Wszystkie marzenia mi się spełniły

Będzie o pięknych latach 50., o walce na śmierć i życie. O miłościach, o odkrywaniu Ameryki i Niemiec. O czasach, w których radzono sobie bez komputera, komórki i GPS-a. Będzie też o tańcu, którego się boi... Zbigniew Wodecki w 40. rocznicę pracy artystycznej, w cudownie dowcipnej, ale i szczerej do bólu rozmowie o światach, które „uczą nas żyć” i „uczą udawać”.

(...) Wciąż jest w tobie jakaś zadra…
Jest. Wychowałem się w innym świecie. I nawet nie mówię o muzyce, raczej o wartościach, hierarchiach.

Fot. Joanna Kułaga/dzięki uprzejmości Pana Zbigniewa Wodeckiego
To był świat, w którym młody człowiek wiedział, że musi się od kogoś uczyć, że ważne są autorytety, że liczą się umiejętności poparte rzetelną wiedzą, latami ćwiczeń, że muzyk to ktoś, kto od dziecka podporządkowuje wszystko opanowaniu instrumentu… Że nie zostaje się artystą w ciągu paru miesięcy… To mi wpajał ojciec muzyk, tego mnie uczyli nauczyciele w szkole podstawowej i później Franciszek Skołyszewski, Aleksander Frączkiewicz, Juliusz Weber, u którego zrobiłem dyplom, i dyrygenci, pod których batutą grałem w orkiestrze, i Kazimierz Kord, z którego Krakowską Orkiestrą Kameralną grałem Koncerty Brandenburskie. Oni nauczyli mnie, że liczy się perfekcja, że program musi być idealnie przygotowany, że wszystko musi być wyćwiczone na blachę. Słowem – im ktoś więcej wie, tym większą ma szansę, by być kimś, by się zbliżyć do guru.
I nagle to wszystko szlag trafił. Zaczęło się zarabianie pieniędzy i robienie tzw. kariery. Zacząłem się zastanawiać, po co tyle lat się uczyłem. Wychodzę, śpiewam „Pszczółkę Maję” i mam większe brawa, niż gdybym zagrał jakikolwiek koncert. Nieraz mówię do któregoś z kolegów muzyków: „Nie ćwicz za dużo, bo stracisz kontakt z publicznością”. Albo: „Nie możesz grać bardzo dobrze, bo cię nie zrozumieją”. Niby to żarty, ale z życia wzięte. (...)

Ale przecież musiały być momenty, które pozwoliły ci bardziej uwierzyć w siebie, kiedy czułeś się dowartościowany? Np. uznanie jakiegoś autorytetu…
Oczywiście, że były ważne i budujące zdarzenia. Zaproszenie przez dyrektora Korda do Krakowskiej Orkiestry Kameralnej czy spotkanie Jana Webera, wybitnego muzykologa, popularyzatora muzyki poważnej. Kiedyś – to już było po nagraniu „Izoldy” i „Lubię wracać tam, gdzie byłem” – zaczepił mnie na korytarzu na Woronicza i powiedział: „Pan robi więcej dla całej muzyki poważnej niż cała nasza redakcja!”. I odszedł. Nie znałem go. Pytam, kto to jest? A on bodaj był już dyrektorem Naczelnej Redakcji Muzycznej Polskiego Radia i Telewizji. Kiedyś też zagadnął mnie w radiu Władysław Szpilman: „To pan nagrywa tego Bacha?”. Potwierdziwszy, usłyszałem: „Aha”. I Szpilman odszedł. Tu już miałem wątpliwości, czy to „aha” oznacza, że dobrze, czy że źle. Ale chyba dobrze, skoro mnie zaczepił.
Wiedziałem też np., że Gustaw Holoubek z sympatią się o mnie wyraża. I że lubili słuchać moich piosenek – „Bacha”, „Izoldy” – również aktorzy: Lidia Korsakówna, Kazimierz Brusikiewicz, Czesław Wołłejko… À propos pana Holoubka. Byłem w Warszawie na premierze filmu „Przedwiośnie” z dorosłą już córką Kasią, spotkaliśmy paru kolegów, między innymi Janka Gajosa…

Grał w tym filmie starego Barykę…
…Bogusia Lindę i parę innych osób. Natomiast już po pokazie przywitaliśmy się z panem Holoubkiem, czemu towarzyszyła krótka kurtuazyjna rozmowa. Wychodzimy i Kaśka mi mówi: „Wiesz, tato, największą satysfakcję sprawiło mi przywitanie się z Holoubkiem”. „Poczekaj chwilę”. Wróciłem z parkingu, podszedłem do aktora: „Muszę to panu powiedzieć. Córka z całego wieczoru najbardziej przeżyła fakt, że mogła panu podać rękę”. Popatrzył przeze mnie gdzieś daleko i daję sobie głowę uciąć, że zauważyłem w jego oku łzę.

