Wybrańcy

Na prośbę pracodawcy spakowali swoje życie i ruszyli w nieznane. Zostawili w kraju nie tylko przyjaciół, 
ale też ulubione miejsca i utarte ścieżki. Cena, jaką trzeba zapłacić za życie na zagranicznym kontrakcie, 
bywa wysoka. To dlatego czasem pojawia się pytanie: czy warto?

– W firmie pracowałam już osiem lat. Zaczynałam w fabryce w Łodzi, potem na rok przeniosłam się do Warszawy – wspomina Karolina Gunert–Bernady. Jej córka miała wtedy cztery lata. Zmiana przedszkola była dla nich dużym wydarzeniem. Nie planowała wyjazdu za granicę, nie wiedziała, co może ją tam czekać. Jasne, pracując w międzynarodowym koncernie, miała świadomość, że taki wyjazd wiąże się z możliwościami rozwoju, awansem, ale nawet nie brała tego pod uwagę. Propozycja pojawiła się dość nieoczekiwanie. W języku korporacyjnym mówi się o tym: business need. W centrali w Genewie pojawił się wakat. Ktoś nagle zrezygnował z pracy z powodów osobistych i firma szukała pilnie zastępstwa. – Szef zaproponował mi to stanowisko. Spytał, czy nie chciałabym spróbować – wspomina.

Piotr pracę w warszawskim oddziale koncernu mleczarskiego rozpoczął jeszcze w trakcie studiów. 
– Wówczas mój pracodawca organizował program, proponując stypendium oraz prace dla studentów ostatniego roku. Od początku wiedziałem, że jeśli się sprawdzę, osiągnę zamierzone cele, to będę miał możliwość wyjazdu za granicę – opowiada. Najpierw pracował w produkcji, potem przeniesiono go do działu inwestycji lokalnych. Po trzech latach został oddelegowany do nowego działu zajmującego się międzynarodowymi inwestycjami. Biuro miało swoją siedzibę w Barcelonie. Był 2001 r. Piotr spędził w Hiszpanii trzy lata.

Akcja relokacja

Katarzyna pracuje w dziale HR międzynarodowej firmy ubezpieczeniowej. Do jej obowiązków należy m.in. typowanie kandydatów do pracy za granicą. – Taka osoba musi mieć nie tylko odpowiednie kwalifikacje, ale też odpowiedni charakter. Kiedy już wytypujemy grupę specjalistów, wybieramy spośród nich osobę, która jest otwarta, komunikatywna i łatwo adaptuje się do nowych warunków. W gronie ekspatów zdarzają się oczywiście single, ale doświadczenie pokazuje, że specjaliści to pracownicy z kilkuletnim stażem. Z racji swojego wieku najczęściej mają już rodziny i dzieci – tłumaczy.

Zapewne dlatego większość przywilejów ekspatów tworzona jest z myślą o rodzinie. Firmy pokrywają koszty przeprowadzki i wynajmu mieszkania, ale też płacą za edukację dzieci w międzynarodowych szkołach. Mąż czy żona mogą liczyć na zwrot kosztów za kursy językowe, dzięki którym szybciej zaadaptują się w nowym kraju. Większość przedsiębiorstw zapewnia opiekę zdrowotną dla całej rodziny i zwraca koszty podróży do Polski. Pracownicy mogą liczyć też na pomoc w rozliczeniu podatków czy dofinansowanie do zakupu samochodu. Zazwyczaj na podjęcie decyzji o wyjeździe nie ma zbyt wiele czasu. Przenosiny wymagają wielu formalności trwających w zależności od kraju docelowego od czterech do ośmiu tygodni. Chodzi nie tylko o załatwienie wizy czy pozwolenia na pracę, ale też o wynajęcie mieszkania, znalezienie szkoły dla dzieci czy zorganizowanie transportu osobistych rzeczy pracownika.

– Propozycja wyjazdu do Genewy zbiegła się z trudną sytuacją w naszej rodzinie. Zaraz po śmierci mojej mamy byłam pochłonięta opieką nad tatą. Nie chciałam, aby czuł się samotny. Dla mnie rodzina jest i zawsze była najważniejsza. Pochodzę z Bełchatowa. Gdy pracowałam w Warszawie, przyjeżdżałam do rodzinnego domu w każdy weekend – wspomina Karolina. Zaledwie rok wcześniej z powodu przeprowadzki musiała zmienić córce przedszkole. Obawiała się, jak zareaguje na kolejną zmianę. Tym bardziej że Zosia jest mocno związana z dziadkami. Maciek, mąż Karoliny, ma możliwość pracy zdalnej, więc to nie było problemem. Ale kilku lat trenuje nietypową dyscyplinę sportu – hokej podwodny. Kiedy dowiedział się o propozycji wyjazdu, zaczął od sprawdzenia, czy w okolicach Genewy będzie miał możliwość treningów. Na szczęście okazało się, że we Francji, bardzo blisko nowego mieszkania, działa drużyna hokeja.

