Wasilewskiego marzenia o kinie

O tym, że chce robić filmy, wiedział od zawsze. Ale czuł też, że na tytuł reżysera musi zasłużyć. Pracował więc ciężko, nieraz stawiając na szali własne zdrowie. Nauczył się bić o budżet, aktora, o każdą scenę. I robi to z zadziwiającą skutecznością. – Zdawałem sobie sprawę, że trudno zaufać komuś z ulicy. Dlatego postanowiłem robić film niezależny. Wiedziałem, że nie mam wyboru. To był mój sposób na wejście w kino – mówi Tomasz Wasilewski, reżys

Uciekasz od popularności?

Nie wydaje mi się, żebym był popularny. Poza tym popularność nie jest mi do niczego potrzebna. Co innego moje filmy. One jej potrzebują.

A jedno z drugim się nie wiąże?

W jakimś stopniu – na pewno. Ale zamiast „osobą popularną" wolę być „docenionym twórcą". Chciałbym, żeby moje nazwisko kojarzono od razu z filmami, które tworzę. Z tym, co mam w nich do przekazania. Inna forma popularności mnie nie interesuje.

Jednak wyreżyserowany, zmontowany film trzeba potem sprzedać, dotrzeć z nim do ludzi.

Najwięcej przyjemności czerpię z pracy nad samym filmem. Reszta to konieczność. Wolałbym całą promocję zostawić już innym, np. aktorom. A bywanie, pokazywanie się, dyskusje... OK, nie będę pruderyjny: to miłe, gdy ludzie się mną interesują, gdy oglądam potem w prasie swoje zdjęcia.

Jesteś z tych artystów, którzy lubią o sobie czytać?

Nie szukam tych informacji na siłę. Ostatnio przeczytałem trzy recenzje swojego najnowszego filmu („Zjednoczone Stany Miłości" – red.), wszystkie zagraniczne. Ktoś mi je podesłał. Uwielbiam natomiast rozmowy bezpośrednio po seansie. Jestem razem z widzami, mamy na świeżo w głowach sceny, obrazy i emocje. Gdy kilka lat temu byłem na festiwalu w Rumunii z „W sypialni" (pierwszy film Tomasza Wasilewskiego, miał premierę w 2012 r. – red.), ktoś spytał mnie, czy pamiętam pierwszą recenzję na swój temat i jak ją przeżyłem. Długo się zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że... nie pamiętam. Coś innego zwróciło wtedy moją uwagę: to, że zacząłem o sobie czytać per „Wasilewski". Nagle z Tomka, Tomasza stałem się „Wasilewskim". Zacząłem być nazwiskiem, które funkcjonuje publicznie. Pojawiło się w mediach sformułowanie „film Wasilewskiego".

Co w tym dziwnego?

Gdy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję, odpowiadam, że jestem reżyserem. Ale jeszcze niedawno czułem się jak idiota, mówiąc o sobie w ten sposób. Przy „Płynących wieżowcach" zdarzało mi się odparować lekceważąco: a, wiesz, robię filmy.

Nie wierzyłeś w siebie?

Zawsze w siebie wierzyłem. I to bardzo. Czułem raczej, że muszę na to miano zasłużyć. Potrzebowałem czasu, żeby zacząć sobie imponować.

Jedna z recenzji na twój temat mówi: „filmy Wasilewskiego to prztyczek w nos wszystkim, którzy twierdzą, że największą bolączką polskiej kinematografii jest brak kasy".

Ja tak właśnie zaczynałem, kompletnie bez kasy. Gdybym „sam" nie zrobił „W sypialni", nadał tkwiłbym na starcie. Przynajmniej od 2006 r. próbowałem znaleźć sposób, by zrobić debiut. Były plany, że już, już się uda, ktoś się do tego weźmie, ktoś wyłoży pieniądze. I co chwila trzeba było plany zmieniać, a początek zdjęć odwlekać. W końcu doszedłem do wniosku, że mogę tak czekać latami i nic z tego nie będzie. Postanowiłem działać sam. Miałem o tyle trudniej, że nie skończyłem reżyserii na znanej polskiej uczelni, jedynie produkcję. Byłem chłopakiem znikąd. Przekonanym, że musi zdobyć kasę, bo potrafi zrobić dobre kino.

Masa osób myśli podobnie!

