W kolejce na Everest, czyli biznes kwitnie

Himalaje się zmieniają. Same góry oczywiście nie, ale wszystko wokół – z dnia na dzień. Najbardziej widoczne jest to na zapchanym szlaku pod największy szczyt świata. Czyli nie ma sensu tam jechać? Wręcz przeciwnie – trzeba korzystać z okazji, zanim ten rejon zupełnie się skomercjalizuje.

Na szczęście każdy, czy prawie każdy, ma możliwość dotarcia pod Everest, aż do bazy himalajskich wypraw, gdzie można mieć najwyższą górę świata niemal na wyciągnięcie ręki. W tym przypadku koszty można porównać z wakacjami nad polskim morzem (plus samolot), a jedyny poważny problem to nie tyle kondycja (dzienne odcinki do przejścia nie są wcale takie długie), ile zdolność adaptacji naszego organizmu do wysokości, czyli do niedotlenienia. Wbrew temu, co się często myśli, dojście do położonej na wysokości 5300 m n.p.m. nepalskiej bazy pod Everestem nie wymaga wcale znajomości technik wspinaczkowych. To typowy trekking, do którego ze sprzętu potrzebne są nam jedynie dobre buty, plecak i ewentualnie kijki.

Aklimatyzacyjne zakupy

Startem do wędrówki jest Lukla, wioska położona na poziomie 2840 m n.p.m. Do Lukli nie da się dojechać, można tam tylko dojść (od drogi dla samochodów – dwa dni) albo dolecieć. Lot małym samolocikiem pełniącym rolę powietrznej taksówki trwa zaledwie 20 min., ale emocje są spore, bo położone na niewielkiej skalnej półce lotnisko w Lukli należy do najbardziej niebezpiecznych na świecie. – O, widzicie! To samolot, który rozbił się trzy tygodnie temu – pokazuje resztki wraku nasz pilot. Przez kolejne dni żyjemy już jednak tylko górami.

Koszty wyprawy można porównać z wakacjami nad polskim morzem. Jedyny problem to nie kondycja, tylko zdolność adaptacji naszego organizmu do wysokości, czyli niedotlenienia.

Początek to wędrówka wzdłuż doliny. Mijamy niewielkie poletka, pokonujemy wiszące mosty, nałogowo fotografujemy liczne na szlaku stupy (rodzaj buddyjskich kapliczek), które trzeba obchodzić zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Drugiego dnia po raz pierwszy wyłania się Everest – jeszcze niepozorny, bardzo daleki. Szczerze mówiąc, większe wrażenie zrobi na nas inny szczyt – Ama Dablam. To wprawdzie tylko sześciotysięcznik (6812 m), ale wyjątkowo piękny i swoją pionową, śnieżną ścianą budzący należyty respekt.

Po dwóch dniach trekkingu mamy pierwszy dzień aklimatyzacyjny. Inaczej mówiąc – spędzamy dwie noce na tym samym poziomie, w tym przypadku w Namche Bazaar (3440 m), miasteczku określanym jako stolica Szerpów. Główne ulice Namche, wbudowanego niczym amfiteatr w górskie zbocze, przypominają ruchliwy bazar. Można tu kupić bransoletki i wisiorki z motywami buddyjsko-tybetańskimi, koszulki z rozrysowaną trasą trekkingu, no a przede wszystkim potrzebne na niego sprzęt czy odzież turystyczną.

– North Face oryginal – mała dziewczynka zachwala windstoper za 10 dol. I tak obie wiemy, że nazwa firmy jest umowna, bo chałupnicze fabryczki zrobią każdy napis, na jaki tylko będzie zapotrzebowanie. Podrabia się wszystko, włącznie z traktowanymi jako amulet tybetańskimi kamieniami Dzi. W tym przypadku jednak nie ma problemów z rozpoznaniem – podróbka kosztuje kilka dolarów, prawdziwy kamień mający ponoć magiczną moc – kilka tysięcy. Dzień relaksu się przydaje, bo bez dobrej aklimatyzacji daleko nie zajdziemy. Aby nie zostać powalonym przez chorobę wysokościową, nie można zdobywać wysokości zbyt szybko. W razie czego interwencja lekarska plus śmigłowiec ratunkowy do Katmandu to wydatek, bagatela, 7,5 tys. dol. Objawy takie jak ból głowy czy problemy ze spaniem początkowo odczuwają wszyscy. Ważne, żeby nie dopuścić do tych poważniejszych – udaru płuc czy mózgu. Wiek wbrew pozorom jest sprawą wtórną. Spotykamy 75-letnią Japonkę, która przyjeżdża w Himalaje co roku i na wysokości radzi sobie doskonale. W przeciwieństwie do 20-letniego Amerykanina, którego jak najszybciej trzeba sprowadzić w dół. – Jeśli chcecie szybciej się aklimatyzować, zrezygnujcie z mięsa, za to nie żałujcie sobie czosnku – zalecają lokalni przewodnicy. – No i dużo pijcie. Dużo, czyli około czterech litrów dziennie. Łatwo mówić – w schroniskach w nocy jest tak zimno, że wyjście do toalety to naprawdę duże wyzwanie. Z powodów zimna od pewnego poziomu rezygnuje się też zwykle z prysznica. Przeziębienie to na wysokości spory problem – praktycznie można się go pozbyć dopiero po powrocie w doliny.

