Wałęsa nie jest na sprzedaż

Odziedziczył instytut Lecha Wałęsy z pustkami na koncie. Wyprowadził go na prostą, choć, jak mówi, zależy mu tylko na ochronie idei byłego prezydenta. – Tu nie obowiązuje rachunek zysków i strat – mówi prezes Piotr Gulczyński.

Ile kosztują idee?

Nie zajmuję się wyceną idei. Ja je chronię i pielęgnuję. Bo są ludzie, którzy zamiast patrzeć na Lecha Wałęsę w szerszym, historycznym kontekście osiągniętego celu, wolą go rozpracować.

Pod koniec prezydentury Wałęsy, w 1995 r., powstanie Instytutu mogło wydawać się oczywiste. Dziś też tak jest?

Dziś jest tym bardziej oczywiste. W 1995 r. wszystko działo się ad hoc, kiedy było już jasne, że nie będzie drugiej kadencji. Zespół ludzi, który był przy prezydencie, wiedział, że trzeba kontynuować prace. Zaraz potem Instytut zaangażował się w różne projekty polityczne: było zasilenie szeregów AWS, była Chrześcijańska Demokracja. Później przyszedł trudny czas, gdy Lech Wałęsa zdecydował się wystartować w kampanii prezydenckiej w 2000 r.

Wynik wystawienia się narodowi do oceny był, delikatnie mówiąc...

Cóż, był, jaki był. Wtedy zapadła decyzja o pożegnaniu się ze współpracownikami, którzy wywodzili się z kręgów dawnej kancelarii.

A nie było to zakwestionowaniem sensu istnienia Instytutu?

Nie, prezydent nie myślał o zamykaniu Instytutu. Widział tylko, że potrzebne są zmiany. Postanowił oprzeć Instytut na młodych ludziach, padło na mnie. Zostałem prezesem. Były nas w zespole dwie–trzy osoby. Nie było łatwo: 1 proc. w wyborach prezydenckich, dołowanie AWS-u i pustki na koncie Instytutu.

Kiedyś najbardziej dumny byłem z tego, że instytut nie upadł. A dziś? Organizujemy światowy dzień noblistów. To wydarzenie, jakiego w Polsce jeszcze nie było.

Jak udało się odbić od dna?

Z naiwnością wierzyłem, że trzeba zebrać wokół Instytutu jak najwięcej ludzi pierwszej „Solidarności". Z naiwnością, bo część tych ludzi nie rozmawiała ze sobą od lat. Rozpoczęliśmy dyskusje o projektach. Potem rozkręciliśmy kampanię przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Przekonywaliśmy środowiska rolnicze, również te bardzo konserwatywne, że Unia przyniesie im korzyści. Wyszliśmy z założenia, że zapraszamy wszystkich, którzy mają ochotę z nami współpracować.

Pomysł chwycił?

Na moment. Później stare waśnie znów zwyciężyły. Ale i tak w świat poszła informacja, że Instytut przejęli ludzie z pokolenia dzieci Lecha Wałęsy. Zniknął więc argument mówiący o uwikłaniu w gry polityczne lat 90. Byli tacy, którzy patrzyli na mnie jak na wariata. Inni mówili z politowaniem: chłopcze, jesteś tu przelotem, jesteś prowizorycznym prezesem. Ja na to miałem jedną odpowiedź: prowizorki akurat w naszym kraju trzymają się nieźle.

Dziś już nie ma przełomowych wydarzeń jak te z czasów wchodzenia Polski do UE. Jak teraz docierać do ludzi?

Przez Internet, media społecznościowe, uciekając schematom. W tym roku byliśmy na Przystanku Woodstock i kilku festiwalach. Nasz namiot był zawsze oblegany, na tę okazję przygotowaliśmy grę i gadżety związane z polskimi prezydentami, rozwijamy program „Mam gen wolności".

Do tego kolorowanki, gry, bajki, nawet komiksy o najważniejszych wydarzeniach z historii Polski. To też te nowe sposoby?