I to właśnie w nas, marzycielach, jest genialne. Dzięki temu jesteśmy wytrwali, walczymy o swoje. Ale poważnie: zdawałem sobie sprawę, że trudno zaufać komuś z ulicy. To dlatego postanowiłem zrobić film niezależny. Namówiłem mojego przyjaciela Michała Toczyskiego i jego wspólniczkę Grażynę Strzałkowską. Wyłożyli ze swoich prywatnych kont po 40 tys. zł. Budżet filmu zamknął się ostatecznie w około 100 tys. zł. Dzięki temu, że byłem po produkcji, razem z też debiutującym w kinie kierownikiem produkcji spięliśmy całość organizacyjnie. Mieliśmy niespełna 20 dni zdjęciowych, pracowaliśmy za darmo.

Ryzykowałeś świadomie?

Wiedziałem, że nie mam wyboru. To był mój sposób na wejście w kino.

Mówisz to bardzo pewnym tonem. Od zawsze filmy były twoją pasją?

Odkąd pamiętam... Jako dziecko powtarzałem wprawdzie, że będę aktorem. Takie tam szczeniackie gadanie. Fakt, grałem potem w niezależnych teatrach. Ale gdzieś pod koniec liceum zrozumiałem, że wolę stać po drugiej stronie kamery.

Do łódzkiej Filmówki na reżyserię jednak się nie dostałeś. Mówiłeś potem: „Źle wypadam na egzaminach. Nie potrafię ich zdawać". Zamiast tego zrobiłeś kurs reżyserii w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. Hołdujesz zasadzie: wyrzucą mnie drzwiami, to wejdę oknem?

Nie robiłbym filmów, gdybym nie był zdeterminowany i uparty. Pamiętam czasy, gdy asystowałem Gośce Szumowskiej. Ona często powtarzała mi, że ten zawód jest dla ludzi, którzy mają twardą dupę. I taka jest prawda. Wiele razy słyszałem „nie", ale nigdy się nie poddawałem.

Co dawało ci wiarę, że w końcu usłyszysz „tak"?

Nie chcę wyjść na zadufanego w sobie gościa, ale zwyczajnie czułem, że chcę robić filmy i będę w tym dobry. Tylko takie życie miało dla mnie sens. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć. To chyba właśnie jest definicja pasji. Ja przy każdym swoim filmie się spalam. Pracuję po 16 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu. I tak przez dwa lata. Poświęcam wszystko i wszystkich, którzy są wokół mnie.

Jesteś wtedy egoistą?

Egoistą? Nie, dlaczego? Chyba jednak jestem... Robię film na tysiąc procent i sam ponoszę tego największe konsekwencje. Krótko po zdjęciach do „W sypialni" szedłem ulicą. Niosłem jakieś dyski. I nagle, przy przejściu dla pieszych, usiadłem. Nie miałem siły iść dalej. Dźwignąłem się, zrobiłem kilka kroków i znów upadłem na chodnik. Nie pamiętam, jak dotarłem do domu. Byłem przerażony. Wezwałem pogotowie. Lekarz stwierdził skrajne wyczerpanie organizmu. Przez długi czas wracałem potem do siebie.

Wcześniej organizm nie wysyłał ci sygnałów: zwolnij, człowieku, zwolnij?

Byłem na adrenalinie, która nie pozwalała mi spokojnie spać, porządnie zjeść. Gdy pracuję, jestem jak narkoman.

A kino to twój narkotyk?

Największy! Najmocniejszy! Gdy tylko skończę film, żyję już kolejnym. Układam sobie w głowie scenariusz, kombinuję nad zdjęciami. I myślę, że tracę czas, bo już powinienem być na planie.

Zanim zadebiutowałeś, zanim jako reżyser stanąłeś na planie, byłeś roznosicielem ulotek, ochroniarzem w banku, sprzedawcą popcornu w jednym z warszawskich multipleksów. Co jeszcze masz w swoim CV?

Odkąd tylko mogłem, to pracowałem. Do banku trafiłem zaraz po liceum, zbierałem pieniądze na wakacje. Bardzo chciałem wyjechać do Grecji. Wiedziałem też, że potem pójdę do prywatnej szkoły, za którą trzeba będzie płacić. To nie była lekka praca, 12– lub 24–godzinne szychty. W multipleksie było już dużo łatwiej, trafiłem do baru.

Wspominałeś potem, że szło ci świetnie. Po godzinach mogłeś siedzieć, ile chciałeś, na seansach. A „Billy'ego Elliota" obejrzałeś ze 20 razy. Dlaczego ten film i dlaczego aż 20 razy?

