Trzeci filar, czyli kurs kaligrafii

Trzydziestoletni dziś mężczyzna, żeby dostawać emeryturę zbliżoną do dzisiejszych zarobków, musiałby odkładać co miesiąc tysiąc złotych. I tak przez 35 lat. Ile osób się na to decyduje? To pytanie retoryczne. Emerytura określana fachowo rentą starczą jawi się często jako odległa przyszłość. Czy jednak można się do niej przygotować? Tak, ale w sposób nieco inny, niż powszechnie się uważa.
60 lat dla kobiet, 65 – dla mężczyzn. Kiedyś była to granica, za którą… „zobaczysz, nic już nie będzie takie samo” – mówili życzliwi. W domyśle: to, co dobre, masz już człowieku za sobą.

Oficjalna definicja określa emeryturę jako tzw. rentę starczą i to również budzi niemiłe skojarzenia. Ale patrząc chociażby na Urszulę Dudziak czy Emilię Krakowską, trudno w to uwierzyć. Co je łączy poza tym, że obie przekroczyły już sześćdziesiątkę? Mówią otwarcie o tym, co czują. Są wyraziste i żadna nie zrezygnowała z aktywności zawodowej. Emilia Krakowska w wywiadach powtarza, że nauczyła się obsługi komputera, ze znajomymi ze świata rozmawia przez Skype’a. Pojawia się na scenie, w serialach i reklamie.
Urszula Dudziak z kolei niedawno występowała w muzycznym show i zagrzewała do walki o głosy widzów dużo młodszych od siebie ludzi. Wydaje książkę, która ma być podsumowaniem jej życia. Ale nie w nurcie sentymentalno-rozliczeniowym. Tak jak ona – ma uderzać do głowy. Dudziak lubi siebie nawet bardziej niż w czasach, gdy miała 30 lat mniej. Nie uznaje, że czegoś nie wypada. Może nawet na czerwone włosy się kiedyś zdecyduje. W intensywnym, jak żarówka, odcieniu.
Ktoś powie: one są znane, im jest łatwiej tak żyć. Otóż popularność nie ma tu nic do rzeczy.