Tak. Dziś zatrudniamy specjalistów, którzy o nowych technologiach wiedzą wszystko. To ludzie o dekadę młodsi ode mnie. Z naszej strony można ściągnąć aplikację do zainstalowania w telefonie. Ale są inne przykłady. Pamiętam, jak wywiozłem Lecha Wałęsę do studia filmowego pod Gdynię, gdzie co chwilę wysiadał prąd. Zrobiliśmy tam rozmowę pod hasłem: czym jest dla niego hymn. Potem się okazało, że większość wywiadu się nie nagrała. Poza momentem, w którym prezydent autentycznie się wzruszył. Wyszło świetnie. Oczywiście trzeba było później odpowiadać na pytania, kto to wszystko sfinansował.

Właśnie, bo nie samą ideą człowiek żyje. Jak się szuka sponsora dla Instytutu?

Przede wszystkim staram się być rozsądny. Szukam ludzi, którzy w swojej działalności promują bliskie nam idee i szanują swoich partnerów. Sprawdzam informację, nie odpowiadam na dziwne e-maile.

Dlaczego?

Bo po co ulegać prowokacji ludzi chcących załatwić swoje prywatne sprawy? To często ci sami ludzie, którzy rozpowiadają, że były prezydent chodzi na śniadania, za które inkasuje wielkie honoraria. Doprawiają Lechowi Wałęsie gębę człowieka, który widzi tylko pieniądze i nie szanuje swojej legendy.

Na stronie Instytutu wymienione są instytucje wspierające go. To potężne firmy, duże nazwiska...

Jeżeli w ramach programu robimy produkt i umieszczamy na nim logotyp, to nie widzę w tym nic złego. A dla firmy to okazja, by pokazać swoje zaangażowanie w szczytne działania. Musimy ciągle szukać wsparcia. Marzyłoby mi się, żeby u podstaw tej instytucji i innych, jej podobnych, stała konkretna ustawa mówiąca o tym, że były prezydent ma prawo do tworzenia własnej biblioteki, archiwum... Namawialiśmy kolejnych prezydentów, by wystąpili z taką inicjatywą. Na razie bezskutecznie. A efekt? Do dziś nie ma klarownego rozwiązania. Fundacja ruszyła dzięki pieniądzom przekazanym przez kilku darczyńców w miejscu, gdzie poprzednio był sztab wyborczy Lecha Wałęsy. Dziś, jeśli dostajemy jakiekolwiek pieniądze z budżetu państwa, są to granty na realizację konkretnych projektów. Głównie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Gdzie przebiega granica między popularyzacją a komercjalizacją idei? Widziałby pan kubek z wizerunkiem byłego prezydenta? Albo może koszulkę z jego podobizną?

Ja nawet bym go widział, ale jako społeczeństwo nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. A co do koszulek, widziałem kilka fajnych wzorów właśnie z Lechem Wałęsą, na pewno chwyciłyby wśród młodych ludzi.

To w czym problem?

Nie chcę dostarczać wody na młyn tym, którzy uważają, że prowadzimy wokół prezydenta działalność komercyjną i sprzedajemy legendę. Może nie czas u nas jeszcze na popkulturę. Z jednej strony jestem więc, nazwijmy to, osobistym marketingowcem pana prezydenta, z drugiej – prowadzę fundację, która realizuje szeroką działalność. Wiem jedno: jeśli ktoś przekaże nam środki, to ma gwarancję, że zostaną one dobrze wydane. Staramy się propagować polską drogę do wolności i nasz model transformacji. Stąd programy: Solidarni z Birmą, Tybetem, z Kubą. Prowadzimy działalność edukacyjną, jest Nagroda Lecha Wałęsy, konkursy filmowe, akademia obywatelska. A teraz, pod koniec października, przy okazji 30. rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie pokojowego Nobla, organizujemy Światowy Szczyt Noblistów. To wydarzenie, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Trzydniowa konferencja w Sali Kongresowej PKiN i w Teatrze Wielkim. Do tego koncert w Arkadach Kubickiego, konferencje naukowe z udziałem laureatów Nagrody Nobla z innych dziedzin.

I z tego jest pan najbardziej dumny?

