Trzeci stopień wtajemniczenia

Ich świat nie kończy się na kieracie praca–dom. Wiadomo, łatwo nie jest, ale nawet kalendarz wypełniony po brzegi nie jest wymówką, by zrezygnować z własnych marzeń. Oto historie ludzi, dla których hasło „work–life balance” nie jest tylko modnym frazesem. To przepustka do świata pełnego pasji.

– A może kupimy łódkę? – zapytał swoją żonę Mariusz Kłobucki, siedząc na kanapie w salonie. Para ekonomistów, miłość z liceum, od 19 lat razem. Wspólnie odnieśli sukces zawodowy, zakładając jeszcze na studiach w Poznaniu jedną z pierwszych firm specjalizujących się w funduszach unijnych. Od kilku lat Grupą Doradczą ECDF zarządza Karolina Kłobucka. Jej mąż skupił się na inwestowaniu w start–upy. Działa jako partner w grupie Speed Up. Do listy obowiązków kilka lat wcześniej dopisali też te rodzicielskie. Zajęć było aż nadto, ale nie przekreśliło to ich planów. – Szukaliśmy pomysłów na aktywne spędzanie czasu. Czegoś, co moglibyśmy uprawiać wspólnie z dziećmi. Najlepiej blisko natury, z dala od cywilizacji i związanego z nią zgiełku. Czegoś, z czym wiązałyby się wyzwania, których nie mogliśmy znaleźć na basenie czy rowerze – tłumaczy Karolina Kłobucka. Łódź wybrali przez internet. Wkrótce zaczęła robić niezbędne patenty, żeby również na wodzie być partnerem dla męża. Ponieważ Mariusz Kłobucki kompromisów nie uznaje, od razu rzucili się na głęboką wodę. Dosłownie. – Młodsza córka miała zaledwie kilka miesięcy, gdy zaczęliśmy żeglować na Mazurach. Znajomi kręcili głową, że takie mało dziecko na żagle biorę. Zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną rzeczywiście coś jest nie tak – śmieje się. Rok później z jezior przesiedli się na rzekę. Szlakiem Warty i Odry popłynęli do Berlina. Następnym wyzwaniem był Bałtyk, u którego brzegów zacumowali dwa lata temu. Na okolice Półwyspu Helskiego mówią „polskie Karaiby": pół metra wody pod kilem, biały piasek, cisza, spokój. Jak tylko sezon się zacznie, jadą tam w piątek po południu z Poznania, by nocą w niedzielę wnosić śpiące dzieci z powrotem do domu. Manewry po polskim morzu to jeden z etapów, który ma ich przybliżyć do zrealizowania projektu „2020". Za cztery lata chcą w czwórkę opłynąć katamaranem świat.

Czasem „dobrze" wystarczy

Dla szefowej grupy ECDF łączenie kilku ról życiowych nie jest problemem. – Od początku tak było. W biurze śmiali się ze mnie, gdy w przerwie między spotkaniami szłam ugotować dziecku rosołek lub je uśpić. Moje ulubione słowo to „balans", równowaga we wszystkim, co robię. W pracy też nie mam z tym problemu, bo chętnie dzielę się tym, co robię. Oczywiście, kiedy tworzyliśmy firmę, czasem trzeba było pracować i po 24 godziny na dobę. Dziś mam pod sobą kilku menedżerów, skupiam się tylko na strategicznym zarządzaniu firmą – podkreśla. Jak mówi, nie zawsze warto być chodzącym ideałem. – Priorytetem są dla nas rodzina i wyjazdy. Ważna jest logistyka, żeby umiejętnie połączyć to z pracą. Czasem trzeba coś poświęcić, a nie robić na 100 proc. Inspiruję się kulturą Wschodu. Dalajlama powiedział, że nie rozumie ludzi z Zachodu. Nie mamy wolnego czasu, poświęcamy swoje zdrowie, żeby zarabiać jak najwięcej, a potem wszystkie te pieniądze wydajemy na ratowanie zdrowia. Ja tak nie chcę. Taki dzień jak dziś zdarza się tylko raz!

Żeby uwierzyć, trzeba o tym mówić – to ich motywuje do działania. Ale na snuciu planów na temat podróży wokół świata z dziećmi się nie kończy. Biorą udział w zawodach żeglarskich. Planują kurs pierwszej pomocy, bo na morzu może ich spotkać wszystko. Niedawno wrócili z Bahamów, gdzie polecieli spotkać się z polską rodziną, która realizuje już podobny projekt. – Znajomi nam o nich powiedzieli. Wyszukaliśmy ich przez internet, potem telefon, szybko kupiliśmy bilety. Dwa tygodnie mieszkaliśmy z nimi, żeby poznać życie na łódce – opowiada Karolina Kłobucka. Dziś nie kręci już ją wyjazd all inclusive do pięciogwiazdkowego hotelu. Nie musi już nikomu nic udowadniać. Woli wypad pod namiot z dziećmi.

