Wsadzam nogi w pustkę

Jerzy Płonka jest pierwszym niewidomym Polakiem, 
który wszedł na Mont Blanc, a Mont Blanc 
jest pierwszym szczytem, jaki Jerzy zdobył po utracie wzroku. Gdy z niego zszedł, zrozumiał, że – nomen omen 
– nie widzi przeszkód, by zdobyć Koronę Europy, 
czyli 46 najwyższych europejskich szczytów. 
Do sukcesu brakuje mu już tylko 10.

Każdy szczyt pamięta bardzo dokładnie. – Ludzie, którzy widzą (a ja też kiedyś widziałem, więc trochę pamiętam, jak to jest), zapamiętują głównie obrazy. Ja pamiętam zapachy, strukturę podłoża, fakturę skał, porostów. I temperaturę wody w potokach – opowiada Jerzy Płonka, gdy pytam, co ma na myśli, mówiąc, że góry są piękne. Bo przecież Jerzy Płonka ich nie widzi. Gdy miał dwa lata, zdiagnozowano u niego zdegenerowanie siatkówki. W podstawówce przestał czytać i pisać. – Jak miałem 15 lat, to już mi się strasznie posypało – wspomina. Ale ze sportu nigdy nie zrezygnował. Zawsze był aktywnym dzieckiem, biegał po osiedlu, zderzał się ze słupami, wchodził na drzewa i z nich spadał. Przez trzy lata wiosłował w kadrze, potem biegał maratony, bardzo dużo czasu spędził na ścianie wspinaczkowej.

Za własną kasę

Umówić się z Jerzym Płonką na rozmowę nie jest łatwo. Ale nie dlatego, że ma problem z odpowiedzią na mejla czy odpisaniem na esemesa. Telefon obsługuje za pomocą Siri, od dawna korzysta z programu udźwiękowiającego komputer i z syntezatora mowy. Trudność polega na tym, że Jerzy jest bardzo zajęty. – W poniedziałki i środy biegam, wtorek, czwartek basen, weekendami siłownia albo wyjście w góry – wylicza. I już musi uciekać, bo dochodzi 21, a koledzy czekają, żeby zabrać go na basen.

– To nie jest tak, że siedzę w domu i jak jest wyjazd, to wstaję. Ja się do tych wypraw bardzo starannie przygotowuję – mówi kilka dni później, gdy udaje się go złapać po powrocie z gór. Oprócz kondycji do zdobywania szczytów niezbędne są jednak pieniądze. Za pośrednictwem strony Pomagam.pl Jerzy chciałby uzbierać kwotę 140 tys. zł. Na razie jest 10. Koszty są duże, bo nie może podróżować sam. Trzeba opłacić bilety, noclegi i prowiant dla przewodników, sprzęt. Projekt już pochłonął około 200 tys. Były dofinansowania i sponsorzy. 10 tysięcy dał Lewiatan, co roku coś daje PZU. Dużą część wypraw Jerzy opłacił jednak z kredytów.

„Polecam dla ochłody film »Everest«!!! Tam giną, ale za WŁASNĄ kasę!" – czytam mu komentarz, jaki znalazłam w internecie pod artykułem o jego wyprawach. – O Jezu, serio ktoś tak napisał? To jakiś fajny człowiek musi być 
– komentuje Jurek. – Wysokogórskie wyprawy bardzo lubią komentować ludzie, dla których Gubałówka jest szczytem nie do sforsowania. Ale rozumiem, że dla wielu to jest coś zupełnie abstrakcyjnego. Ślepy chodzi po górach. No, nienormalny. Głupi jakiś. Dla mnie głupsze jest siedzenie w domu.

Ściągnąć ślepego

Teraz Jerzy intensywnie przygotowuje się do zdobycia Dufourspitze, najwyższego szczytu Szwajcarii (4634 m n.p.m.). – Jedziemy w kwietniu, chcemy wejść na nartach turowych, potem raki i znowu narty, żeby zjechać, nie tracąc czasu. Do zakończenia brakuje dziesięciu szczytów. Albo dziewięciu. Zależy, jak liczyć – mówi. Bo np. najwyższe szczyty Hiszpanii są dwa: Mulhacén (3478,6 m n.p.m.) w kontynentalnym paśmie Sierra Nevada i Pico Del Teide (3718 m n.p.m.) na Teneryfie, który Jerzy zdobył w listopadzie. Z kolei na Mont Blanc trzeba wejść dwa razy, bo jest Mont Blanc francuski i Mont Blanc włoski – leżą w tym samym masywie, nawet w tej samej górze, ale po dwóch stronach granicy i jeden jest 200 m wyższy od drugiego. – Ale już pal sześć te Mont Blanki, czekają mnie trudniejsze wyprawy: Wyspy Owcze, Turcja, Kazachstan. Trzeba też powtórzyć Liechtenstein, bo poprzednim razem musieliśmy zawrócić 300 m przed szczytem. Popsuła się pogoda.