Idą zmiany

Pierwszy raz przeszłam szlak do bazy pod Mount Everestem kilkanaście lat temu. Turystów było wtedy niewielu, tak więc życzliwi miejscowi z radością do nas machali i krzyczeli swoje śpiewne nepalskie pozdrowienie: „Namasteee!". Teraz też je słychać, ale rzadziej, no bo w tłumie turystów trudno miejscowych spotkać. Tam, gdzie wiedzie wąska ścieżka, idzie się często w kolejce innych cudzoziemców. Tam, gdzie droga się rozszerza, ruch w jedną i drugą przypomina pieszą autostradę. Szczerze mówiąc, trudno się dziwić – Everest od strony nepalskiej można z bliska zobaczyć w dwojaki sposób: w czasie lotów widokowych z okien samolotu, ewentualnie śmigłowca, albo w ramach minimum dwutygodniowego trekkingu. Dojechać się nie da, bowiem żadnej drogi do stóp góry nie poprowadzono. Mowa o Nepalu, bo Chińczycy w Tybecie już takową zrobili. W sumie w Nepalu na upartego też by się dało, tyle że mieszkańcy regionu Khumbu drogi nie chcą. Nie interesują ich turyści, którzy przyjadą do bazy na jednodniowe wycieczki autokarowe, tym bardziej że droga omijałaby istniejące już miejscowości. Żyłą złota dla miejscowych są turyści wędrowcy. W czasie trekkingu muszą przecież gdzieś spać, jeść, coś tam pod drodze kupić, naładować baterie (usługa płatna, i to dość słono), wziąć prysznic (nawet 5 dol. od osoby).

Efekty? Tradycyjnych domów mieszkalnych widać coraz mniej – na ich miejsce powstają schroniska i hotele. Korzystanie z telefonów komórkowych to standard – zasięg łapie się nawet w wiosce na 5000 m, kafejki internetowe też są prawie wszędzie, no a słynną słoną herbatę z jaczym masłem bez problemów można zamienić na cappucino z oryginalnego ekspresu Lavazzy. Życzę miejscowym jak najlepiej, ale trochę mi żal, że „tamte Himalaje" bezpowrotnie minęły. Są też jednak plusy – chociażby takie jak to, że przy szlaku pojawiły się kosze na śmieci, a miejscowi przewodnicy wyrabiają sobie nawyk schylania się po papierki, dzięki czemu jest czysto. Inna, dużo ważniejsza sprawa, to sponsorowanie przez turystów edukacji miejscowych dzieciaków. Jednym z takich szczęśliwców był nasz przewodnik Kusein, który ze swojej rodzinnej wioski do szkoły miał dwa dni drogi, a jego rodziny nie stać było na opłacanie internatu. Aż trafił na Anglika – wspinacza, który wzruszony widokiem 13-latka dźwigającego 35-kilogramowy zbiornik z naftą, przesyłał mu na naukę 100 funtów miesięcznie. Kusein szansę wykorzystał – dzięki szkole nauczył się angielskiego, no i teraz pracuje jako przewodnik. A co do mającego dobre serce Anglika – zmarł jakiś czas temu, ale że traktował Kuseina jak swojego syna, zapisał mu część funduszy ze swojej polisy ubezpieczeniowej. Finał niczym w bajce: żyjąca wcześniej na granicy ubóstwa rodzina chłopaka może teraz cieszyć się przejściem do klasy średniozamożnej.

