Wierzę tylko w siebie

Bez wątpienia najpiękniejsza florecistka świata. Jej niezłomny charakter ukształtował sport – z jednej strony silna i twarda, z drugiej delikatna i kokieteryjna. Sylwia Gruchała 
na olimpiadzie w Londynie ma szansę na złoty medal.I zamierza ją wykorzystać.

Zdobędzie pani złoto w Londynie?

Wierzę, że mam szansę na medal, a nawet na dwa, bo biorę udział w dwóch turniejach – indywidualnym i drużynowym. To już czwarte igrzyska w mojej karierze, wszystko im podporządkowałam. Mam dokładnie zaplanowany każdy dzień, walczę o swoje marzenia. A dopóki człowiek walczy, mówią mędrcy, jest zwycięzcą.

 

Zdjęcia Sylwi Gruchały
Zobacz więcej zdjęć

 

Sport panią uszczęśliwia?

Pojedynek szermierczy to życie w pigułce. Taktyka, walka, zwycięstwo, porażka, radość i łzy. Kiedy schodzę z planszy, czuję się jak nowo narodzona. I wtedy, widząc wokół smutne, zestresowane twarze, mam ochotę krzyknąć: „Ludzie, szable w dłoń!"

Niedawno po raz dziewiąty została pani indywidualną mistrzynią Polski i po raz 12. triumfowała pani w turnieju Pucharu Świata. Podobno 
to dobry prognostyk przed olimpiadą?

Bardziej niż wygrana cieszy mnie styl, w jakim walczyłam. Stoczyłam kilka świetnych walk, pokonałam parę zawodniczek ze ścisłej czołówki. 
To oznacza, że wróciłam do wielkiej formy i znów stałam się tą Sylwią ze swoich najlepszych lat.

Obejrzyj sesję zdjęciową z Sylwią Gruchałą:

Od dłuższego czasu czułam, że jestem dobrze przygotowana, czegoś mi jednak brakowało, żeby zwyciężać. Nareszcie teraz poczułam się pewna siebie i silna. Wierzę, że potrafię być skuteczna. W słabych chwilach umiem się zmobilizować, narodzić na nowo. Myślę, że każdy człowiek ma w sobie taką moc, tylko nie każdy potrafi ją w sobie uruchomić.

Obawia się pani rywalek?

Sądzę, że fizycznie i sportowo wiele florecistek będzie na podobnym poziomie. Jednak na igrzyskach wygrywa się także głową, przygotowaniem mentalnym. Ja opanowałam tę sztukę, ale nie każdy to potrafi. Można latami należeć do czołówki i nie osiągać spektakularnych sukcesów.

Pani idolka?

Włoszka Valentina Vezzali, królowa floretu, siedmiokrotna mistrzyni olimpijska. Ona jest dla mnie taką skradającą się pumą, nie zdradza się, ukrywa swoje ruchy, ale gdy atakuje, to z całym impetem. Valentina ma żelazne nerwy. Ja jestem bardziej emocjonalna, to zawsze sprawiało mi trudność. Florecista musi kontrolować nie tylko swoje ruchy, ale i myśli.

Zdobyła pani już dwa olimpijskie medale – srebrny w drużynie w Sydney w 2000 r. i brązowy indywidualnie w Atenach w 2004 r. Ostatnio odnosi pani jedno zwycięstwo za drugim, ale nie zawsze pani wygrywała.

Nieraz przechodziłam kryzysy, miałam momenty załamania, zastanawiałam się, czy nie rzucić broni w kąt. Po przegranych zawodach myślałam: już się nie nadaję, mój czas minął. Jednak za każdym razem coś głęboko we mnie mówiło, że warto jeszcze raz się przełamać i wyjść z dołka. Szermierka jest wymagająca, ale można się z nią zaprzyjaźnić, żyć 
z nią w zgodzie. Wtedy oddaje nam to, co w nią wkładamy.

Kto w trudnych momentach mobilizował panią do pracy?

Trenerzy. Ich zapał sprawiał, że brałam się w garść. Poza tym miałabym wyrzuty sumienia, gdyby lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń poszły na marne.

Lubi pani ryzykować?