Prawdę mówiąc: oglądałem wtedy wszystko. Nawet gdy miałem półgodzinną przerwę, szedłem na salę. A „Billy Elliot'? Zakochałem się w tym filmie. Dotyka mnie bardzo. Poza tym to świetne kino. Portretuje człowieka, relacje między ludźmi. Jest w nim wiele prawdy. W multipleksie rzadko trafiają się takie autorskie obrazy.

I w pewnym momencie postanowiłeś spróbować szczęścia za oceanem. Wyjechałeś do Nowego Jorku. Co cię tam ciągnęło?

Wziąłem z uczelni dziekankę, spakowałem się... Wylosowałem nawet Zieloną Kartę. Nowy Jork zawsze był moim marzeniem. Miałem tam wielu przyjaciół, ulubione miejsca. Był czas, gdy jeździłem tam niemal co roku. Dostałem się na jeden z tamtejszych college'ów. Ale na miejscu usłyszałem, że szybciej i taniej będzie, jeśli zrobię w kraju magistra i wrócę za ocean na studia podyplomowe. Zresztą życie emigranta nie jest łatwe, musiałem za coś żyć.

Dlatego trafiłeś do knajpy na Manhattanie? Wstawałeś codziennie o 4 rano, by punktualnie o 6 rozpocząć wyrabianie ciasta do pizzy. To się nazywa spełnienie marzeń o karierze filmowca!

Dlatego bardzo krótko tam wytrzymałem. Któregoś dnia powiedziałem sobie: cholera, jeszcze dwa miesiące temu byłem studentem łódzkiej Filmówki, chciałem robić filmy. Pora wracać!

Trzeba było zejść na ziemię. Bolało?

Niezbyt. No, może ucierpiała trochę moja duma... Ale na Manhattan wróciłem kilka lat później z „Płynącymi wieżowcami". Ich światowa premiera, właśnie na Manhattanie, odbyła się jakieś 30 przecznic od miejsca, w którym nadal stoi ten mój bar. Pomyślałem sobie, że wtedy, przed laty, podjąłem jednak dobrą decyzję.

W twoim najnowszym filmie „Zjednoczone Stany Miłości" jest taka mocna scena. Andrzej Chyra i Magdalena Cielecka. On pyta: zrobisz dla mnie wszystko? Ona odpowiada z przekonaniem w głosie, że tak. On podchodzi do okna, otwiera je i mówi: to skacz!

Uwielbiam tę scenę, bo ona odnosi się do pojęcia miłości. Powtarzamy, że dla tego uczucia jesteśmy w stanie zrobić wszystko. A potem życie weryfikuje to „wszystko". Wierzę, że wypowiadając te słowa, naprawdę tak myślimy. Ale gdy jedna osoba mówi „kocham", a druga „skacz", to jednak... nie skaczemy.

Pracowałeś na planie serialu telewizyjnego, asystowałeś artystom. Z Agnieszką Glińską pracowałeś przy spektaklu „Lulu na moście" w Teatrze Dramatycznym, z Aleksandrą Konieczną – w Teatrze Studyjnym w Łodzi, a u boku Macieja Kowalewskiego – w Teatrze na Woli. Co dało ci to asystowanie?

Chciałem pracować, rozwijać się. Musiałem też jakoś zarabiać na życie. Artyści nie budzą się codziennie w stosach pieniędzy, nie zasypiają na czerwonym dywanie. A blaskiem chwały, nieważne jak wielkiej, nie zapłacisz rachunków. Dlatego zanim zacząłem sam reżyserować, nie mogłem po prostu pisać scenariuszy do szuflady. Chciałem (i musiałem) być jak najbliżej kina. Angażowałem się więc jako np. asystent kierownika produkcji. Potem, przez blisko sześć lat, pisałem scenariusz serialu.

Są niezależni artyści, którzy mówią wprost: brzydzę się komercją. A ty? Nie brzydziłeś się?

Tak, serial to była czysta komercja. I nie – nie brzydziłem się. Potrafiłem równocześnie pisać swoje scenariusze, które dają mi zawodową satysfakcję, i takie, dzięki którym miałem stałą pracę. Starałem się ją wykonywać jak najlepiej. I mimo to nie uważałem siebie ani przez chwilę za komercyjnego twórcę. Na swoim pierwszym filmie nie zarobiłem ani grosza. Drugi – „Płynące wieżowce" – był filmem niskobudżetowym. Miałem szczęście, że spotkałem na swojej drodze Ilonę Łepkowską. To ona dała mi zajęcie. Dzięki niej mogłem żyć, wziąłem kredyt, kupiłem mieszkanie. Mój bilans? Przez ostatnie pięć lat zrobiłem trzy filmy i napisałem ze 200 odcinków.