O szerpach biznesmenach i jakach, które nie są jakami

Rdzenna ludność okolic Everestu to Szerpowie. Turyści często mylą pojęcia – Szerpami nazywają ogólnie tragarzy, niezbyt mądrze pytając: – W jakim wieku został pan Szerpą? Tymczasem Szerpowie to zarówno grupa etniczna, jak i z dumą noszone nazwisko. – Jestem Ang Dendi Sherpa – przedstawia mi się jeden z nich.

Mało który Szerpa pracuje obecnie jako tragarz, to zajęcie dla uboższych przedstawicieli innych grup etnicznych, których w Nepalu jest kilkadziesiąt. Szerpowie to elita turystyczno- -wspinaczkowego biznesu: przewodnicy, menedżerowie hoteli i sklepów ze sprzętem.

– Większość bardziej przedsiębiorczych Szerpów wyniosła się już do Katmandu albo na emigrację, zwłaszcza do USA – słyszę od jednego z nich po drugim kieliszku rakszi, lokalnego bimbru z ryżu lub prosa.

Niezależnie od tego, kim są tragarze, należy im się wielkie uznanie. Noszą nie tylko ekwipunek turystów, ale także zaopatrzenie do sklepów, wyposażenie domów czy materiały budowlane. Najchętniej ładują towar do plecionych koszy zawieszanych na plecach umocowaną na czole taśmą, ale spotykamy też takiego, który dźwiga ważące ponad 100 kg długie pręty zbrojeniowe, ledwo wyrabiając się z nimi na krętych górskich ścieżkach. Trudo się dziwić, że na 4000 m za papier toaletowy płaci się trzy dolary. Dzienna stawka tragarza to kilka, kilkanaście dolarów, ale i tak dziś jest im lepiej niż dawniej. Widać to chociażby po butach – jeszcze niedawno biegali po górach w klapkach lub kaloszach, teraz prawie wszyscy mają adidasy albo firmowe buty trekkingowe.

Do transportu wykorzystuje się też jaki. Tak przynajmniej mówią o tych zwierzakach turyści, choć miejscowi rozróżniają, że czystej krwi jaki występują dopiero od wysokości około 3500 m (niżej jest im za gorąco), przy czym miano to dotyczy wyłącznie samców. Samice nazywa się nakami. Z kolei na niższych terenach wykorzystuje się mieszanki jaków i krów, zwane dzum (samice) lub dzopkio (samce). Jak zwał, tak zwał – najważniejsze, że na szlaku karawany jaków zawsze mają pierwszeństwo.

Ekumeniczny anioł i mantry dobre na wszystko

Trudno nie zauważać komercji, ale nastrój gór na szlaku jednak jest. Chłoniemy go w różny sposób. Podczas wieczornego przesiadywania wokół ustawionego w schroniskowych świetlicach piecyka, podczas wędrówki – rozpoznając sylwetki kolejnych szczytów (z ośmiotysięczników po drodze widać m.in. Lhotse i Cho Oyu), ale także dopingując mnichów grających w siatkówkę. – Polacy? – cieszą się na nasz widok. Potwierdzają tylko, że kogo jak kogo, ale akurat naszych rodaków na szlaku do bazy pod Everestem spotyka się wyjątkowo dużo.

Fakt, polską mowę słyszymy w Himalajach niemal codziennie, ale co z tego, skoro poza naszymi mało kto wie o sukcesach polskich himalaistów. Nawet najpopularniejszy lokalny książkowy przewodnik w rozdziale o historii wejść na Everest słowem nie wspomina o pierwszym zimowym zdobyciu tej góry, czego w 1980 r. dokonali Krzysztof Wielicki z Leszkiem Cichym.

A wracając do mnichów, pewnie byśmy z nimi pograli, gdyby nie wysokość – wykończyłaby nas zadyszka. Potem tych samych mnichów spotykamy podczas pudży, buddyjskiego nabożeństwa odprawianego w klasztorze w wiosce Tengboche, gdzie w modlitewnym skupieniu przez dwie godziny odmawia się śpiewne mantry. Wychodząc ze świątyni, kręcimy młynkami modlitewnymi, licząc, że dzięki temu nie zabraknie nam sił do kolejnych dni trekkingu. Nasze pobożne życzenia spełniają się – po tygodniu od wyruszenia z Lukli stajemy w miejscu znajdującej się u podnóża Everestu bazy, niestety w tym okresie akurat pustej (najlepiej przyjść tam w maju, my jesteśmy po letnim monsunie). Cieszymy się, choć chwile smutnej refleksji wywołują w nas tablice umieszczone na kamiennych czortenach (kolejny typ buddyjskiej kapliczki), przypominające tych, którzy chęć wspinania się na najwyższą górę przypła