W roli głównej...

Ona wydaje nową płytę i podbija serca widzów w telewizyjnej „Bitwie na głosy”. On, choć wpatrzony w żonę, walczy o swoje ego. Nie rezygnuje z teatru, ale romansuje z show-biznesem. O byciu razem do śmierci i niezatracaniu siebie opowiadają Halina Młynkowa i Łukasz Nowicki.

Łukasz Nowicki: Masz dla nas coś nowego czy będzie obowiązkowy zestaw pytań?
A jakich pytań macie dość?
Ł.N.: Na przykład: „Czy jestem zazdrosny o Halinę?”. Albo: „Jak się sprawdzam w roli ojca”?

Nasza okładka: Halinka Młynkowa i Łukasz Nowicki. Fot. Jacek Poremba

Potraficie mówić rzeczy niepopularne. Na przykład, że bycie rodzicem to też momenty, w których człowiek łapie się na myśli: „Po co mi to było...”
Halina Młynkowa: Bo staramy się mówić szczerze. Jeśli komuś te słowa wydają się za odważne, to znaczy, że albo nie ma dziecka, albo ma dziecko nieprzeciętnie grzeczne.
Ł.N.: Nie przesadzaj, przecież Piotrek jest grzeczny...
H.M.: Ale też od początku zaznaczał się jego zdecydowany charakter. Dużo płaczu, zero snu, alergie... Jestem pewna, że wielu rodziców właśnie tak wspomina ten pierwszy czas. Nawet jeśli niewielu się do tego przyznaje.
Ł.N.: Zatracenie się w rodzicielstwie jest tak samo głupie jak ekstremalne zatracenie się w czymś innym. I to, że urodził się Piotr, nie oznacza, że przestali istnieć Halina i Łukasz. Ba, oni czasami istnieją bez Piotra. Chcemy być razem i – jestem tego pewien – będziemy razem do śmierci.

Za to pielęgnowanie własnej przestrzeni już raz wam się oberwało. Ludzie tego nie lubią.
Ł.N.: Tak, wiem, wszyscy powinniśmy kupować takie same telewizory i spotykać się rodzinami na Polu Mokotowskim. Myślenie pod prąd zakłóca porządek.
Będziemy razem do śmierci. Ale zatracenie się w rodzicielstwie jest tak samo głupie jak ekstremalne zatracenie się w czymś innym

Mówiłeś też kiedyś, że niełatwo być mężem swojej żony. Mężczyźni raczej niechętnie składają takie deklaracje.
Ł.N.: Dlatego tak sobie wtedy ceniłem kontakt z synem. Jedyny w rodzinie miał mniej dokonań niż ja.
H.M.: Przecież, żeby podratować twoje ego, na siedem lat wycofałam się ze śpiewania (śmiech).
Ł.N.: Ale i tak do końca życia nie zapomnę historii z ciastkami w Krakowie. Chcieliśmy kupić pączka i kremówkę. Weszliśmy do cukierni. Panie sprzedające, w wielkich białych czepkach, dostały ekstazy na widok Haliny. Uprzejmości trwały pół godziny, a ja stałem z boku, robiąc za tło. Nawet nie spojrzałyście w moją stronę, nie dostałem kawy. Nic! Zostałem potraktowany jak powietrze.
H.M.: Uważaj, bo jeszcze ktoś to potraktuje serio!