Tsunami w świecie literatury

Prof. Halina Janaszek-Ivaničkowá. Filolog, historyk literatury, slawistka. Przewodnicząca Komisji Badań Porównawczych Międzynarodowego Komitetu Slawistów i członek olbrzymiego japońskiego projektu badawczego „Dialogue and Confrontation. The East-West in the Slavic and Eurasian World”. Dwie ostatnie funkcje pełniła już na emeryturze. Wcześniej pracowała w Polskiej Akademii Nauk i na Uniwersytecie Śląskim. I to właśnie tam usłyszała wyrok: „Skończyła pani 70 lat, pora na emeryturę”. – Wtedy na państwowej uczelni nie było innego wyjścia – wspomina wydarzenie sprzed 10 już lat. Na szczęście szybko pojawiła się propozycja ze szkoły w Łowiczu, by poprowadziła tam katedrę polonistyki. To ją uratowało. – Bo zawsze pchała mnie do przodu ciekawość świata. Byłam na kilku kontynentach. Wszędzie tam, gdzie organizowano kongresy literatury porównawczej. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
W nawale obowiązków, które sobie dziś wyznacza, nie chodzi o dodatkowy zastrzyk gotówki. Walczy o to, kim jest. Nie rozumie, dlaczego miałaby przymusowo odstawić wszystko, co kocha. Nie zgadza się na stagnację umysłową. Nie boi się nowości. W końcu zawodowo zajmowała się postmodernizmem. A tam chodzi przede wszystkim o zmianę sposobu myślenia. Pamięta, że pierwszy komputer kupiła w 1993 r. za namową brata. Jej znajomi, wybitni uczeni (nie, nie poda nazwisk), też w tym czasie zrobili podobnie. Ale szybko scedowali te „piekielne maszyny” na wnuki. A ona? Uczy się płacić rachunki przez Internet. – Łatwo nie jest. Nie chodzi o mój wiek, ale o to, że dla humanisty wejście w świat komputerów można przyrównać jedynie do tsunami i „Katriny” – mówi. Paradoks jej sytuacji polega na tym, że szukając ostatnio czegoś w Internecie, trafiła w Wikipedii na notkę biograficzną. O sobie.
Właśnie skończyła pisać 165 stron na temat kongresów literatury porównawczej. Począwszy od 1954 r. To jej wkład w pierwszy podręcznik komparatystyki dla polonistów.
W tym roku miała polecieć do Aveiro w Portugalii. Jednak wypadek pokrzyżował jej plany. Żałuje, bo razem z prof. Zygmuntem Baumanem miała jechać potem do Lizbony. – Nasze spojrzenia na literaturę są tak różne, że byłaby z tego ciekawa dyskusja – mówi i nie może sobie darować, że feralnego dnia boleśnie potłukła się na ulicy.
Inni mają lepiej! Jacy inni? wbiliśmy sobie do głowy to przekonanie i nawet nie zastanawiamy się, czy ma sens. tymczasem, Bez względu na kraj, emerytura to kwestia podziału PKB między pracujących i niepracujących
Ostatnio jednak pochłania ją coś zupełnie innego. Pisze pamiętnik, albo raczej powieść, „Dziewczynka w drodze”. – Dziewczynka to ja. Spora część tych wspomnień będzie poświęcona mojemu ojcu, który był szefem sztabu Kedywu. Głęboko zakonspirowany, zginął w powstaniu warszawskim. Wiele tu dramatycznych historii. Jak choćby ta o łączniczce, która na polecenie mojego ojca próbowała ukryć tajne dokumenty. Niestety, została złapana – opowiada pani Halina. Nieco przeraża ją ogrom pracy, którą ma do wykonania. Dlatego na własne życzenie rozstała się w zeszłym roku z uczelnią w Łowiczu. – Inaczej nie skończyłabym tej książki.
Ale można i tak jak pułkownik Andrzej Bajda, który mówi wprost: – Na emeryturze poprzestawiało mi się w głowie. Mam licencje, patenty, najróżniejsze uprawnienia. Mógłbym szaleć na dwadzieścia sposobów. I mimo to wybieram ciszę.
Przez chwilę, gdy przechodził na emeryturę, kusiło go, by skorzystać z propozycji i pracować w prywatnej firmie. – Szybko jednak pozbyłem się tej myśli. Wchodzić w nowy kierat? A na co mi to? Lepiej być, niż mieć – dodaje. – Finansowo też nie miałem takiej potrzeby. Bierzcie sprawy we własne ręce – to się teraz ludziom wmawia. Tyle że nie każdy chce być tygrysem.
W jego życiu zresztą wydarzyło się coś, co potraktował potem jak znak od losu. – Dosłownie kilka dni po tym, jak przeszliśmy z żoną na emeryturę, mieliśmy poważny wypadek. Pogruchotani, obolali spędziliśmy długie dni w szpitalu – przywołuje niemiłe wspomnienia. – Braliśmy potworne ilości środków przeciwbólowych. Gdy w końcu przestały być nam potrzebne, ruszyliśmy w las.
W ich przypadku oznaczało to działkę, która była od lat w rodzinie, ale nikt specjalnie się nią nie zajmował. Teraz pan pułkownik ma cel: zaorać wszystko i wybudować całoroczny domek. Koniecznie z kominkiem. – Najeździłem się w delegacje po świecie. Nie ciągnie mnie do obcych krajów. Poza tym jestem chyba typem odludka – tłumaczy.
Ale nawet ktoś taki jak on myśli coraz częściej o tym, by zaryzykować. Chodzi o Forex, czyli handel walutami. – To giełda międzynarodowa, bankowa. Działa 24 godziny na dobę, poza weekendami. Wchodzi się na nią za pośrednictwem brokera, który udostępnia platformę transakcyjną – wyjaśnia zasady. Przyznaje, że zdarzyło mu się już kiedyś umoczyć nieco gotówki na klasycznej giełdzie, dlatego z wiekiem stał się nieco ostrożniejszy. Nie chce poparzyć palców. Może więc zacznie tak niezobowiązująco…
Na zabieganych ulicach stolicy mało kto myśli jednak o emeryturze.
– Za 10 lat będę robiła dokładnie to samo, co teraz. Gdybym miała liczyć na emeryturę, nie starczyłoby mi na waciki – mówi krótko Edyta. I uśmiecha się niewyraźnie. Jest wziętym architektem wnętrz. Jej miesięczny dochód waha się między 8 a 14 tys. zł, w zależności od ilości zleceń. Etatu nie ma już dawno, odkąd rozstała się z dużą firmą budowlaną.
Elżbieta, polonistka z warszawskiego liceum: – Emerytura? Ciepły klimat, wyspa, drink z palemką. O tym marzę. Ale jak będzie? Pewnie bardziej zwyczajnie.
Ma wyrobioną markę, więc bez problemu dorabia w niepublicznej szkole. Zarabia nieźle, stać ją na urlop dwa razy w roku, nowy samochód co trzy lata. Od niedawna ma też mieszkanie w stanie deweloperskim wzięte na kredyt. Dziś nie ma problemu ze spłatą raty. Ale na emeryturze? Wątpliwe…
Za 10 lat będę robiła dokładnie to, co teraz. wakacje od pracy? góra kilka dni. Bo kto zapłaci rachunki? na zabieganych Polskich ulicach mało kto dziś myśli o emeryturze
– Swoją firmę prowadzę już prawie 20 lat i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjechać na dłuższe wakacje. Muszę pilnować interesu. Miesiąc wolnego kilka lat temu kosztował mnie masę nerwów. Narobiło się tyle zaległości, że ledwo dałem radę wypłacić ludziom pensje i zapłacić rachunki – opowiada Robert, który w swojej firmie doradztwa internetowego zatrudnia pięć osób. Emerytura to dla niego pieśń dalekiej przyszłości.
Obawy zapracowanych Polaków potwierdzają wyliczenia firmy Expander. Wynika z nich, że 30-letni dziś mężczyzna, który zarabia 4 tys. brutto, po przejściu na emeryturę dostanie około 64 proc. swojego ostatniego wynagrodzenia. A to oznacza drastyczny spadek dochodów.
Jak bardzo drastyczny? Według struktury wydatków gospodarstw domowych publikowanej przez GUS, przyszły emeryt będzie musiał zrezygnować całkowicie z wydatków na rekreację, kulturę i przyjemności. O alkoholu i papierosach nie wspominając. Gorzej być już nie może?
Owszem, może! Kobieta w identycznej sytuacji dostanie tylko 46 proc. swojego wynagrodzenia. Lista jej wyrzeczeń będzie więc teoretycznie o wiele dłuższa.
Analitycy finansowi podpowiadają, że aby myśleć o pięciotysięcznym (uwzględniającym inflację i podatki) dochodzie na emeryturze, trzydziestolatek powinien odkładać systematycznie nieco ponad 1 tys. zł miesięcznie. Czterdziestolatek musiałby już inwestować około 1,6 tys.