Gruntowna motywacja

Pierwsze 500 metrów to euforia. W chwili, gdy kilkaset osób naraz wbiega do wody, robi się w niej „pralka". Wręcz się gotuje. Łokieć w łokieć trwa walka o pozycję do pierwszej boi. Potem trzeba zmagać się z samym sobą. Ze zmęczeniem, lękiem. Bo gdy płynie się na otwartym akwenie, może zrobić się nieprzyjemnie, kiedy człowiek uświadomi sobie, że ma pod sobą dziesiątki metrów ciemności, a do najbliższego asekuracyjnego pontonu czy kajaka daleko. W takich chwilach Marcin Dukała stara się trzymać w grupie pływaków. – W wodzie na chłodno trzeba podchodzić do tematu. Moja metoda polega na skupieniu się na następnym ruchu, góra dwóch. Tu nie ma czasu na kontemplowanie otoczenia. Ważne są podstawowe rzeczy. Przede wszystkim nawigacja. Dystans 6 kilometrów przepłynięty prosto to dokładnie 6 tys. metrów. A jak szlaczkiem – to więcej – opowiada general manager na Europę Środkową i Wschodnią w Bon Bon Buddies, brytyjskiej firmie dostarczającej słodycze dla dzieci, w opakowaniach z postaciami z filmów czy znanymi sportowcami.

Gdzie znalazł informację o Cross Continental Asia to Europe, zawodach typu „open water" na Bosforze? Nie pamięta. Jednak doskonale przypomina sobie moment, w którym zatracił się w zmaganiach z żywiołem, jakim jest woda. – W 2012 r. kolega namówił mnie na start w triatlonie w Londynie. Miałem już za sobą przebiegnięty maraton. Jeździłem na rowerze. Kilka lat wcześniej w ten sposób zrzucałem zbędne kilogramy. Pływać potrafiłem jak każdy, czyli tylko żabką. A tu trzeba wytrzymać długi dystans kraulem. Poszedłem więc do pana Sławka, który uczył pływać moje córki, i powiedziałem, że do przyszłego sierpnia muszę umieć pływać. Przez następne trzy miesiące robiłem te same ćwiczenia co moja pięcioletnia córka – wspomina. W międzyczasie dołączył do Warsaw Masters Team, skupiającego dorosłych pływaków. – Jego szef, Andrzej Skorykow, przyjął mnie, nie dając większych szans na utrzymanie się w grupie. Myślał, że sam z czasem zrezygnuję. Byłem najwolniejszy w grupie. Na pierwszy test nie przyszedłem, bo nie byłem w stanie przepłynąć 400 m. Pływająca z nami koleżanka w ciąży była na tyle uprzejma, że pływała za mną – śmieje się. Mimo to Marcin Dukała nie odpuścił. Lubi wyzwania. Dlatego po przepłynięciu Tamizy zaczął szukać dłuższych dystansów.