Czyli w sumie dobrze, że nie pozostałeś przy muzyce klasycznej…
Muzycy w filharmoniach naprawdę ciężko pracują, a ja jestem po prostu na taką pracę za l­eniwy.

Przecież non stop pracujesz. I ty uważasz się za człowieka leniwego?
Jestem leser, któremu się udało. A udało się dzięki temu, że urodziłem się w Krakowie, że trafiłem między wspaniałych ludzi, że ojciec nie wahał się dać mi w łeb, gdy nie chciałem ćwiczyć. I tak oto temu leserowi udało się, bo choć jestem bardzo leniwy, to masz rację – jestem jednym z najbardziej zapracowanych ludzi estrady w kraju. Z jednej strony bardzo dużo pracuję, a z drugiej – trudno mi się zmobilizować, np. do poszerzenia repertuaru.

Faktycznie, repertuar twój bogaty nie jest. Niewiele tych piosenek.
I nawet nie chcę, żeby było ich dużo. Ja chcę wyjść i popisać się przed ludźmi. Repertuar, który mam, wystarcza.

To zabawne, że leserem określa się ktoś, kto od lat nie miał wakacji.
Nie mam, bo na wakacjach cierpię. Kupa czasu, można by tak pięknie poćwiczyć, a się nie chce.

Nie żartuj. Jacek Wójcicki powiedział mi: „Zbyszek ceni talent, bo sam go ma, dlatego uwielbiam jego powiedzenie: «Po co ćwiczyć, ćwiczyć to muszą mało zdolni…»”.
Zdolni ćwiczyć nie muszą, a niezdolni nie powinni.
Obiecujesz mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? OBIECUJĘ. JAK TYLKO SUMIENIE I RESZTKI ROZSĄDKU POZWOLĄ. A są pytania, których nie chciałbyś usłyszeć? PEWNIE SĄ. MAM NADZIEJĘ, ŻE JAKO CZŁOWIEK KULTURALNY ICH NIE ZADASZ. Jak sądzisz, dowiesz się czegoś o sobie przy okazji tej książki? ŻE JESTEM JUŻ STARY...

Musisz cały czas pracować?!
Przywykłem, że codziennie gram na skrzypcach i na trąbce, żeby utrzymać usta w formie. O, świetnie się czułem na Mazurach u Krzyśka Jasińskiego, przed premierą „Sonaty Belzebuba”. Rano bieg do jeziora, by popływać, potem próba, przerwa na lunch, druga próba, przerwa na podwieczorek, trzecia próba. To bardzo męczące intelektualnie, a fizycznie… jeszcze bardziej. Po całym dniu czułem się wykończony, ale zdrowsze to niż leżenie na plaży (nie używam kremów).

To nie kokietuj słowem „leser”.
Świadomie go użyłem. Bo miałem dużo szczęścia; mnie naprawdę nie musiało się udać. W szkole podstawowej byłem małym chuliganem, z liceum muzycznego mnie wyrzuci­li!­!! W domu tragedia. Grająca na wiolonczeli siostra śpiewa w Operetce Krakowskiej, ojciec jest pierwszym trębaczem w orkiestrze symfonicznej, dom nieustannie pełen ludzi ze świata muzyki, których dzieci również uczęszczają do szkół muzycznych, a ja, który miałem zostać Paganinim, nie dość, że słabo się uczyłem – bo orłem nie byłem, muzyka długi czas mało mnie interesowała – to ostatecznie zostałem wyrzucony w pierwszym roku nauki z liceum. Trzech nas skreślili z listy uczniów, wcześniej oskarżając o wyrzucenie map z sali perkusyjnej, gdzie ćwiczyliśmy na trzy gitary i trzy głosy ówczesny szlagier „Jedzie, jedzie pociąg”.