Bajki polityków

Sytuację pogarsza spadek ilości osób mogących pochwalić się etatem i stałą umową o pracę. 99,8 proc. prowadzących własną działalność gospodarczą opłaca minimalne składki ZUS. Czyli blisko 800 zł miesięcznie. Mimo że 30 proc. przedsiębiorców osiąga dochody powyżej przeciętnego wynagrodzenia.
Umiesz liczyć, licz na siebie. Ta zasada dotyczy w równym stopniu emerytów co przedsiębiorców. radykalna systemowa poprawa to gruszki na wierzbie
Według Zakładu Ubezpieczeń Społecznych średni okres opłacania składki przez takie osoby wynosi 37 lat. Teoretycznie tyle powinno wystarczyć na minimalną emeryturę. Jednak, jak w statystyce, to wartość przeciętna. Znajdą się więc osoby, które nie będą mogły liczyć nawet na nią. I co wtedy? Tu zwykle uruchamia się narzekactwo pod hasłem: inni mają lepiej. Ci „inni” to – już tradycyjnie – emeryci z zachodniej Europy czy Stanów Zjednoczonych.
– Wbiliśmy sobie do głowy to przekonanie i nawet nie zastanawiamy się, czy ma sens – protestuje Robert Gwiazdowski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha. – Tymczasem emerytura, bez względu na kraj, to kwestia podziału PKB między pracujących i niepracujących. Co za tym idzie, wszelkie teorie polityków mówiące o radykalnej poprawie naszego losu można miedzy bajki włożyć.

System jaki jest...

Z opublikowanego przez ZUS raportu wynika, że w ciągu najbliższych pięciu lat deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wyniesie aż 350 mld zł! Dla porównania wszystkie dochody budżetu państwa na 2010 r. były planowane na około 250 mld zł. A to dopiero początek kłopotów. Według danych Organiz