Na oparach

Dwa razy w tygodniu rower. Trzy razy basen i jeszcze kilka razy bieganie. O świcie, gdy pozostali domownicy naciągali kołdry na głowy, Marcin Dukała wskakiwał do wody. Taki trening wystarczał, by przygotować się do startu w triatlonie na dystansie olimpijskim w Londynie i połowie dystansu Ironmana, wyścigu triatlonowego zorganizowanego w Danii (wziął w nich udział w 2014 r.). – Pokonanie pełnego dystansu wymaga jeszcze większych nakładów czasowych, a nie chcę realizować moich pasji kosztem rodziny i obowiązków w firmie – tłumaczy. Dlatego postanowił się skupić na pływaniu, które zresztą bardzo go wciągnęło. Do przepłynięcia Bosforu przygotowywał się, chodząc na basen pięć razy w tygodniu. Pomogło też kilka wyjazdów na warsztaty z Warsaw Masters Team. To oznaczało wysiłek nie tylko dla niego, ale i dla żony Iwony, która rano musiała sama ogarnąć poranek z trójką dzieci. Opłacił się. Ponad 6 km wpław, mierząc się z falami, pokonał w półtorej godziny. – Cały czas zbieram doświadczenia. Na dłuższym dystansie „open water" trzeba już przewidzieć przyjmowanie specjalnego jedzenia. Na zawodach we Włoszech przeoczyłem bufet. Zgubiłem żel energetyczny, który miałem schowany w kąpielówkach. Mimo to przed metą dałem jeszcze radę przyspieszyć. Tak samo ścigałem się na mecie rok później na Majorce. Po 10 km wychodziliśmy na czworakach z wody i śmieliśmy się z tego. Bo to było kompletnie bez sensu, ale tak działa adrenalina – opowiada. Imprezy „open water", w których weźmie udział, planuje z dużym wyprzedzeniem. Góra dwie, trzy rocznie. – Nie traktuję ich treningowo. To dla mnie prawdziwe wydarzenie emocjonalne. Sposób na spędzenie czasu z rodziną i znajomymi. W ten sposób zwiedziliśmy Londyn, Stambuł, Danię, Hiszpanię, Węgry, Majorkę i Włochy – wymienia. Do tego dochodzi satysfakcja. – Kończąc zawody po 6 kilometrach w Stambule czy we Włoszech, nie wierzyłem, że jestem w stanie przepłynąć choćby kilometr więcej. Rok później, w Hiszpanii, zrobiłem dziesięć. Co będzie dalej? Zobaczymy. Może kolejny raz Wielka Brytania lub Hiszpania? Tylko tym razem dłużej? Może śladami Hrabiego Monte Christo we Francji? A może uda się reaktywować maraton na Wiśle z Konstancina do Warszawy? – zastanawia się i snuje plany kolejnych wypraw.

Są dni, kiedy mówię...

Gdy w 2000 r. Monika Dziedzic, radca prawny i doradca podatkowy, obecnie  partner w firmie doradczej  MDDP, wyjeżdżała na wycieczkę do winnic Bordeaux, nawet mówienie o pasji picia wina w Polsce było nadużyciem. Na wyjazd zorganizowany przez francuskich winiarzy załapała się przypadkiem. – Mój klient, który zajmował się importem wina, został zaproszony. Nagle zwolniło się jedno miejsce, więc pojechałam na doczepkę z czołówką polskiego winiarstwa. To był jeden z najpiękniejszych wyjazdów mojego życia – mówi. Oprócz niezapomnianych wrażeń przywiozła do Polski niczym niezachwiane przekonanie, że będzie nad Wisłą robić wino. – Od początku to była moja pasja, a nie sposób na zarabianie pieniędzy. Kiedy zaczynałam, nawet nie byłam znawcą wina. Ale nauczona, że do mnie jako do prawnika przychodzą właściciele dużych firm z prośbą o radę, zaczęłam pytać o robienie wina tych, którzy się na tym znają – opowiada właścicielka 44 Winnice Dziedzic. Do szukania odpowiedniego kawałka ziemi pod winnice zaangażowała rodzinę. Dopiero w 2007 r. mogła posadzić pierwsze sadzonki. Kilka lat wcześniej zrezygnowała z pracy w korporacji i w czwartym miesiącu ciąży postanowiła razem z kilkoma wspólnikami założyć własną kancelarię – MDDP Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy, do dziś utrzymującą się w czołówce rankingów firm doradczych. – Po co mi jeszcze ta winnica? To dobre pytanie, które codziennie sobie zadaję. Mam fantastyczną firmę, cudownych klientów, przy których nie mogę się nudzić, bo każdy jest inny. Sama praca dostarcza mi tak dużo pozytywnej energii (i obowiązków), że teoretycznie więcej już nie trzeba. Przygoda z winem pokazała mi, że w ciągu jednego życia mogę przeżyć dwa. Zdarza się, że przed spotkaniem z klientami w kancelarii biegnę do Wytwórni Papierów Wartościowych, żeby odebrać banderole na butelki. Załatwiam tony dokumentów, bo produkcja wina jest produkcją rolniczą i spożywczą w jednym, więc wymaga mnóstwa biurokracji. Po pracy wpadam do restauracji, w których podają moje wino. Rozmawiam z sommelierami, co ludzie o nich mówią. Wchodzę do kuchni, gdzie przyrządza się komponujące się z winem potrawy. Wieczorem z synem przyklejam etykiety na butelki. Oczywiście są dni, kiedy  mówię „dość, nich ktoś inny to prowadzi". Ale winnica uczy pokory. Nie wszystko zależy ode mnie. Tymczasem w kancelarii wszystko trzeba mieć pod kontrolą.

Zrobić coś dla siebie

Z Warszawy do wsi Straszydle na Podkarpaciu, gdzie mieści się winnica Moniki Dziedzic, samochodem trzeba podróżować prawie pięć godzin. – Na szczęś