Teraz oboje jesteście na fali wznoszącej. Występujecie w programach rozrywkowych o rekordowej oglądalności. Tylko czy dobrze czujecie się w „sosie” przaśnej rozrywki przypominającej „Familiadę”?
H.M.: Jest mnóstwo programów rozrywkowych, to prawda. Tyle że jedne niosą ze sobą coś, inne nie niosą nic. Uważam, że biorę udział w programie tej pierwszej kategorii. Jego wartością są chociażby ludzie. 16-osobowa grupa, która – jakkolwiek to zabrzmi – zbliżyła się do swoich marzeń. Mało tego, dostaliśmy możliwość zrobienia czegoś więcej. W grupie jest osoba chora na stwardnienie rozsiane. Nieoczekiwanie właśnie poprzez tę przaśną rozrywkę zwróciliśmy uwagę na jej problem. Dostała ode mnie zapewnienie, że gdyby kiedykolwiek potrzebowała środków na leczenie, pomogę jej je zdobyć.
Zobacz film z sesji Halinki Mlynkowej i Łukasza Nowickiego. Zdjęcia i montaż: Mikołaj Tocki:

Jak?
H.M.: Chociażby organizując charytatywny koncert.

Czyli wszystko dla ludzi?
H.M.: Oczywiście, że nie wszystko. Ten program jest też dla mnie świetną formą promocji. Przed wakacjami wyjdzie moja nowa płyta. Chciałabym o sobie przypomnieć.

I jakie są pierwsze reakcje na twój powrót?
H.M.: Jeśli „Bitwę na głosy” traktować jako probierz, to jest dobrze. Nie liczyłam na tak ogromną sympatię. Są też zabawne reakcje. Na przykład czytam, że schudłam. Tymczasem jest mnie dziś więcej niż kiedykolwiek. Przed urodzeniem Piotrka byłam patykiem.
Ł.N.: Ja lubię szczupłe...

Będziesz na tej płycie Halinką z Brathanków?
H.M.: Absolutnie nie! Ta płyta to raczej moja podróż dookoła świata. Nie ma nic wspólnego z bałkańskimi klimatami. Ze wszystkich wyjazdów zawsze przywoziliśmy z Łukaszem muzykę. Mam słabość do instrumentów etnicznych. Prawie zawsze podczas pracy nad poprzednimi płytami marudziłam, że brakuje mi czegoś, co by pobrzękiwało, bębniło. Kiedyś któryś z muzyków powiedział wreszcie: „Halina, to jest właśnie muzyka etniczna!”.

Miałaś dość „Czerwonych korali”?
H.M.: Miałam złe wspomnienia, do których nie chciałam wracać. Moje rozstanie z Brathankami nie było przyjemne.

Ale już się zagoiło?
H.M.: Zdecydowanie tak.

Piotrek pojawił się w odpowiednim momencie?
H.M.: On był planowanym dzieckiem. Pojawił się raczej w odpowiednim czasie odpowiedni mężczyzna.

Łukasz, u ciebie też zmiany. Postawiłeś na milion. Myślisz, że wygrałeś?
Ł.N.: Pytasz o to, jak się czuje aktor na rynku show-biznesu i czy nie skręciłem na niebezpieczny, boczny tor?

Pytam o granice kompromisu?
Ł.N.: Jeśli mogę zobaczyć Jana Englerta u Kuby Woje­wódz­kiego, Marka Kondrata w reklamie banku, a Zbig­niewa Zamachowskiego w reklamie hamburgerów, to gdzie są te granice? Świat się zmienił, trzeba się z tym pogodzić. Oczy­wiście, że to ma się nijak do moich młodzieńczych projekcji na temat życia z czasów studiów. Pracowałem wtedy z Krystianem Lupą, widziałem siebie w Teatrze Starym w Krakowie, a mieszkać miałem na strychu przy św. Tomasza. Po spektaklu piłbym drinka w Vis-à-vis, rozmawiał o sztuce, spacerował po Plantach. Może czasem zagrałbym w filmie, żeby zarobić jakieś przyzwoite pieniądze. Tak miało wyglądać moje życie.