Pierwszym szczytem, na jaki w ramach projektu zdobycia Korony Europy pojechał, był irlandzki Carrantuohill (1038 m n.p.m.). – Góra nieduża, ale tak dała w tyłek, że głowa mała. To bardzo trudny szczyt, bo nie prowadzi na niego żaden szlak, wszystko się sypie, to taka kupa kamieni jest. W dodatku bardzo duża wilgotność powietrza – opowiada. Z kolei w Kosowie okrutnie się poobijał, w Bośni udało się dopiero za czwartym razem, a w Szwecji było przeokrutnie zimno. Ta szwedzka wyprawa była zresztą dla niego przełomowa. Nie popełnili żadnego błędu, ale musieli wezwać pomoc. Przez 26 godzin czekali na śmigłowiec, który miał im dowieźć suche ubranie, bo gwałtownie załamała się pogoda i Jerzy przemoczył oba komplety ciuchów. – Szwedzcy ratownicy ucieszyli się, jak ich wezwaliśmy: „Jesteście z Polski? Super, szkoliliśmy się u was w Zakopanem. Pierwszy raz będziemy mieli okazję ściągać z góry ślepego, ekstra!". Ale ze względu na silny wiatr nie mogli wystartować od razu. Jak człowiek czeka 26 godzin w mokrych ciuchach na mrozie, to ma się nad czym zastanawiać – dodaje Płonka. – W pewnym momencie pomyślałem, że mam dość, zabieram plecaczek, mówię papa i spadamy z kolegą. Ale pomyślałem jeszcze trochę i doszedłem do wniosku, że zamiast się poddawać, lepiej będzie następnym razem po prostu wziąć trzy komplety ciuchów.

Trochę tu szaro

Czy trudno jest znaleźć ratowników, którzy z nim pójdą? – W jakimś sensie na pewno. Bo oni muszą chcieć. I musimy się dogadywać. A znaleźć dobrą ekipę, która będzie ze sobą na dobre i na złe, bez względu na wszystko, nie jest przecież łatwo – mówi. Układ jest taki, że Jurek finansuje przeloty i prowiant, a oni w zamian dają mu swoje doświadczenie i czas. Raz są to trzy dni, innym razem dwa tygodnie. – Nie każdy czuje się na siłach, żeby podjąć się takiego wyzwania, i nie mówię teraz o czasie. Ci ludzie biorą na siebie bardzo dużą odpowiedzialność. Ale nie zdarzyło mi się, żeby jakiś człowiek gór powiedział mi: stuknij się w łeb. Oni to rozumieją. Choć na początku oczywiście pytali, czy ja wiem, czego się podejmuję. I dopiero po kilku wspólnych szkoleniach, m.in. szkoleniu lawinowym, po wspólnych wspinaczkach, jak zobaczyli, jak się poruszam, uspokoili się i powiedzieli, że wspólnymi siłami damy radę – opowiada. A jak to chodzenie po górach wygląda w praktyce? Są dwie techniki. – Pierwsza polega na tym, że przede mną idzie przewodnik, obaj trzymamy ten sam kijek, który działa jak przegub – za jego pośrednictwem wyczuwam ruchy przewodnika, więc wiem, czy idzie w górę, w dół, w prawo czy w lewo. Poza tym moi towarzysze cały czas do mnie mówią, opisują drogę, ostrzegają, że np. na wysokości lewego golenia jest duży kamień.

Drugą technikę stosują w trudniejszych momentach – spinają się asekuracją lotną, czyli wiążą liną, i tak połączeni idą dalej. – Nawet jakbym spadł, to zawisłbym na linie. Ale to się nie zdarzyło – zapewnia. O wiele trudniejsze jest schodzenie. – Jak się idzie do góry, możesz wymacać to, co przed tobą. Ale jak schodzisz, to wsadzasz nogi w pustkę. A przewodnicy nie zawsze są w stanie powiedzieć mi, gdzie jest stopień, bo też nie zawsze wszystko widzą. Schodzenie to ogromne skupienie. Celem jest zdobycie góry, ale celem nadrzędnym jest przeżycie.