Bardzo. Żyję na pełny gaz, nie boję się odważnych decyzji, nie szukam łatwych rozwiązań. Chadzam własnymi ścieżkami, jak kot, i zawsze wybieram te najtrudniejsze. Nawet gdy wszyscy wokół radzą, by zrobić inaczej. Stawiam na swoim, 
bo wiem, że warto. Lepiej żałować, niż nie podejmować prób.

Czy to szermierka nauczyła panią odwagi?

Na pewno obudziła we mnie duszę bojownika, nauczyła pokonywać własne słabości i radzić sobie w kryzysowych sytuacjach. Sport daje odwagę, ale i odporność psychiczną, uczy optymizmu, wiary w siebie. To ważne, bo przekłada się na życie.

Sport uczy wygrywać, ale i przegrywać. I to też się liczy. Kiedyś po każdej porażce płakałam, długo nie mogłam się otrząsnąć, a teraz czasami się cieszę, że przegrałam. Gorszy wynik zmusza do analizy, zastanowienia się nad tym, co zrobić, żeby było lepiej. Porażki uczą pokory, ale i doceniania przyjemnych momentów w życiu. Wszystko ma swój sens.

Jak to się stało, że zaczęła pani trenować szermierkę?

To był przypadek. W wieku 12 lat, kiedy zaczęłam trenować, nie cierpiałam floretu. Ojciec posłał mnie do szkoły sportowej w Gdańsku-Oliwie, bo była najbliżej naszego domu.

W drugiej klasie na lekcję WF przyszedł trener Longin Szmit i wybrał kilkoro dzieci, w tym także mnie, do grupy, która miała intensywnie uprawiać szermierkę.

Nie chciałam tego, poprosiłam tatę, żeby poszedł do szkoły 
i mnie wytłumaczył. Mogłam na nim polegać, nigdy do niczego mnie nie zmuszał. Trzy lata później, kiedy wybierało się profil, nie miałam już wyjścia. W mojej szkole zlikwidowano klasę lekkoatletyczną, musiałam więc pójść do szermierczej. Byłam bardzo niezadowolona, bo uwielbiałam wtedy biegać.

Nie ukrywa pani, że nie miała łatwego dzieciństwa.

Moje dzieciństwo to był bunt, ciągła walka o swoje. Mama wyjechała na stałe do USA, kiedy miałam sześć lat, mieszka tam do tej pory. Tata bardzo mnie kochał, był dobry i troskliwy, niestety zmarł – straciłam go w wieku 15 lat. Mam starsze rodzeństwo: dwie siostry i brata, mieszkaliśmy razem, ale oni zawsze mieli swoje sprawy, swoje życie.

Musiałam zacząć sama o sobie decydować. Skupiłam się na sporcie i osiągnęłam sukces. Często myślę o tym, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby mama nas nie zostawiła? Kto wie, czy mając poczucie bezpieczeństwa w domu, znalazłabym w sobie siłę i potrzebę walki. Może wcale nie zostałabym sportsmenką?

Utrzymuje pani kontakty z matką?

Zdarzają się listy, czasem telefony, ale to nie są bliskie relacje. Matki w moim dzieciństwie nie było.

Walkę z życia przeniosła pani na szermierczą matę i została olimpijską medalistką.

Olimpijski medal to wielka rzecz. Zauważyłam, że polscy sportowcy często nie walczą do końca, jakby nie dawali sobie prawa do miana zwycięzcy. Zadowalają się srebrem albo brązem. A ja chcę to przełamać, wyjść z szeregu i być najlepsza. Wiem, że mam takie możliwości. Tylko pierwsze miejsce jest zwycięstwem, drugie jest tylko drugie.

Olimpijski medal to wielka rzecz. Mnie Nie zadowala srebro ani brąz. Chcę wyjść z szeregu i być najlepsza. Wiem, że mam takie możliwości. Tylko pierwsze miejsce jest zwycięstwem. Drugie jest tylko drugie.

Nic nie równa się z chwilą, w której wygrywa polski zawodnik, biało-czerwona wjeżdża na maszt i grają Mazurka Dąbrowskiego. To jest niezapomniany, bardzo wzruszający moment. Stojąc na podium, odczuwa się dumę i myśli o tym, że jednak było warto, że wszystkie wyrzeczenia i mordercze treningi miały sens. Zwyciężamy dla kraju, ale także dla samych siebie.