Czyli „One Way Ticket” Neila Sedaki, w polskiej wersji śpiewany przez Helenę Majdaniec jako „Bilet w jedną stronę”.
Dla nas okazał się biletem z liceum na bruk. Po latach dowiedziałem się, że te mapy wyrzucili Zbyszek Seifert, Janusz­ ­Stefański i Edek Anioł, o czym powiedział mi Janusz podczas któregoś wyjazdu z Ewą Demarczyk. Zatem wywalili mnie, w domu rozpacz, co z niego wyrośnie, lata gry na skrzypcach zmarnowane. No, płacz mamy i zgrzytanie zębów ojca… W efekcie trafiłem do średniej szkoły muzycznej, co oznaczało rezygnację z przedmiotów ogólnokształcących, czyli z matury, bo to była jedynie szkoła muzyczna. Spotkałem w niej ludzi, którzy grali jazz, którzy już zarabiali na fajfach w knajpach, w klubach… Świetna szkoła; papieroski się w niej paliło oficjalnie, co mi strasznie imponowało. I ta zmiana szkoły nie tylko mi życia nie zrujnowała, ale wręcz przeciwnie.

Bez wątpienia zaważyła na całym twoim życiu.
Przede wszystkim była to szkoła, której uczniowie już gdzieś grali; wielu chłopaków kończyło ją, żeby mieć papier, który da im wyższe stawki. I ja także szybko zacząłem grać jakieś chałtury, bo umiałem i na perkusji zagrać, i na basie – na przykład w Teatrze Kolejarza.
Fot. Joanna Kułaga/dzięki uprzejmości Pana Zbigniewa Wodeckiego
Grałem, jak grałem, ale trafiałem we właściwe dźwięki. Na gitarze też grałem, co słychać na mym pierwszym longplayu w piosence „Panny mego dziadka”. Naprawdę miałem z tą szkołą szczęście. To w niej odnalazł mnie nikomu nieznany Marek Grechuta. Zaczęliśmy się bawić muzyką, później Marek odniósł sukces w Opolu, a ja, grając z Anawą, już wiedziałem, kiedy na mnie skierowana jest kamera, już poczułem, że lata ćwiczeń na coś się zdały. A to dopingowało do dalszego ćwiczenia. Wreszcie trafiłem do zespołu Ewy Demarczyk…

W ogóle byłeś bardzo aktywny. Nawet muzykę ludową grałeś.
Grałem! Trochę później. I od tamtego czasu wiem, jakie to trudne. Był taki świetny akordeonista Marian Oczkowski, miły człowiek i bardzo dobry muzyk. Kiedyś zaproponował nam, młodym wilczkom z orkiestry, granie ze Słowiankami – gdzieś na stadionie, za jakieś grosze. A co to dla nas? – powiedzieliśmy. Próba? Niepotrzebna. Gramy od razu! A potem okazało się, że jeden takt jest na cztery czwarte, drugi na trzy ósme, a trzeci na jedenaście ósmych! Pogubiliśmy się i rozjechaliśmy całkowicie. Jedynie Oczkowski grał na akordeonie zgodnie z nutami. (...)

Z perspektywy lat dostrzegasz jakieś dawne decyzje, których dzisiaj żałujesz? Albo takie, które poprowadziły cię w ślepe uliczki, okazały się porażką?
Nie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ja głównie cały czas dbałem o to, żeby utrzymać rodzinę, przecież w wieku 25 lat miałem już trójkę dzieci. A byłem tylko skrzypkiem.
Chcesz powiedzieć, że gdyby nie twoje poczucie obowiązku, gdybyś nie miał trójki dzieci, nie chciał im zapewnić bytu, nie byłbyś tak aktywny?
Aż tak to nie. Tak się składało. Wypełniałem tymi skrzypeczkami, jak mi się wydawało, jakąś lukę na estradzie, bo widziałem, że taki gość jest potrzebny. Te lata nauczyły mnie prawdziwego muzykowania z ludźmi, a jednocześnie musiałem się starać, żeby dobrze wypaść jako solista, bo repertuar, który grałem z Ewą, do tego zmuszał… No i troszkę starsi koledzy – Andrzej Zarycki, Stanisław Radwan, Zygmunt Konieczny, którzy pisali muzykę do filmów i dla teatrów, zabierali mnie na nagrania – obok Basi Świątek, Kazia Moszyńskiego, Jurka Klocka… Gdzie ja nie grałem; w Teatrze Bagatela i w Starym Teatrze, i do Łodzi jeździłem na nagrania… Bo jakoś się rozeszło w środowisku, że zagram solówkę, poimprowizuję, a jak trzeba, to i zrobię chórki. Ale to nie było tak, że byłem nastawiony wyłącznie na zarabianie. Z czasem chodziło mi również o to, żeby odnieść jaki