A wygląda zupełnie inaczej.
Ł.N.: Są seriale, jest telewizja, jest reklama. Mimo to nie czuję, żebym poszedł na ultrakompromis. Od kiedy zostałem prezenterem, a zdarzyło się to przypadkiem, wszystko układa się w całość. Marzena Rogalska zadzwoniła do mnie, kiedy siedziałem na plaży z Piotrusiem i Halinką. Zapytała, czy nie chcę przyjść na casting do „Pytania na śniadanie”. Może gdybym siedział wtedy w innych okolicznościach, odmówiłbym. Pamiętasz Halina, radziłem się ciebie wtedy, czy to ma sens.
Fot. Jacek Poremba

H.M.: I powiedziałam, że tak, bo moim zdaniem wyjątkowo się do tego nadajesz. Jesteś błyskotliwy, masz szybką ripostę, mówisz na temat.
Ł.N.: Nauczyłem się prowadzić program na żywo. Zyskałem umiejętność, która może mi się przydać jeszcze nieraz na estradzie czy w teatrze. Start przedstawienia można opóźnić o kilkanaście minut, bo publiczność jeszcze wchodzi albo pijany kolega nie doszedł do siebie, ale potem musisz złapać rozpęd i wytrwać do końca... Minął rok i nabyte przy „Pytaniu...” umiejętności przydały się przy następnej telewizyjnej pracy.

To jesteś już człowiekiem telewizji? Nie teatru?
Ł.N.: Odszedłem z Ateneum, bo nie widziano tam dla mnie miejsca. Wszystko skończyło się po odejściu Gustawa Holoubka. Umarł autorytet, dyrektor, reżyser, opiekun. Gdyby żył, pewnie przez sekundę nie pomyślałbym o „Pytaniu na śniadanie” czy prowadzeniu teleturnieju „Postaw na milion”. Nie dlatego, że to jest „be”, tylko dlatego, że wtedy, w tamtym teatrze, ja się realizowałem. Po śmierci dyrektora zabrakło mi wyzwań.

W Ateneum zmiany. Może będzie lepiej...
Ł.N.: Nie „może będzie”, ale „na pewno będzie lepiej”. Nowy dyrektor Andrzej Domalik to wizjoner i człowiek teatru. Dyrektor artystyczny musi kochać swój zespół z wzajemnością. Musi być między nimi symbioza.

Wróćmy do telewizji.
Ł.N.: Bo telewizja bardzo się z teatrem splotła. Można powiedzieć, że dostałem propozycję zagrania w ciekawym przedstawieniu dlatego, że popracowałem jako prezenter, zyskałem rozpoznawalność. To jest przedstawienie zewnętrzne, które musi na siebie zarobić. Zaangażowano rozpoznawalne twarze. Paradoks polega na tym, że jeszcze 10 lat temu taki teleturniej byłby dla aktora zawodowym samobójstwem. Dziś są dwa wyjścia: albo obrazisz się na obowiązujące zasady gry, zaszyjesz się gdzieś na Mazurach i będziesz łowił okonie, albo się przystosujesz. Chociaż to przystosowywanie się czasami boli.

Kiedy zabolało?
Ł.N.: Opowiem pewną historię. Gramy to przedstawienie, o którym mówiłem wcześniej, w Filharmonii, w Lublinie. Siedzę w kanciapie 2x2 m. Dookoła wiszą zdjęcia gołych dziewcząt jak w zakładzie wulkanizacyjnym. Sąsiadują z fotografiami orkiestry koreańskiej koncertującej w Lublinie w latach 70. Siedzimy sobie z kierownikiem tej sceny i palimy. W pewnym momencie mówię mu, że trochę się martwię, bo sala ma mało teatralną akustykę i kiedy aktor wypowiada kolejne zdanie, to końcówka poprzedniego dociera jeszcze do ostatnich rzędów. A on odpowiada poważnie: „A kogo to obchodzi? Przecież oni przyszli was oglądać, a nie słuchać...”. Nie chcę uderzać w wysokie rejestry, ale kiedyś, w teatrze, nikt by się tak do aktora nie odezwał.

Pewnie nie. Ale wydaje mi się, że na przykład twój ojciec czuje się w show-biznesie jak ryba w wodzie.
Ł.N.: Oj tak! Chociaż na początku było źle. Nie akceptowa