W rytmie niezależności

Nie kopią pod sobą dołków, nie konkurują, nie bywają (zbyt często) w telewizji. Niezależne wytwórnie płytowe słono płacą za swoją wolność, mimo to pasja pcha ich do przodu. Efekt? Kilka niesamowitych albumów rocznie.

Piwnica jednego ze stołecznych szeregowych bloków. W jednym pomieszczeniu jest biuro – kilka komputerów, szafki, papiery, plakaty i wlepki. W kolejnym są dwie lodówki, stół, rower, ławka podwórkowa i malutkie studio nagrań, dalej przedpokój i magazyn wyłożony płytami kompaktowymi. To biuro Alkopoligamii, jednej z najbardziej rozpoznawalnych niezależnych wytwórni płytowych w Polsce.

Jest ich w Polsce nawet kilkadziesiąt. Wydają kilka do kilkunastu albumów rocznie. Produkują płyty kompaktowe, winyle, a coraz częściej również kasety. Niektóre tytuły bez trudu zdobywają miano złotej płyty, inne sprzedają się w nakładzie zaledwie kilkudziesięciu sztuk. Właściciele niezależnych labeli wiedzą, że nie wszystko sprzeda się równie dobrze. Mimo to artystów zawsze wybierają zgodnie z własnym sumieniem, z punktu widzenia biznesowego często podpisując cyrograf z diabłem. Dla Łukasza Pawlaka, założyciela Requiem Records, największym sukcesem sprzedażowym był Das Moon. Choć nakład płyt tego zespołu ledwie przekroczył tysiąc egzemplarzy. – Gdyby ktoś zobaczył moje raporty finansowe, to złapałby się za głowę – śmieje się. Jednak oni działają nie w imię pieniędzy, ale dobrej muzyki. – Liczby nigdy nie były dla mnie istotne. Jedynym kluczem jest jakość muzyki – ucina Marcin „Groh" Grośkiewicz, założyciel legendarnego U Know Me Records.

Requiem Records funkcjonuje na polskim rynku od ponad dwóch dekad. Wydaje i promuje szeroko pojętą alternatywę, wręcz awangardę muzyczną. W swoim katalogu ma ponad sto płyt: klasyki, elektronikę, jazz, new wave i post punk. Dziś wytwórnia Łukasza Pawlaka przynosi regularne zyski. Jednak zanim doszedł do tego poziomu, musiał pokonać długą drogę. Zaczęło się od nagrania 40 egzemplarzy kaset. W latach 90. jedyna przegrywalnia, gdzie mógł to zrobić, znajdowała się w... Piekarach Śląskich. Wtedy złoty okres swojej świetności przechodziło disco polo, które na Śląsku nagrywało się na potęgę. Kiedy Łukasz poprosił o przegranie kilkudziesięciu sztuk kaset nieznanego nikomu wtedy artysty, pracownicy stukali się w czoło. Nie poddał się. Poszedł do sklepu, wrócił z wódką i czekoladą. Udało się, dopiął swego. Kasety, które niebawem wydał, rozeszły się mgnieniu oka.

Szybko się okazało, że upór i konsekwencja w tej branży to podstawa. W ubiegłym roku, sięgając dosłownie do śmietnika Polskiego Radia, wydał limitowaną serię albumów Eugeniusza Rudnika, legendarnego kompozytora filmowego. „ERdada na taśmę – wersja specjalna" ukazała się w nakładzie 60 egzemplarzy, wszystkie wyprzedano. Jej wznowienie jest niemożliwe. Płyty pakowane były w oryginalne pudełka po taśmach szpulowych, zdobytych dzięki pomocy anonimowego „tubylca", kręcącego się w okolicy. Gdy Polskie Radio dowiedziało się o nietypowej akcji Pawlaka, zablokowało sprzedaż. W swoim zbiorze podobnych produkcji ma więcej – edycja płyt w rękawicy murarskiej, kompakty w obrazie lub na pniu drzewa. Co prawda takich białych kruków zwykle uda się sprzedać zaledwie kilkanaście, a kupują jedynie wytrawni koneserzy muzyki. Mimo to Łukasz wie, że warto. – 20 lat przetrwałem tylko dzięki pasji – przekonuje.

