W dechę

Wyciosane z jednego kawałka drewna, z zachowaniem naturalnych niedoskonałości, ręcznie robione deski do krojenia, miski, talerze lub łyżki podbijają serca miłośników kuchni i mistrzów kulinarnych na całym świecie. Nic dziwnego, 
że ich polscy twórcy mają coraz więcej zleceń.

Sztukę robienia w drewnie Jarek Berdak ćwiczył u zaprzyjaźnionego rzeźbiarza, gdzie robił kolby do broni myśliwskiej. W ten sposób przyzwyczajał dłoń do chropowatości drewna, uczył się odnajdywać kształty zaklęte w linii słojów, poznawał metody konserwacji szczególnie bliskiego mu materiału. Outdoor i życie w lesie to jego znaki rozpoznawcze. Cząstkę lasu wytatuował sobie nawet na przedramieniu: dwie sosny, a pośrodku napis „Into the wild". – Wychowałem się w mieście, ale nie jestem mieszczuchem. Nie lubię miast, całego tego zgiełku, pośpiechu, przywiązania do rzeczy. Do życia nie potrzebuję wiele. Tyle, ile zmieści się w jeden samochód, z warsztatem włącznie. Życie wolę nabierać małą łyżeczką, a nie chochlą. Ważne, żebym miał się z czego utrzymać, a nie zbierać na materialne marzenia – zastrzega.

Dlatego osiem lat temu rzucił dotychczasowe życie w Opolu, spalił za sobą wszystkie mosty i zamieszkał w lesie w Beskidzie. Mieszkał tam rok, bo była to tylko przystań przed Tatrami. – Wyjechałem bez żadnych zapasów finansowych. W górach zarabiałem na różnych rzeczach: pracowałem przy wyrębie lasu, w tartaku, jako fotograf, operator kamery. Tyle, żeby do końca tygodnia starczało. A w wolnym czasie tworzyłem przedmioty do domu, w którym mieszkałem: lampy, podstawki, deski do krojenia, łyżki... Prawie nigdy nic dla mnie nie zostawało, ponieważ większość zabierali znajomi, którzy mnie odwiedzali i którym się podobały. Pomyślałem wtedy, że nie muszę pracować dla kogoś. I tak powstał projekt „i love nature" – opowiada.

W świecie wielkich kuchni

Akcesoriów wytwarzanych przez Jarka Berdaka nie można kupić w zwykłym sklepie. Z rzadka też pojawiają się na targach związanych z rękodziełem. Można je znaleźć w internetowym sklepie „i love nature" i na portalach społecznościowych: Facebooku, Instagramie, Pintereście. Niemal wszystko, co wystawi, schodzi na pniu. – Piszą do mnie ludzie z całego świata. Mam zapytania z Europy, Rosji, Azji, a nawet zza oceanu. Tam sprzedają się nie tylko deski, ale też łyżeczki, noże, misy. Ale to klienci z Polski są dla mnie najważniejsi – podkreśla. Po pięciu latach obecności na rynku „i love nature" jest dziś rozpoznawalną marką. Drewniane przedmioty, które wyszły spod jego ręki, znalazły uznanie kuchennych celebrytów. – Z moich sprzętów korzysta wielu szefów kuchni: Pascal Brodnicki, Karol Okrasa, David Gaboriaud. Moje prace też są w gwiazdkowej restauracji Atelier Amaro. Ale nie tylko. David Lebovitz kupił u mnie kilka desek, można je nawet zobaczyć w jego książce „Słodkie życie w Paryżu" 
– mówi. Jednak spełnieniem marzeń rękodzielnika był dopiero ostatni sukces: jego prace trafiły do Jamiego Olivera, brytyjskiego kucharza znanego z programów telewizyjnych, który docenił kunszt Polaka na swoim profilu na Instagramie. – To dla mnie kulinarny guru. Dotarcie do niego było moim marzeniem. To wielka satysfakcja wiedzieć, że rzeczy, które wykonałem, używa w swojej kuchni!

Jednak „i love nature" to marka nie tylko dla wielkich nazwisk. Drewniane sprzęty służą równie dobrze w domowych kuchniach, gdzie cieszą się dużym powodzeniem. – To deski na lata. Ale mimo to klienci wracają. Jedna z klientek ma już chyba w swoim domu wszystkie rodzaje, jakie robiłem – śmieje się Jarek Berdak.

