W rękach kobiet

Konkret – to ich ulubione słowo. Nie dyskutujemy, ale robimy. Chwalimy nie siebie, lecz pracowników. Nie kolekcjonujemy orderów, ale też nie roztrząsamy porażek. Wyciągamy z nich wnioski na przyszłość i inspirację do działania. To kodeks Polek – liderek, najlepszych w swoich branżach.

Psychologowie są zgodni – przywództwo w biznesie XXI w. należy do kobiet, bo nawet w grze rynkowej przestaje się liczyć demonstracja siły. W czasach, kiedy komunikacja i marketing opierają się na mediach społecznościowych, lepiej od osobników alfa w roli szefów sprawdzają się „przywódcy beta", potrafiący nawiązywać relacje i osiągać cele we współpracy z innymi. Kobiety, przez lata sprawujące władzę na zasadzie szyi, która kręci głową, miały rozwinąć cechy pozwalające im na kierowanie z tylnego siedzenia. Ale pod tą zdolnością nie należy rozumieć trzepotania rzęsami, tylko umiejętność łagodnej i niezwykle skutecznej perswazji.

Przemysław Staroń, psycholog z Uniwersytetu SWPS i trener rozwoju osobistego Centrum Rozwoju Jump, przekonuje, że na stanowiskach kierowniczych najlepiej sprawdzają się kobiety androgyniczne, mające w wysokim stopniu rozwinięte cechy stereotypowo odnoszące się zarówno do własnej płci biologicznej – kobiecej, jak i psychologicznej – męskiej. Szefowa androgyniczna potrafi szeleścić fałdami spódnicy i stukać obcasami, ale w pracy jest bardziej męska niż niejeden poważny facet w garniturze. Albo, jak w przypadku prof. Alicji Chybickiej, w kitlu.

Nad życie

Ludzie mogą kojarzyć ją z emocjonalnych telewizyjnych apeli o pieniądze na chore dzieci. Drobna, wielkooka, z długimi ciemnymi włosami, bardziej przypomina dobroduszną ciocię niż szefa 200–osobowej Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Hematologii i Onkologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, dziś znanej jako Przylądek Nadziei. Ten wizerunek utrwalił wcześniej film „Nad życie" opowiadający o ostatnich miesiącach życia Agaty Mróz–Olszewskiej, dwukrotnej siatkarskiej mistrzyni Europy, która w klinice prof. Chybickiej poddała się przeszczepowi szpiku. Choć w filmie profesor nazywa się Ewa Bielecka i jest tylko doktorem, nikt nie miał wątpliwości, że chodzi właśnie o nią. Tym bardziej że Danuta Stenka była w tej roli Chybicką. – Tyle że dużo płakała i ludzie mogli mieć wrażenie, że onkolog od szpiku tylko chodzi, płacze i trzepocze rzęsami i że taka jest szefowa. Nic bardziej błędnego. Pięciu specjalizacji i profesury nikt nie daje na piękne oczy – mówi osoba z otoczenia prof. Chybickiej.

Owszem, Alicja Chybicka nieraz płakała przy pracownikach. Ale tylko z jednego powodu – śmierci małego pacjenta. – Do tego nie da się przyzwyczaić – mówi dzisiaj, 41 lat od rozpoczęcia kariery lekarza i 39 lat od śmierci pierwszego pacjenta na jej dyżurze. Nie wstydzi się tych łez, bo wie, że współpracownicy to rozumieją. Na każdy inny problem reaguje wściekłością, która natychmiast przechodzi w mobilizację do pracy, której oczekuje także od innych. Tu się ratuje śmiertelnie chore dzieci i jeśli ktoś przyszedł pić kawę, powinien zmienić klinikę. Szefowa pracuje ponad siły i tego samego oczekuje od zespołu, który jest u niej na drugim miejscu, zaraz po pacjentach.

Personel – 30 lekarzy, blisko 80 pielęgniarek, pracownicy laboratorium i salowe – wie, że szefową warto pytać, a dyskutować z nią nawet należy. – Nie mam monopolu na wiedzę. Wykształciłam sobie kadrę, która stale podnosi kwalifikacje, jeździ na kongresy, sympozja. W wielu dziedzinach wręcz mnie przerosła. Jestem promotorem 15 doktoratów i pięciu habilitacji, w zespole mam jednego tytularnego profesora. Nigdy nie wymuszam niczego na zespole. Rzadkie są sytuacje, gdy oczekują ode mnie arbitralnych decyzji. Najczęściej w sytuacjach bez wyjścia, kiedy żadne rozwiązanie nie wydaje się dostatecznie dobre, a chodzi o ludzkie życie – tłumaczy.