Wolność i swoboda

Ich niezależność polega na możliwości wyboru. – Nie muszę pracować przy żenujących projektach, robię tylko rzeczy, z których jestem dumny – zaznacza Robert Amirian, szef Nextpopu. Sam, po kilku latach spędzonych w telewizji TVN jako główny producent kreatywny, porzucił ciepłą posadę i stworzył własną markę muzyczną. Dziś jedyne, czego słucha, to własne sumienie. – Pięć lat temu obiecałem sobie, że będę szedł konsekwentnie w jednym kierunku. Od tamtego czasu nie zrobiłem nic wbrew sobie – opowiada. Jeśli firma przechodzi wydawniczy zastój, to tylko dlatego, że taka była decyzja jej właściciela. – Przez kilka miesięcy wolę nie wydawać nic, niż wypuścić na rynek coś, czego później mógłbym się wstydzić. Po kilku latach zostaje tylko muzyka. Nic więcej – dodaje. Jednak niezależność to nie tylko wolność. Druga strona medalu jest znacznie gorsza. – Od nikogo nie zależymy, ale też nikt nam nie pomaga – skarży się Amirian. Niezależni nie dostają propozycji zagrania na suto opłacanych eventach firmowych, nie mogą skasować kilkuset tysięcy na miejskim sylwestrze, nie dostają dotacji publicznych, nie występują w Opolu. Nawet za patronat radiowej Trójki muszą zapłacić, a i tak nie otrzymują nic w zamian – żadnej pewności, że choćby jeden utwór z danej płyty będzie puszczany, żadnej recenzji czy wywiadu. Są skazani na siebie – na własną promocję i znajomości, które latami wypracowują. – Wszystko robię sam. Często spotykam się z dziennikarzami kulturalnymi, żeby wręczyć im nową płytę i opowiedzieć historię jej powstania. O nic nie proszę, nie narzucam się. A kiedy jedziemy do mniejszego miasta, odwiedzamy nawet studenckie radia, które mają zaledwie kilkuset odbiorców – tłumaczy Robert.

Giganci grają schematami

W opozycji do niezależnych wytwórni stoją mejdżersi (z ang. major – główny, poważny), tak określa się największe wytwórnie płytowe, które swoje prawa narzucają całemu rynkowi. Mejdżersów jest zaledwie kilku, w Polsce mówi się o tzw. wielkiej czwórce 
– Universal, Sony, Warner i EMI. To właśnie oni w garści trzymają większość światowego przemysłu muzycznego. Wydawać by się mogło, że kontrakt podpisany z mejdżersem jest gwarantem sukcesu, ale nic bardziej mylnego. Gigantom nie zależy na promowaniu małych artystów, dla nich sprzedaż 2 tys. płyt jest zaledwie ułamkiem zysku. Dla porównania EMI w ubiegłym roku wydało 1,2 tys. albumów, Nextpop – jedynie sześć. – Mejdżersi, promując płytę, działają według ustalonego wzoru. Dostają gotowy materiał i wybierają schemat A lub schemat B. My każdy projekt traktujemy indywidualnie – tłumaczy Łukasz Stasiak, współzałożyciel 
Alkopoligamii. Granica niezależności jest płynna. Wytwórnie, jeśli są dobrze prowadzone, rosną w siłę i stają się ważnym graczem na rynku fonograficznym. – Dopóki muzyka jest wspólnym mianownikiem wydawanych płyt, dopóty możemy mówić o niezależności – podsumowuje Michalak. I przekonuje, że w mejdżersie tym mianownikiem jest czysty zysk.

Działania marketingowe podejmowane przez niezależne wytwórnie są wąsko skrojone, spersonalizowane w zależności od poszczególnego artysty. Teledysk, projekt okładki, linię promocyjną wymyśla cały zespół, łącznie z artystami. Wszystko musi się odbywać w pełnej synergii, być zgodne z przekazem muzyki. – W niezależnej wytwórni ludzie nie przychodzą do pracy od–do. Ktoś taki działałby na swoją szkodę i na szkodę artysty – przekonuje Stasiak.

W tym biznesie nie ma złotych kontraktów, pierwszych list przebojów, telewizyjnych wywiadów, błysku fleszy na ściankach i talent show, rzadkością są ogólnopolskie nagrody. Tutaj wygranym jest każdy, kto tworzy. I choć ta gałąź branży wolna jest od medialnego blichtru, to artyści niezależnych wytwórni występują na największych polskich festiwalach muzyki alternatywnej, grają supporty przed gwiazdami światowego formatu i sami niejednokrotnie zapełniają kilkusetosobowe sale koncertowe. Mimo to sama muzyka przynosi niewielkie zyski i nie jest w stanie utrzymać całej wytwórni. Dlatego niemal wszystkie labele prowadzą działalność poboczną.