Naturalnie, czyli z klasą

Zainteresowanie wytworami rękodzielniczymi na użytek kuchni nie dziwi dr Magdaleny Tomaszewskiej–Bolałek, kierownika Food Studies, studiów podyplomowych na Uniwersytecie SWPS poświęconych tematyce kulinarnej. – Potrzebujemy sprzętów unikalnych, niebanalnych. Po latach zachłyśnięcia się masową konsumpcją związaną z wejściem w erę kapitalizmu zaczęliśmy doceniać nie ilość, ale jakość tego, co jemy, czym się otaczamy – przekonuje. 
– Estetyka przy stole nie jest zarezerwowana tylko dla ludzi z wyższych sfer. Dziś każdy Kowalski ogląda takie programy telewizyjne, jak „TopChef" czy „MasterChef". I oczekuje, że nawet w prostym barze czy domu jedzenie nie będzie wyglądało siermiężnie. Przestaliśmy też ślepo podążać za zachodnimi wzorami. Sięgamy do naszych korzeni. Na podstawie starych książek, tradycji zaczynamy odkrywać polską kuchnię. To samo dotyczy sprzętów: drewniane czy ceramiczne łyżeczki, miseczki produkowane w tradycyjny sposób cieszą się coraz większym zainteresowaniem – podkreśla.

Jak wyjaśnia Jacek Szklarek, założyciel Slowfood w Polsce, zajmujący się wspieraniem regionalnych producentów żywności, oprócz marki „i love nature" możemy już pochwalić się kilkoma krajowymi rzemieślnikami wytwarzającymi utensylia do gotowania. Wśród nich jest m.in. Rafał Bernatowicz z BernOnTable, który również związał swoje życie z drewnem. Jak tłumaczy wytwarzający stoły i drewniane sprzęty do serwowania potraw twórca z Puszczy Białej nad Bugiem, tego typu produkty mają nadal charakter niszowy, ale dobrze rozpoznawalny przez odbiorców. – Od kilku lat zapotrzebowanie stale rośnie. Klienci trafiają do mnie bez trudu. Choć w porównaniu z produkcją w krajach takich jak USA, Kanada czy region toskański we Włoszech, który słynie z drewna oliwnego, w Polsce skala jest ciągle marginalna – mówi. Jego zdaniem kiedyś drewniane sprzęty w kuchni kojarzyły się co najwyżej z przaśnymi, cepeliowskimi naczyniami folklorystycznymi. Dziś coraz częściej wykonane z naturalnych, wyszukanych surowców produkty te bliższe są sztuce użytkowej.

Według Jacka Szklarka zainteresowanie tego typu rękodziełem w Polsce to również przejaw zwrotu w kierunku polskości, etniczności, widoczny nie tylko w przypadku rzeczy związanych z odzieżą, ale również z kuchnią. – Chodzi o to, żeby się wyróżnić. Aby to, co mamy w domu, było trochę inne od ładnie opakowywanych rzeczy pochodzących z importu, którymi jeszcze do niedawna się zachłystywaliśmy. To dlatego chcemy mieć w domu prawdziwą dębową deskę o nieregularnych kształtach, ręcznie wycinaną z drzewa, które ma ciekawe słoje – dodaje.

Wszystko wskazuje na to, że naturalne i ręcznie robione drobiazgi będą coraz bardziej pożądane. – Ludzie zwrócili na nie uwagę. Doceniają, że są wykonywane z dużym poświęceniem, niepowtarzalne – mówi Aleksandra Reich, właścicielka sklepu Czary z Drewna, w którym wystawia własnoręcznie robione drewniane materiały dekoracyjne i kuchenne. Firmę założyła, jak sama pisze na swojej stronie, z chęci „wypełniania wnętrz meblami i przedmiotami niebanalnymi, jedynymi w swoim rodzaju, tworzonymi z pasją i sercem". – Generalnie tak wyszło – kwituje pytania o początki. – Mój partner życiowy zajmuje się drewnem i projektowaniem mebli. Podglądając to, co robi, z czasem postanowiłam się tym zająć zawodowo.

Stołki, podstawki, tace, drewniane bibeloty czy biżuterię wykonuje partiami. Jednak, jak podkreśla, każdy przedmiot ma indywidualny charakter. W kwestii kuchennej jej specjalnością są „marokanki", deski w orientalnym stylu. Model, który opracowała dwa–trzy lata temu, do dziś cieszy się dużym zainteresowaniem. Nowością są natomiast wycinane talerze i tace, które rozchodzą się w mgnieniu oka. – Robię je już od roku. Początkowo szło bardzo opornie, ale wreszcie klienci je docenili wraz z napływającą modą – przyznaje.

