Wielkie pozytywne rozczarowanie

Nie przepadam za włoskim kinem. Wiem, wiem, „Dolce Vita" i tak dalej, ale włoskie filmy kojarzą mi się głównie ze skrajnym przerostem formy nad treścią. I stąd tym większe moje zaskoczenie.

Nie spodziewałem się wiele po „Wielkim pięknie". Oscar dla najlepszego filmu zagranicznego był zaskoczeniem. Zaraz jednak pomyślałem, że film jest zapewne piękny wizualnie, a Amerykanie tak bardzo kochają Rzym, że nie są w stanie oprzeć się jego pięknym zdjęciom.

Jakże się myliłem. Tak, Rzym jest jedną z Wielkich Pięknych Rzeczy opisanych w filmie Paola Sorrentina. Tak, film jest wizualnie przepiękny, a już pierwsza scena surowym pięknem pracy kamery po prostu powala.

Ale „Wielkie piękno" to film dla wszystkich nas w, nazwijmy to oględnie, wieku średnim. To rozliczenie z młodzieńczymi marzeniami, ambicjami i możliwościami. Film oglądany w ciszy i skupieniu odwdzięczy się niezwykłymi doznaniami.

Jeszcze mniej spodziewałem się po „Sekretnym życiu Waltera Mitty". Ben Stiller wyspecjalizował się w ostatnich latach w robieniu beznadziejnie głupich komedyjek bez żadnego znaczenia, logiki i przyszłości.

A jednak tym jednym filmem znalazł się z powrotem w kręgu moich ulubionych filmowców. „Sekretne życie..." to obraz nietypowy, bawiący się z widzem, oszukujący go, ale jednocześnie wciągający go w dyskusję o odwadze, marzeniach i odpowiedzialności za siebie i innych.

Walter Mitty to pracownik działu obróbki zdjęć w „Life", piśmie, które wraz ze śmiercią fotografii prasowej tak samo umiera. Mitty ma przygotować zdjęcie na ostatnią okładkę pisma. Gdy zdjęcie jednak znika, Mitty rusza tropem fotografa, który je wykonał (w tej małej rólce wyglądający niezwykle charyzmatycznie Sean Penn).

„Sekretne życie..." jest zaskakująco piękne wizualnie, ale jego największą siłą jest doskonały scenariusz. Pomaga fakt, że obok Stillera główną rolę gra w nim dawna gwiazda „Saturday Night Live" Kristen Wiig. No i ta muzyka...