Ciężkie decyzje podejmuje dziś coraz rzadziej. Kiedy w latach 70. zaczynała pracę w powstającej właśnie klinice hematologii i onkologii dziecięcej, przeżywało tylko 15 proc. małych pacjentów, a wiele dyżurów kończyła, nosząc na rękach martwe ciałka do kostnicy pod schodami. Takie doświadczenia zmieniają człowieka na zawsze, ale też pchają do działania – badań, kolejnych specjalizacji. Prof. Chybicka chciała i dziś razem z zespołem ratuje trzymiesięczne dzieci, które wcześniej by nie przeżyły. Onieśmielające? Może. Ale jeszcze bardziej inspirujące, zwłaszcza że szefowa nie osiada na laurach. Kiedy już wychowała sobie zespół, na którym może polegać, rozpoczęła karierę parlamentarzystki. Zaczęło się w 2001 r., kiedy brak ustawy o imporcie docelowym leków zagroził życiu jej pacjentów. Zrobiła taki dym, że ówczesny minister zdrowia Grzegorz Opala wiózł je do Wrocławia własnym oplem. Potem, w 2007 r., minister Zbigniew Religa wezwał ją na dywanik do Warszawy, żeby spytać, czemu robi taki raban. Robiła, bo z powodu braku przepisów komornik wszedł na konto jej kliniki i wyczyścił je do zera, więc nie było za co kupić leków dla 50 dzieci. – Tłumaczyłam, że ich życie jest zagrożone, a minister na to, że on mi te pieniądze da. Więc wyciągnęłam rękę i mówię: „To poproszę". Nie wiedział, że ruszenie tej biurokratycznej machiny potrwa sześć tygodni, podczas których dzieci mi pomrą. 3 mln zł na leki dało społeczeństwo, w formie darowizn, bo pieniądze od niego przyszły po ponad miesiącu – opowiada prof. Chybicka.

Lampasy i szpilki

– Badania pokazały, że oprócz płci biologicznej mamy też psychologiczną – tłumaczy Przemysław Staroń z Uniwersytetu SWPS. – Tymczasem istnieje jeszcze płeć kulturowa, wokół której narosło mnóstwo stereotypów. Agresja u chłopców traktowana jest jako coś kulturowo oczekiwanego, u dziewcząt – wręcz niepożądanego. Okazuje się jednak, że w biznesie najlepiej sprawdza się kobieta, która potrafi wykorzystać najlepsze cechy swojej płci biologicznej i psychologicznej. To ciekawy koktajl – tłumaczy Przemysław Staroń.

Może dlatego kobiety zaczynają dowodzić nawet w formacjach, które – zdawałoby się – empatii nie potrzebują, czyli w służbach mundurowych. Od policjanta empatii oczekuje się w stosunku do pokrzywdzonego, ale już nie do podwładnych. Tymczasem służby coraz bardziej doceniają miękkie podejście do pracowników i awansują kobiety. W ubiegłym roku trzeba było zmieniać rozporządzenie o umundurowaniu policjantów, bo po raz pierwszy w historii generałem mianowano kobietę, a przepisy nie przewidywały spódnicy z lampasami. Choć komendant wojewódzka w Opolu nadinspektor Irena Doroszkiewicz nie upierała się przy spódnicach, ustawodawca zdecydował się dać jej tę małą dowolność w ubiorze.