– Kiedy otrzymałem propozycję kolejnego zagranicznego kontraktu, tym razem w Holandii, moja starsza córką Dominika właśnie skończyła siedem lat. Był maj i wybieraliśmy szkołę, w której miała zacząć naukę od września – wspomina Piotr. – Pamiętam, że w weekend byliśmy w jednej ze szkół podstawowych na pikniku dla przyszłych pierwszoklasistów, a w poniedziałek dostałem propozycję wyjazdu. Byliśmy wtedy też w trakcie przeprowadzki, bo właśnie skończyliśmy budować dom.

– To dlatego kłębiła się w nas masa wątpliwości... Wiedzieliśmy, że firma planuje centralizację i że być może mąż otrzyma propozycję przenosin. Ale nie spodziewaliśmy się jej tak szybko – wtóruje Anna, żona Piotra. Najbardziej martwiło ją to, że dzieci (Dominika i młodszy o trzy lata Michał) nie znają angielskiego. Jednak nie zastanawiali się długo. W sierpniu byli już w Amsterdamie.

Wszystkie odcienie rzeczywistości

– Od decyzji, że wyjeżdżamy, do przeprowadzki do Genewy minęło zaledwie kilka tygodni – mówi Karolina. W półtora miesiąca przenieśli życie i cały dobytek do innego kraju. Błyskawiczne tempo. Nie udałoby się bez pomocy firmy. Wszystko koordynował opiekun przydzielony przez pracodawcę. Zapytał o preferencje mieszkaniowe – lokalizację, metraż, liczbę pokoi. Gdy się przenosili, był środek roku szkolnego. – Obawiałam się, czy uda się znaleźć dla Zosi miejsce w szkole międzynarodowej. Zaproponowano nam aż dwie szkoły do wyboru. Nie wiem, jakim cudem udało im się to zorganizować – przyznaje Karolina. Pomoc dostała również w tak banalnej sprawie jak podłączenie internetu. Bo początkowo ani ona, ani jej mąż nie znali słowa po francusku, a w kantonie, do którego trafili, był to język urzędowy.

Genewa jest dużo mniejsza od Warszawy. Ma swój urok. Dużym atutem jest bliskość jeziora latem i stoków narciarskich zimą. Największym zaskoczeniem było to, że restauratorzy w godzinach popołudniowych nie serwują posiłków. Obiad można zjeść przed 14 lub po 19. – Dlatego gdy przylecieliśmy na kilka dni oglądać mieszkania, żywiliśmy się niemal wyłącznie tureckim kebabem 
– śmieje się Karolina.

– W szkole międzynarodowej powiedziano nam, że dzieci bardzo łatwo się adaptują, a bariera językowa zniknie po kilkunastu tygodniach. Trudno było mi to sobie wyobrazić – wspomina Anna. Wolała sama się upewnić. Przed podjęciem decyzji o przeprowadzce rozmawiała z inną polską rodziną, która miała dziecko w tym samym wieku co jej syn. Tamci ludzie pomogli rozwiać jej ostatnie wątpliwości. – Jakieś cztery miesiące po przyjeździe usłyszeliśmy, jak nasze dzieci rozmawiają po angielsku ze swoimi rówieśnikami ze szkoły.

– Zosia miała o tyle łatwiej, że w Warszawie chodziła do dwujęzycznego przedszkola, więc była osłuchana z angielskim. W klasie, do której teraz chodzi, nie ma polskich koleżanek. Ale może to i lepiej? Dzięki temu dziś płynnie mówi już po angielsku i zaczyna porozumiewać się po francusku. I to bez polskiego akcentu – dodaje Karolina.

Kultura pracy w dużych, międzynarodowych korporacjach jest jednolita na całym świecie. Pracownicy szybko wdrażają się w nowe obowiązki, ale wyjazd najczęściej oznacza też dla nich konieczność zdobycia nowych umiejętności.

