W 312 dni dookoła świata

Mówi, że jest anonimowym adrenalinoholikiem. Ścigał się w rajdach samochodowych, latał na paralotni. W ubiegłym roku Tomasz Cichocki opłynął świat dookoła. Sam na sam z oceanem i własnymi słabościami. Na seryjnym jachcie z polskiej stoczni.

Co  człowieka gna w  taki rejs?

Pochodzę z Olsztyna, mój ojciec był instruktorem żeglarstwa. Nie odpuścił mi, ja też żeglowałem od najmłodszych lat. W pewnym momencie stanąłem przed pytaniem: co dalej? Atlantyk przepłynąłem samotnie, w tę i z powrotem, kilka razy. Może więc rejs okołoziemski? Bez zawijania do portów. I to nie trasą transrównikową, przez Kanał Panamski, lecz trudniejszą, przez oceany, Spokojny, Indyjski i Atlantycki, wokół trzech wielkich przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn. To najtrudniejsza prowadząca na wschód żeglarska trasa naszej planety.

Wyzwanie dla dużych chłopców?

Szczyt Mount Everest zdobyło parę tysięcy osób, pół tysiąca było w kosmosie, ale tylko 200 odbyło rejs właśnie tą trasą. To o czymś świadczy. Pierwszym, który samotnie opłynął świat bez zawijania do portów, był w 1969 r. Brytyjczyk, zwycięzca Golden Globe Race sir Robin Knox-Johnston. Po latach mówił, 
że to był ostatni bastion do zdobycia na morzu i największa przygoda jego pokolenia.

A  Polacy?

Pierwszy (trzema jachtami) opłynął świat Władysław Wagner, jeszcze przed wojną, w 1932 r. W końcu lat 60. na drewnianym jachcie SY Opty wyruszył w samotny rejs Leonid Teliga, następny był Krzysztof Baranowski, który dwukrotnie opłynął kulę ziemską. Ale pierwszym Polakiem i trzecim żeglarzem w historii, który samotnie bez zawijania do portów okrążył Ziemię, był kapitan Henryk Jaskuła. Jego rejs jachtem „Dar Przemyśla" trwał 344 dni 
– od czerwca 1979 r. do maja 1980 r. Pobił ówczesny rekord świata w długości przebywania samotnie na morzu, który wcześniej należał do Robina Knoxa-Johnstona.

Pan płynął krócej – 312 dni. Na  seryjnym jachcie ze stoczni, jaki każdy może sobie zamówić, by  popływać na  Mazurach.

To nie znaczy, że było łatwo. Przygotowania do rejsu trwały osiem lat, blisko 4 tys. dni i nocy. Bo kiedy człowiek zakłada, że przez rok nie zawinie do żadnego portu, trzeba mnóstwo rzeczy przewidzieć i zaplanować. Choćby zapas żywności. Skąd wiedzieć, jak organizm będzie reagował po 100 czy 200 dniach na morzu? Albo na co będzie się miało apetyt za pół roku? Nie wystarczy dokonać wyboru – przed wyruszeniem w morze trzeba każdą z setek puszek, paczek, butelek i torebek odpowiednio zabezpieczyć. I dopiero wtedy można rozpocząć kolejny etap: załadowanie tego wszystkiego na jacht w taki sposób, by łódka nie straciła stateczności i by móc każdą rzecz łatwo znaleźć. Na pokładzie musiało się także znaleźć mnóstwo urządzeń zapasowych, 1,5 tys. l wody, 600 l paliwa, 10 butli gazowych – po kilkanaście kilogramów każda. Do tego 300 kg różnych narzędzi.

Wypłynął pan z Brestu uzbrojony we  wszystkie techniczne udogodnienia, które XXI w. oferuje samotnemu żeglarzowi. Czuł się pan pewniej niż kpt. Henryk Jaskuła, który nie miał żadnej z tych rzeczy? Ba, nie miał nawet tratwy ratunkowej.

Za jego czasów nie było elektronicznego systemu AIS, który ostrzega o sobie wzajemnie statki i pokazuje ich pozycje na morzu. Nie było telefonu satelitarnego, GPS ani plotera, czyli monitora z mapami. Miałem to wszystko, ale czy było mi łatwiej? Teraz na morzu panuje ogromny ruch, występują zjawiska klimatyczne, których dawniej nie było albo które pojawiały się sporadycznie. I nie pokonałem nawet połowy drogi, a wszystkie te nowoczesne urządzenia przepadły w starciu z falami albo odmówiły współpracy.

Mimo to  odniósł pan sukces.

Połowiczny. Plan zakładał, że opłynę glob bez zawijania do portów. Tymczasem na Oceanie Indyjskim jakiś obiekt – pewnie dryfujący pień drewna – zderzył się z moim jachtem i uszkodził ster. Awaria była na tyle poważna, że musiałem zrobić postój w Port Elizabeth w RPA. To mnie zdyskwalifikowało w konkurencji rejsów typu non stop. Niestety, nie mogłem ryzykować. Przede mną był przylądek Horn, a tam pływanie niesprawnym jachtem to samobójstwo. Atakują olbrzymie, kilkumetrowe fale i bardzo silne wiatry, przekraczające wszystkie pomiary skali Beauforta. Co prawda, zanim zdołałem dopłynąć do Hornu, fale wywróciły mój jacht do góry dnem i straciłem większość elementów wyposażenia, ale ster ocalał. Bez niego nie dałbym rady opłynąć przylądka. Zresztą cały rejs to było jedno wielkie pasmo niebezpieczeństw. Udało mi się przetrwać tylko dzięki ogromnej dozie szczęścia, jaka towarzyszyła mi właściwie przez cały czas. Gdybym nie zdążył zejść do kabiny, zanim jacht się wywrócił,dziś by mnie tu nie było. Innego dnia 15-metrowa fala zwaliła siedem ton wody na 1 mkw. Gdybym znalazł się pod tym ciężarem, 
też bym zginął. Takich momentów było znacznie więcej.