Do pewnego momentu najbardziej dumny byłem z tego, że Instytut nie upadł. Bo w latach 2002–2003 czasem brakowało pieniędzy na zapłacenie rachunków. Jeden z członków rady nadzorczej zaproponował mi wtedy, żebym przeprowadził się do fundacji, wynajął własne mieszkanie i z tych pieniędzy opłacał świadczenia biura.

Nie zrobił pan tego?

Oczywiście, że nie. Nigdy nie miałem zamiaru uchodzić za Matkę Teresę. Bywało też, że szedłem do prezydenta i mówiłem: jedzie pan na wykład, bardzo proszę, by część honorarium wpłynęła na konto Instytutu. I tak się działo. Spotykałem ludzi, którym zależało na tym, by o Lechu Wałęsie, ikonie, w świecie było głośno. To nie była akwizycja, raczej szukanie sojuszników. Znalazłem ich za granicą i w Polsce, często wśród młodych menedżerów przed czterdziestką. Dzięki temu udało się wyprowadzić Instytut na prostą, dziś zatrudniamy 20 osób, a współpracujemy z szeregiem innych. I jesteśmy największą fundacją prezydencką w Polsce. Namawiałem do wspólnych działań ludzi z kancelarii wszystkich prezydentów od Aleksandra Kwaśniewskiego po Bronisława Komorowskiego. Z różnym skutkiem.

Czego zazdrości pan amerykańskim bibliotekom prezydenckim?

Tego, że istnieje system, w ramach którego mogą działać. W sposób prosty i oczywisty promowane jest dziedzictwo ustępującego prezydenta. Zazdroszczę im naturalnej drogi pozyskiwania środków od różnych darczyńców. Również od tych, którzy wcześniej wspierali kampanie wyborcze. W Polsce Instytut był odbierany przez chwilę jako wyraz próżności byłego prezydenta, potem jako jego osobiste biuro podróży. W czasach, gdy brakowało pieniędzy, Instytut tworzył historyczną wizytówkę, gromadził materiały. Teraz mamy więcej środków i... wysyp różnorodnych projektów. Marzy nam się również nowa siedziba. I mamy na nią cień szansy – to willa Gabriela Narutowicza w Warszawie.

Dlaczego tylko cień szansy?

Bo jest bardzo ciężko. Budynek należy do województwa mazowieckiego. A to, jak wiadomo, niedawno niemal zbankrutowało. Wszelkie ulgi, na jakie liczyliśmy, przepadły. Płacimy więc komercyjną stawkę czynszu za budynek, którego ciągle jeszcze nie używamy. W przetargu w 2010 r. cena za tę nieruchomość została ustalona na poziomie 12,5 mln zł. Koszty remontu to 150 proc. jego wartości. Sprzedaż (ze względu na niejasności w hipotece i roszczenia byłych właścicieli do przylegającego pasa gruntu, sięgające czasów sprzed II wojny światowej – red.) jest dziś utrudniona, choć nie niemożliwa. A my utknęliśmy na etapie 15-letniej dzierżawy, z której minęło już blisko 2,5 roku. Mamy projekt budowlany, który kosztował niemal milion zł. Jesteśmy gotowi, by ruszyć z inwestycją, ale ciągle protestują sąsiedzi.

Nie chcą mieć prezydenta za sąsiada?

Najwyraźniej odpowiada im to, że mają za oknem ruderę, w której nikt od lat nie zapalał światła. Willa spłonęła podczas powstania, w latach 50. dobudowano tam skrzydło, które teraz osiada, zżerane przez wilgoć i grzyb. Tymczasem to lokalizacja idealna dla Instytutu, miejsce obok Łazienek Królewskich. Gabriel Narutowicz był pierwszym prezydentem Polski po odzyskaniu niepodległości. Lech Wałęsa – pierwszym prezydentem III RP.

Ale nawet jeśli Instytut w końcu tam zagości, to – prosty rachunek – ta inwestycja nigdy wam się nie zwróci...

Fundacja to nie firma, tu nie obowiązuje rachunek zysku i strat. Nie jest niczyją własnością. Dlatego wracam do pani pierwszego pytania: ja nie wyceniam idei, ja je pielęgnuję.