Jurkowi nieraz zdarzyło się już zawracać tuż przed szczytem. – Mamy z GOPR–em i TOPR–em taką nieformalną umowę: nie ryzykujemy. Oni nas szkolą, sygnują nasze wyprawy swoją marką, ale obiecaliśmy im, że podczas całego projektu zachowamy jak największe bezpieczeństwo i nie będziemy dodatkowo ryzykować. Więc czasami musimy odpuścić.

– Odpuszczanie jest trudne?

– Najtrudniejsze. Rozmawiałem o tym z Krzyśkiem Wielickim [tarernik, alpinista, himalaista. Jest piątym człowiekiem na Ziemi, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum – red.], on zresztą nieraz o tym pisał. Ludzie giną, bo jak widzą szczyt, to już nie są w stanie się zatrzymać. Adrenalina oślepia.

– Czujesz w górach strach?

– Gdybym powiedział, że się nie boję, to stwierdziłabyś, że jestem głupi, i miałabyś rację. Zdaję sobie sprawę, jak niewiele trzeba, żebym popełnił błąd. A jak go popełnię, to zrobię krzywdę nie tylko sobie, ale i swoim kumplom, którzy idą ze mną. Ale to nie ma nic wspólnego z tym, czy ja widzę czy nie. Każdy mądry człowiek musi sobie zdawać sprawę, że jego błąd może zaważyć na losach całej grupy. Bo jak ja nie powiem, że mnie boli noga, to potem na dużej wysokości może się okazać, że wszyscy mamy problem, bo trzeba wezwać śmigło. Ekipa, która idzie razem w góry, jest jak jeden organizm. Wszyscy odpowiadają za wszystkich. A to, że ja nie widzę, w pewnym momencie przestaje mieć takie znaczenie. Najważniejsza w górach jest empatia i umiejętność działania w grupie. No i bezcenne jest doświadczenie. Ale wraz ze wzrostem doświadczenia nie może maleć pokora.

Wariaci od blind futbolu

– Nie trzeba widzieć, że kobieta jest piękna, żeby to wiedzieć. Z górami jest tak samo. Góry pachną, otaczają cię, są z tobą, możesz ich dotknąć, poczuć ich chłód albo ciepło. Od gór bije jakaś niesamowicie dobra energia, tego się nie da opisać i nie trzeba też tego widzieć, żeby to wiedzieć – mówi Jurek, odpowiadając na pytanie, po co mu te góry. Zapomina tam o codzienności, o wszystkich problemach. Jest tylko on i one. Co zrobi, jak już zdobędzie Koronę Europy? Jerzy 
– dotąd bardzo pogodny i energiczny – poważnieje. – Myślę, że jak zdobędę ostatni szczyt, to mi się zrobi bardzo smutno – mówi.

Ale na razie cieszy się na to, co jeszcze przed nim. Plan jest taki, żeby skończyć do września. Ale to zależy i od finansów, i od gór, które już kilka razy kazały się wycofać.

W tej chwili Jerzy najbardziej obawia się Islandii. Islandia jest wredna. Jeśli załamie się pogoda, o co nietrudno, to do września nie zdążą zdobyć wszystkich pozostałych szczytów.

– Myślisz, że gdybyś widział, twoje życie byłoby równie ciekawe?

– Byłoby dużo ciekawsze – Jerzy szybko sprowadza mnie na ziemię. – Gdybym widział, nie byłbym uzależniony od innych. Sam bym sobie zrobił tę koronę Europy, i to nie w ciągu trzech lat, tylko roku. Wstajesz rano, myślisz sobie: a, pojechałbym na narty na Gubałówkę. I hej, wsiadasz w samochód i jesteś. A ja zawsze muszę prosić kogoś o pomoc.

Ale on sam też pomaga innym. Prowadzi stowarzyszenie Nie Widzę Przeszkód zajmujące się promocją sportu i turystyki, szczególnie wśród osób z niepełnosprawnościami. – Wyjazdy do Maroka na rowerach, łódki, kajaki – wylicza. – Teraz np. mamy drużynę blind futbolu, czyli piłkę nożną dla niewidomych. To jest coś niesamowitego. Jak ktoś mi mówi, że jestem nienormalny, bo chodzę w góry, to proponuję, żeby przeszedł się na taki mecz i zobaczył, co robią ci wariaci. Ja raz w to grałem i dziękuję. Wolę tydzień się wspinać.