Alkopoligamię założyło trzech kolegów z podwórka: Łukasz Stasiak, Piotr Szmidt i Witek Michalak. Zajmują się głównie hip–hopem, choć w zeszłym roku wydali rapowy album w aranżacji jazzowej, skupiając na jednej pycie takich artystów, jak Krystyna Prońko, Ewa Bem czy Zbigniew Wodecki. Hasło „ubrania, nagrania, styl" przyświeca im od lat. Dziś nie są już tylko wytwórnią, to także marka odzieżowa rozpoznawalna w całej Polsce, a od niedawna także... browar. Na polskim rynku funkcjonują od dekady. Płyty ich flagowego artysty (Ten Typ Mes, czyli Piotr Szmidt – jeden z założycieli) dwukrotnie zyskały status złotej. Jednak rozgłos i wysoki nakład nie dają stabilizacji całej firmie. – Bez działalności pobocznej Alkopoligamia nie miałaby finansowego prawa bytu – przyznaje Witek Michalak. Nie są wyjątkiem, każdy z nich, żeby być niezależnym wydawcą, musi zależeć od innego biznesu, zorientowanego przede wszystkim na zysk. Marcin „Groh" Grośkiewicz, właściciel U Know Me, poza wydawaniem jest też didżejem na koncertach, Łukasz Pawlak z Requiem Records pracuje jako grafik, a Nextpop Roberta Amiriana prowadzi kompleksowy management swoich artystów (sam Robert często poza wydawaniem płyt zajmuje się również ich produkcją).

Każda wytwórnia największy zysk ze sprzedaży płyt osiąga, omijając dystrybucję, a więc przez tzw. pre–order. Przeciętna cena płyty w sieci salonów Empik, Media Markt lub Saturn to ok. 36 zł. Jednak na konto wytwórni trafia zaledwie 16 zł. Z tego należy opłacić jeszcze projekt okładki, pudełko i cały PR. Finalnie do artysty trafia kilka złotych. – Dzięki temu, że nasz sklep internetowy funkcjonuje cały czas, mamy relatywnie dużą przedsprzedaż – tłumaczy Stasiak. Machina jest bardziej skomplikowana. Sklep, owszem, działa na okrągło, ale to dlatego, że sprzedaje również ubrania. Te z kolei są często kupowane, bo artyści Alkopoligamii sami promują je na klipach i koncertach. Koło się zamyka – zadowolony jest artysta, zyskuje wytwórnia i marka odzieżowa, ale też klient, bo utożsamia się z ulubionym artystą i staje się elementem kultury.

Branża alternatywnych wytwórni nie zna konkurencji. – Znamy się, często nawet po kilkanaście lat – mówi „Groh". Podzielili między siebie rynek. U Know Me skupia się głównie na elektronice i hip–hopie, często współpracuje z Alkopoligamią. Robert Amirian marzy o założeniu radia, które mógłby prowadzić z „Grohem".

Ziarno od plew

Marcin „Groh" Grośkiewicz swoją wydawniczą przygodę zaczął od wydawania płyt winylowych. Uwierzył w tych, w których nie wierzył nikt, i postawił na hip–hop. Muzycy, których 15 lat temu poznał na czacie, dziś są w pierwszej lidze polskiego rapu. Miał nosa, zaufał własnemu gustowi muzycznemu, tak robi do teraz. Wytwórnie muzyczne codziennie dostają po kilka demówek, zdecydowaną większość odrzucają po przesłuchaniu pierwszych 
20 sekund. Wyjątkiem jest Robert Amirian, który zawsze dwa razy przesłuchuje nadesłany materiał i uczciwie go ocenia. – Odpisuję początkującym muzykom. Mówię, co bym poprawił, co zmienił, na co należy położyć większy nacisk. Czuję się dłużny ludziom, przecież też kiedyś byłem w tym miejscu – opowiada. W przyszłym roku 
Nextpop zamierza wydać jeden z diamentów, który Robert osobiście szlifował przez cztery lata.

Polska muzyka alternatywna już dawno wyszła poza granice kraju. Wielu, jeśli nie większość, artystów niezależnych tworzy po angielsku. U Know Me od początku swojej działalności w założeniu miało zawojowanie rynku zagranicznego. – Mam świadomość, że muzyka, którą wydaję, jest niszowa. Chcąc działać sprawnie i dobrze, muszę otworzyć się na świat – tłumaczy „Groh