Nadkomisarz Agnieszka Hamelusz, wówczas członkini zespołu prasowego Komendy Głównej Policji, umawiała dziennikarzy na promocję nowej pani generał podczas przypadającego 25 lipca Święta Policji, a potem uświetniała uroczystość jako członkini – i zarazem prezes – Chóru Komendy Stołecznej Policji. Nadinspektor, która, jak się okazało, miała bogatą przeszłość wokalną w chórach w rodzinnym Białymstoku, gratulowała chórzystom czystości dźwięku, a samej nadkomisarz – świetnej organizacji czasu. Bo trzeba być mistrzem logistyki, żeby przy obowiązkach członka zespołu prasowego znaleźć czas jeszcze na dwie próby w tygodniu. Ale logistyka to dla Agnieszki Hamelusz druga natura. Była nawet szefem logistyki na misji stabilizacyjnej w Kosowie. W 2013 r. przez dziewięć miesięcy zapewniała zaopatrzenie w jedzenie, środki czystości, broń i wszystko, co niezbędne do życia, blisko 200 policjantom skoszarowanym w obozie pośród gór. Przydał się nie tylko zmysł organizacyjny, ale też znajomość języków, które szlifowała m.in. jako wiceszefowa polskiego oddziału IPA – International Police Association, Międzynarodowego Stowarzyszenia Policjantów. Z Albańczykami, odpowiadającymi za dostawy, porozumiewała się po angielsku, z Serbami – po serbsku, bo liznęła tego języka, kiedy na początku ubiegłego wieku pojechała na misję jako cywil. Dziś przez wielu kojarzona jako kobieca twarz „niebieskich", szczególnie od kiedy w październiku zeszłego roku została rzecznikiem Centralnego Biura Śledczego Policji (CBŚP), miała być dziennikarką.

Zaczynała po liceum, w tygodniku „Panorama Legnicka", potem było „Słowo Polskie Gazeta Wrocławska" i radio. Czytała serwisy, trafiki i uwodziła głosem, który wielu określa jako mistrzowski, na miarę Krystyny Czubówny. Ale dla Agnieszki Hamelusz to było za mało. – Szukałam wyzwań, więc złożyłam papiery do policji w Warszawie. Dostałam się i po kursie podstawowym w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie trafiłam do zespołu zarządzania jakością, który przekształcił się w Sekcję Strategii i Promocji Policji. Mam wykształcenie socjologiczne, a w zespole potrzebny był ktoś do prowadzenia badań związanych z jakością – opowiada dzisiaj. Ale o posterunkową Hamelusz szybko upomnieli się w prasówce.

Okazało się, że dobrze pisze, przed kamerą wypada świetnie i ma bardzo dobry kontakt z dziennikarzami. W 2006 r. została oficerem prasowym komendy rejonowej na warszawskiej Pradze–Północ, a w prasie i telewizji zaroiło się od informacji o sukcesach tej formacji. Nic dziwnego, że ówczesny rzecznik Mariusz Sokołowski ściągnął ją do zespołu prasowego Komendy Głównej, gdzie miała tworzyć stronę internetową Policja.pl i dyżurować w zespole. Potem było rzecznikowanie największej i najpoważniejszej komendzie rejonowej w Polsce – Warszawa–Śródmieście, na której terenie znajdują się dwa stadiony piłkarskie, dwa ogromne centra handlowe i najważniejszy dworzec w kraju. Tak było do maja 2013 r., kiedy Agnieszka Hamelusz, wtedy już po kursie oficerskim w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie, zdała egzamin językowy i pojechała jako szef logistyki na misję do Kosowa. Ktoś by powiedział – kariera usłana różami, ale tylko jej najbliżsi wiedzą, ile kosztuje praca w policji. – Wymaga niezwykłej odporności psychicznej, nie tylko ze względu na widoki na miejscu zdarzenia, na które Agnieszka przecież jeździ jako oficer prasowy, ale też dość brutalne reguły w tym męskim świecie – mówi jej wieloletni współpracownik. – Bycie kobietą nie zawsze tu pomaga.

Pomaga za to charyzma, która pociąga za Agnieszką ludzi, najpierw do chóru, potem do IPA, teraz do zespołu prasowego CBŚP. Wielu pyta o pracę w trzyosobowym zespole, bo taka szefowa to skarb. – Jaka? – zastanawia się jej bliski współpracownik. – Konkretna, grająca nie na siebie, ale na zespół. I przede wszystkim charyzmatyczna – mówi wieloletni współpracownik Hamelusz.

Na firmowej drukarce

Katarzyna Korpolewska, doktor psychologii, jedna z najbardziej cenionych polskich psychologów biznesu i właścicielka firmy doradczej Profesja Consulting, uważa, że dziś sprawdza się sposób zarządzania stereotypowo uważany za damski, a więc demokratyczny, w którym przywiązuje się wagę do emocji i relacji międzyludzkich, a także stawia na indywidualność. Bo szef XXI w. zdążył się już zorientować, że koncentracja na ludziach, a nie wynikach, przekłada się na sukces, który – w końcu – opiera się na talentach.

Dziś takie podejście nie budzi zdziwienia, ale w latach 90. kobiety–szefowe były w sposobie zarządz