Jako starszy szeregowiec i florecistka zdobywa pani medale także dla polskiej armii.

Jestem żołnierzem Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki w Zegrzu, biorę udział w zawodach armijnych. W zeszłym roku były igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro w Brazylii, dwa lata temu mistrzostwa świata w Wenezueli. W obu brałam udział, zdobyłam medale. Cieszę się, że mogę walczyć dla wojska.

Jeżdżę na zawody po całym świecie, byłam już na wszystkich kontynentach, bo państwo mi to funduje. W zamian czuję się w obowiązku godnie reprezentować nasz kraj. W sporcie fajne jest to, że najwięcej zależy od nas samych. Jeśli ciężko pracowaliśmy i jesteśmy dobrze przygotowani, to mamy szansę na medal. Zasady są jasne i proste. W innych sferach życia niekoniecznie tak bywa.

Czego pani w sobie nie lubi?

Huśtawki nastrojów, nie cierpię tego. Kiedy mam słabe dni i źle się czuję psychicznie, zamykam się w domu, uciekam od ludzi. Staram się nad tym pracować, toczę nieustanną walkę z własnymi słabościami. To one są moim najpoważniejszym przeciwnikiem. Zaciskam zęby i próbuję się z nimi zmierzyć. Wiem, że warto, dobry nastrój gwarantuje chęć do życia i mnóstwo energii. Zresztą stale słyszę od trenerów, że w sporcie nie ma miejsca na słabości, że trzeba być twardą i wygrywać.

Nie do końca się z tym zgadzam. Sportowiec też ma prawo do załamań i frustracji, powinien je przeżyć do końca, a nie od nich uciekać. W tej chwili funkcjonuję psychicznie bardzo dobrze, jestem pozytywnie nakręcona. Ale wiem, że po olimpiadzie znowu przyjdą słabsze momenty, pojawią się czarne myśli. I ja sobie na nie pozwolę, ostatecznie wszyscy jesteśmy ludźmi.

Tymczasem gazety piszą o pani: zawzięta, uparta, waleczna, konsekwentna.

To prawda. Jeśli wytyczę sobie jakiś cel, to nie ustępuję. Dążę do niego uparcie, aż go zdobędę.

Czy to nie miłość panią nakręca?

Ostatnio dobrze mi się układa w życiu zawodowym i prywatnym. Jestem szczęśliwie zakochana i to mnie uskrzydla. Kobiety mają przecież ogromną potrzebę miłości. Jeśli gra w sprawach sercowych, to wszystko inne też się układa. W dodatku w uczuciach jestem maksymalistką – albo cholernie szczęśliwa, albo zupełnie zdołowana. Jeśli kocham, 
to do szaleństwa! Nie chcę żyć tylko trochę, chcę czerpać 
z życia całymi garściami.

Z jednej strony silna, twarda, z charakterem, z drugiej – kokieteryjna blondynka...

Oddzielam sport od prywatnego życia. Kiedy stoję na szermierczej planszy, wiem, że to jest moje pole walki i mam przed sobą jeden cel – zwyciężyć. Ale po pojedynku znów jestem łagodną, delikatną kobietą. Co nie znaczy, że nie potrafię walnąć pięścią w stół. Robię to. Zaskakuję ludzi, bo gdy się wkurzę, bywam bardzo ostra.

Ale nie wyciąga już pani szabli?

Nie, nie. W relacjach damsko-męskich często ustępuję, idę na kompromisy. W zamian liczę na wyrozumiałość i wsparcie. Mój partner Krzysztof Kopka nie zajmuje się sportem, jest raczej typem intelektualisty, ale rozumie moje życie i w pełni je akceptuje. Choć często mnie nie ma w domu, bo stale coś się dzieje, ciągle gdzieś wyjeżdżam – na zawody, obozy, mistrzostwa, olimpiady. Za to kiedy wracam, celebruję każdą chwilę. Krzysztof jest ze mnie dumny, jego podziw mnie dopinguje. W poprzednim związku cierpiałam, to była ślepa miłość, działała na mnie destrukcyjnie. Teraz wiem