Na  Oceanie Indyjskim nie tylko stracił pan ster, ale także złamał żebro, rozciął głowę i stracił przytomność.

Byłem na to wszystko przygotowany, miałem przy sobie bandaże, plastry i nici.

Szczególnie nici się przydały...

Szew na głowie to prosta operacja, żaden wyczyn. Zdarzały się dużo trudniejsze momenty. Na przykład gdy uderzyłem o burtę i straciłem przytomność. Wtedy człowiek nie jest w stanie kontrolować jachtu, bywa groźnie.

Przecież musiał pan spać. Kto w takich chwilach dbał o bezpieczeństwo?

Nikt! Kiedy płynie się w samotny rejs, trzeba przyzwyczaić organizm do spania po 15–20 minut, niezależnie od pory. Chodzi o to, by zdążyć zareagować, jak coś wypłynie zza horyzontu. Współczesny jacht jest wyposażony w autopilot i radar lustrujący horyzont. Sygnalizuje przeszkody dźwiękiem. Nieraz wspomagał mnie w czasie snu, ale po wywrotce na Oceanie Indyjskim już go nie miałem. Tymczasem wpływałem w obszar gór lodowych. Tylko radar potrafi je dostrzec nawet we mgle i w nocy. Bez niego pływanie w tamtych rejonach było bardzo stresujące.

W  swojej książce „Zew oceanu" wspomina pan, że nie miał ze sobą tradycyjnych map ani sekstantu. Dlaczego?

Rejs był niedofinansowany, byłem osobą mało znaną poza branżą żeglarską, więc sponsorzy podchodzili do projektu mojej podróży bardzo ostrożnie. Nie szastali pieniędzmi, nie było na zbytki, papierowe mapy, urządzenia do ręcznej nawigacji, almanachy. Nie miałem nawet na papierosy... Przez dziesięć ostatnich dni rejsu nie paliłem. Nie mogłem więc powiedzieć jak Knox-Johnston: „Papierosy palę bez przerwy. Dzięki dymowi widzę, jaki jest wiatr, gdy łódź stoi w miejscu".

Na szczęście zapałek panu nie zabrakło.

Od czasu pewnej przygody, którą przeżyłem na Atlantyku w 2005 r., zawsze mam je przy sobie. Pamiętam ten dzień. Stoję na środku oceanu w całkowitym bezruchu, żar leje się z nieba, a ja snuję się po pokładzie, sapiąc jak stary parowóz. Nagle zauważam jakiś jacht, pędzi na silniku prosto na mnie. Pełen gaz. Wydarzył się jakiś dramat albo sternik jest szaleńcem – myślałem. Dostrzegłem kilka osób, machały do mnie energicznie. W końcu zrównali się ze mną. Kapitan, Kanadyjczyk, rozpoczął konwersację: „Hej, masz może zapałki?". Zamurowało mnie. Kiedy na środku Atlantyku spotykasz nieznany jacht, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewasz, jest pytanie o zapałki!

Podczas rejsu były też przyjemne momenty?

Przylądek Horn, trzecia rano. W przycupniętej na skale chałupce siedział chilijski oficer, ślepił oczy w radar, obserwując przepływające jednostki. Odezwało się radio Cape Horn Control i usłyszałem: „Mam dla ciebie informację od rodziny. Cieszą się, że dotarłeś do przylądka. Są szczęśliwi i bardzo dumni. W domu wszystko OK. Don't worry". Wybąkałem kilka słów podziękowania i się rozłączyłem. Byłem zbyt wzruszony, by rozmawiać. Od dawna nie miałem kontaktu z bliskimi. Nie przypuszczałem, że dodzwonią się do tej budki telefonicznej na końcu świata.

Żeglarstwo jest sztuką cierpienia – to pana słowa.

W każdym razie to nie tylko nawigacja i pokonywanie odcinka z punktu A do punktu B. Żeglarze, szczególnie długodystansowi, muszą być wyszkoleni w wielu dziedzinach. Są zarazem mechanikami i meteorologami, znają się na silnikach i radarach, ale też na meduzach i orkach, na medycynie i na kuchni. W czasie rejsu co chwila są jakieś awarie, trzeba umieć sobie radzić, wymyślać, kombinować...

A  pan wspominał, że w czasie rejsu studiował Senekę.

I wielu innych filozofów, zabrałem sporo książek. Nigdzie nie czyta się przyjemniej niż na środku oceanu. Oczywiście pod warunkiem, że dzień jest słoneczny i spokojny.

Już zapowiedział pan kolejny rejs.

Kiedy musiałem zawinąć do Port Elizabeth, byłem załamany. Tyle lat przygotowań, tyle starań i nagle jakiś kawał drewna rozwala mi projekt życia. Ale po dwóch dniach znalazłem wyjście. Po prostu, pomyślałem, trzeba będzie spróbować jeszcze raz. 
I znów dało się żyć.

Tomasz Cichocki został żeglarzem 2012 r. Za samotny rejs dookoła świata (z jednym postojem) na jachcie "Polska Miedź" odebrał najwyższe tego typu wyróżnienie, czyli Srebrny Sekstant. Mimo problemów technicznych i zdrowotnych udało mu się przepłynąć trasę w 10 miesięcy. Kapitan już planuje kolejną wyprawę. Tym razem bez zawijania do portu.