– Pracuję w dziale zakupów – mówi Piotr. – W warszawskim biurze byłem odpowiedzialny za Europę Środkową i Wschodnią. Tu, w Amsterdamie, odpowiadam za projekty o światowym zasięgu. Awansowałem. Nowe stanowisko to większy prestiż, ale też większa odpowiedzialność.

Karolina Gunert–Bernady, chociaż pracuje w tej samej firmie, czuje się, jakby zupełnie zmieniła zawód. Jej obowiązki w Genewie są oczywiście powiązane z tym, co robiła w Polsce, ale... tylko w niewielkim stopniu. – Wszystkiego musiałam się nauczyć do początku. Jestem teraz program managerem, czyli osobą, która wdraża nowe pomysły i jest odpowiedzialna za produkt od momentu jego powstania do chwili wdrożenia go na rynek – mówi jako świeżo upieczona E–Imea Initiative Leader.

Taki mamy klimat

Dominik Król, menedżer zespołu IT, o wyjazd za granicę zabiegał sam. Wiedział, że firma planuje stworzyć w Indiach oddział, bo jest tam wielu zdolnych programistów. Odpowiedział na ogłoszenie w intranecie, rekrutacja trwała ponad pół roku i miała kilka etapów. Kiedy został wytypowany, na spakowanie się miał trzy tygodnie.

– Obowiązki mam dziś bardzo zbliżone do tych w Polsce – ocenia teraz z perspektywy czasu. Najbardziej zaskoczyły go problemy wynikające z odmiennego klimatu. Na przykład w czasie pory deszczowej cały kraj dosłownie się rozpływa. Drogi rozmiękają, transport nie dojeżdża na czas. Pokonanie nawet kilku kilometrów graniczy z cudem. Dla odmiany, gdy przychodzi fala upałów, pojawiają się przerwy w dostawie prądu. – Mimo zasilania awaryjnego to takie sytuacje powodują, że mam stan przedzawałowy – śmieje się. – Dużym problemem są też jadowite pająki i węże. W Polsce w biurze miałem schowaną listwę zasilającą w podłodze. Tutaj też mam, ale nie odważę się jej sam otworzyć. Zawsze w środku jest wąż. Dlatego jeśli potrzebuję podłączyć nowy sprzęt, wzywam fachowca. Przychodzi człowiek z workiem oraz kijem i wyłapuje te gady.

Sposoby na samotność

W życie ekspatów wpisana jest ciągła zmiana. W wielu szkołach międzynarodowych dzieci co roku mają innego nauczyciela i są przenoszone między klasami. Wszystko po to, by uczyły się adaptowania do nowych warunków. – Dominika po przyjeździe do Holandii zaprzyjaźniła się z dwiema dziewczynkami. Jedna była ze Szwajcarii, druga z Danii. Niestety, po kilku miesiącach okazało się, że obie wyjeżdżają z Holandii na zawsze. Dla Dominiki to był duży cios. Przykro było patrzeć, jak za nimi tęskni – przyznaje Piotr.

Wyjazd otwiera wiele możliwości, nadaje karierze rozpędu. Takich propozycji nie otrzymują przypadkowi pracownicy. Już na starcie jest to wyselekcjonowane grupa z ogromnym potencjałem. Ekspaci, jeśli wracają potem do rodzimego kraju, to zazwyczaj na kierownicze stanowiska, na których mogą w pełni wykorzystać nabyte za granicą umiejętności i nawiązane relacje biznesowe. Wielu z nich decyduje się jednak pozostać na kolejny kontrakt w tym samym oddziale lub zmienia kraj pobytu. Ale sukces jednego z małżonków często oznacza stagnację w życiu zawodowym drugiego.

– Na pewno, decydując się na taki wyjazd, trzeba ułożyć swoje życie od początku i przynajmniej czasowo zrezygnować z własnych ambicji dla dobra rodziny. Odnaleźć się w obcym kraju, w innej kulturze, nawiązać nowe znajomości. To trudne i trzeba mieć tego świadomość – przyznaje Anna.

Szkoła międzynarodowa uczy nie tylko szacunku dla innych kultur i wyznań, ale przede wszystkim samodzielności myślenia. Dzieci potrafią prowadzić dyskusje i znajdują argumenty na uzasadnienie swoich decyzji. Taka asertywność, w najlepszym rozumieniu tego słowa, zaprocentuje w przyszłości.

– Widzę, jak duże postępy robią Dominika i Michał, jak wszechstronna jest to edukacja. Jeśli ktoś ma rodzinę, to dla dzieci taki wyjazd jest niczym los wygrany na loterii