mózgu zieleń jest naturalnym sygnałem bezpieczeństwa. Jej widok uruchamia uwalnianie opioidów, które nas odstresowują i obniżają poziom bólu. Posługujemy się prawie wyłącznie mózgiem, a ciało odstawiliśmy na bok. A im więcej się ruszamy, tym efektywniej myślimy. Z badań nad ewolucją wiemy, że układ nerwowy i mózg występują wyłącznie u osobników ruszających się. Dlatego rośliny nie mają układu nerwowego – tłumaczy.

Jackowo zamiast Norwegii

– Gdzie byłeś ostatnio na wyprawie? – pytam Łukasza, gdy spotykamy się na trawie przed kawiarnią na warszawskiej Sadybie. – Jackowo Dolne pod Warszawą, 50 km od centrum. Jest tam rozlewisko Bugu. Pojechałem się w nim wykąpać. Miałem cykora, jak zawsze, gdy wchodzę do nieznanej wody: że mnie bóbr złapie za nogę, że zahaczę o coś obślizgłego – śmieje się Łukasz. – Wskoczyłem do wody, zaczynam płynąć i słyszę szum. Odwracam się, a nade mną wzlatuje stado łabędzi, dosłownie metr nad moją głową przeleciało ich z dziesięć! Potem jeszcze pływałem po tych rozlewiskach nocą w kanu, choć generalnie nie powinno się tego robić po ciemku, bo to niebezpieczne – jak wpadniesz do wody, nikt cię nie uratuje. Ale bardzo mnie to kusiło z jednego powodu. Dużo się w dzisiejszych czasach narzeka, że niczego już nie można odkryć, że nie ma już białych plam na mapach. A nad tym nocnym Bugiem czułem się jak w zupełnie obcym świecie, jakbym był tam pierwszym człowiekiem w historii.

– Jakbym ci zadała to samo pytanie cztery lata temu, to jak brzmiałaby odpowiedź?

– Norwegia. Cztery lata temu próbowałem przejść ją na nartach śladami Nansena – wspomina. Łukasz mówi o 500–kilometrowej przeprawie przez góry, płaskowyż Hardangervidda (wielkości Szwajcarii) i fiordy, którą 130 lat 
temu pokonał Fridtjof Nansen, polarnik i laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Wszystko w ekstremalnych warunkach: temperaturze spadającej do –30 stopni Celsjusza i wiatrach wiejących z prędkością do 80 km/h. – To był moment, w którym pomyślałem, że stopień ryzyka takich makrowypraw jest tak duży, że ja już nie chcę go podejmować. Że może moja ambicja za bardzo wybujała, że żeby być szczęśliw