Historia opisana w słojach

Łyżeczkę do soli Jarek Berdak może robić godzinę, dwie albo i cały dzień. Wiele zależy od materiału. A z tym bywa różnie. Bo drewno nie może być przypadkowe. Czasem, żeby na nie trafić, musi przerzucić kilkaset kilogramów drewna, by znaleźć ten właściwy kawałek. Najtrudniej wyszukać surowiec na przedmioty, których dodatkowym walorem jest wiek, czyli stare drewno. – Nie ma mowy o postarzaniu. Drewno musi mieć swoje lata. A to oznacza szukanie po nieczynnych tartakach, gdzie jeszcze jest składowane, wynajdywanie kontaktów do ludzi, których bliscy zajmowali się obróbką drewna i może jeszcze coś po nich zostało – wyjaśnia.

Dla Iwony i Bartka Watemborskich cenny surowiec zbiera z okolicy zaprzyjaźniony „dziadek" lub przynosi... sama natura. Tuż przy ich domu płynie strumień. Po dużych ulewach wystarczy włożyć kalosze, żeby wyciągać z niego okorowane pniaki i konary, które świetnie się nadają na niebanalne sprzęty codziennego użytku, które razem od niemal czterech lat wytwarzają pod marką Plajster. Jak tłumaczy, pomysł na tworzenie charakterystycznie wykończonych desek przyszedł do nich nie całkiem przypadkiem. – W szkole lalkarskiej mieliśmy zajęcia polegające na pracy z przedmiotem. Do naszych etiud teatralnych wykorzystywaliśmy szczególnie chętnie przybory kuchenne, bo obydwoje lubimy gotować – opowiada Iwona. Dlatego też, kiedy jako młode małżeństwo musieli przygotować prezent na ślub w rodzinie, zdecydowali się na produkt handmade – „zakochane" deski wykonane ze splecionych ze sobą dwóch kawałków drewna. Pomysł zrobił furorę na weselu. Idąc za ciosem, ruszyli z produkcją podobnych sprzętów, które można dziś zamówić bezpośrednio u nich lub kupić na DaWandzie. Głównym odbiorcą są kobiety. – Mężczyźni raczej kupują u nas z myślą o swoich partnerkach, choć nie zawsze. Na przykład znany kucharz Grzegorz Łapanowski zamówił u nas siedem desek – dodaje. Rosnące zainteresowanie ręcznie robionymi drewnianymi akcesoriami kuchennymi przekłada się na wzrost konkurencji. – Nie jest problemem, jeśli są to prace autorskie. Ale, niestety, niektórzy kopiują wzory. Czasami nawet jeden do jednego. I wtedy nie jest przyjemnie 
– przyznaje. – Ludzie myślą, że to łatwy zarobek, a wcale tak nie jest. Bo jak ktoś kupi byle jaką deskę, która mu się nie spodoba, to już nie wróci. A ten biznes napędza przede wszystkim poczta pantoflowa. Dlatego trzeba wypracować sobie markę, włożyć serce w to, co się robi.

Zapowiedź smaku

– Sam dużo gotuję, jestem pasjonatem kuchni. Żyję w foodowym świecie, stąd zresztą kierunek moich prac. Ale sfotografować jedzenie tak, żeby zdjęcie oddało smak i aromat, nie jest łatwo. Dużo zależy od oprawy. A moje sprzęty ją zapewniają – podkreśla Jarek Berdak. To ważne. Zwłaszcza w czasach, kiedy dosłownie jemy oczami. Dlatego duża część klientów twórcy to blogerzy i fotografowie, producenci sesji i gwiazdy telewizji zajmujące się kulinariami. Jedną z nich jest David Gaboriaud prowadzący autorski program „David w Europie" wyświetlany w telewizji Kuchnia+. – W telewizji liczy się nie tylko efektowny sposób podania konkretnego dania, ale i estetyka sprzętu. Zwracamy uwagę na drobiazgi – podkreśla. Ze względu na podróżniczy charakter programu gotuje wszędzie: na plaży, przy porcie, w górach, w lesie. – Deski Jarka idealne się wpisały w tę konwencję – dodaje. – Mają w sobie coś tajemniczego, jest w nich wiele pozytywnej energii i duszy artysty. To właśnie powody, dla których wolę współpracować z artystami i rzemieślnikami. Potrafią ze zwykłego kawałka drewna, z gliny, z metalu zrobić dzieło sztuki.