Teraz Polska!

Nie trafili tu za pięknymi Polkami, nie zwabił ich zapach bigosu czy smak wódki. Nie kojarzą Polski wyłącznie z papieżem i Wałęsą. Przyjechali do pracy. Bo choć ponad 40 proc. Polaków deklaruje gotowość szukania dla siebie szansy za granicą, A Niemcy właśnie otwierają dla nas swój rynek pracy, nie brakuje ludzi, którzy w tym samym celu przyjeżdżają do Polski.
Cudzoziemcy z kilkuletnim stażem w Polsce żyją zazwyczaj dobrze lub bardzo dobrze. Realizują marzenia, prowadzą biznesy. Nie chodzi jednak o to, że przyjechali do ziemi obiecanej. – Z zasiłku, jaki ma do zaoferowania nasze państwo, nie uda się wyżyć. Trzeba pracować.

Nick Sinckler, Amerykanin. W Polsce od czterech lat. Śpiewa i gra. Występował z zespołem Overnight, Karimski Club. Śpiewał w chórkach Natalii Kukulskiej i Kayah
Obcokrajowcy mają tego pełną świadomość – przekonuje Mirosław Bieniecki, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i koordynator powołanego przez Caritas Polska zespołu monitorującego postępy w polityce integracyjnej. – Na szczęście formalności, z jakimi dziś muszą się mierzyć, nie są zbyt skomplikowane. Nowelizacja ustawy o zatrudnieniu z 2009 r. otwiera im dostęp do pracy niemal na równi z Polakami.
– W Polsce można zrobić karierę, pod warunkiem że jest się piekielnie konsekwentnym w dążeniu do celu – wtóruje Richard Mbewe. Sam był bardzo wytrwały. Rozesłał przeszło 600 CV. Dziś – po 15 latach pracy jako analityk ekonomista – ma już pewną pozycję i nie musi martwić się o pracę.
Do Polski przyjechał na studia z dalekiej Zambii. Założył rodzinę, został. By się utrzymać, uczył najpierw angielskiego. Wiedział jednak, że jak najszybciej musi znaleźć pracę, która pozwoli mu się rozwijać. – Bo wielu cudzoziemców, którzy trafili tu w latach 90., przespało swoją szansę. Wydawało się im, że utrzymają się wyłącznie z nauczania Polaków języka angielskiego. A to stanowczo za mało.
Nie ma na to naukowych dowodów, ale obcokrajowcy w Polsce swoje wiedzą: pierwszy kryzys przychodzi zwykle po roku, kolejny po trzech latach. Jeśli człowiek je przetrwa, zostaje. A później czas leci już błyskawicznie – opowiadają.

Cztery lata w Polsce

Nick Sinckler, Amerykanin. Żyje ze śpiewania. Swoje atuty wymienia jednym tchem: ciemny kolor skóry, amerykański feeling i niebywały talent do nauki obcych języków.
Z jednego spotkania biegnie na kolejne. Kilka razy dzwoni. Najpierw upewnić się, gdzie jest umówiony. Potem przeprosić, że się spóźni. Wpada i od razu zaczyna mówić. – Polska to świetne miejsce na robienie kariery. W Nowym Jorku było super, ale czegoś mi brakowało. Teraz już wiem, co to było. Tu, w Europie, muzyka nadal jest sztuką. W Stanach jest tylko produktem, marketingowym tworem.
Kiedy mieszkał w Monachium, kolega spytał, czy nie chciałby spróbować śpiewać w Polsce, bo tam nie ma takiego wokalisty jak on. – Lubię ryzyko. Spakowałem się i przyjechałem do kraju, w którym znałem tylko jednego człowieka – opowiada. Gdy lądował na warszawskim lotnisku, trwała jeszcze zima. A kiedy chwilę potem zobaczył na ulicy fiata 126p, wyrwało mu się: „Rany! Jak oni się w to mieszczą?!”.
– Jeśli nie rozumiesz, jak Polska działa, nic tu nie zrobisz. Nie nauczysz się języka, nie znajdziesz pracy. Musiałem wejść w wasz rytm – wspomina. – Poszedłem na kilka jamów (jam session – przyp. red.) i znalazłem muzyków, którzy chcieli mnie posłuchać. Zaśpiewałem, spodobało się. Występował z zespołem Overnight, z Karimski Club. Potem dowiedział się, że Natalia Kukulska szuka ludzi do chórków. Postanowił spróbować. Pamięta koncert w parku Sowińskiego. – Patrzę w tekst, czytam: „Światło, nosisz je w sobie...”. Oh, God! Wyszliśmy na scenę i... udało się!
Nick, przyznaje, że bywało trudno. Na przykład koncerty, na które przychodziły dwie, trzy osoby. Uśmiechał się i śpiewał dla nich. Ale zdarzały się i puste sale. – Co cię nie zabije, to cię wzmocni. To w końcu wasze powiedzenie – przekonuje. – Hej, macie fajny kraj! Rasizm? Więcej jest go w Ameryce. I podoba mi się, że nie nadużywacie słowa „znajomy”, bo w Ameryce jest nią osoba, którą znasz od kilku minut.
Gdzie będzie za dwa, trzy lata? Też tu. Wybuduje dom. Tylko jeszcze nie wie gdzie. – Tu są piękne góry, morze i jeziora. Kurczę, trudno się zdecydować – uśmiecha się.

Pięć lat w Polsce

Angelika Elisa Zaremba Luengas. Meksykanka. Zarabia, ucząc latynoskich rytmów w szkole tańca. W Meksyku mieszkała 25 lat, czyli prawie całe życie. Do Polski przyjechała, bo szukała pracy. Dziwne? Wcale! – W Meksyku dla artystów nie ma teraz najlepszego klimatu.
Angelika Elisa Zaremba Luengas. Meksykanka. Zarabia, ucząc latynoskich rytmów w szkole tańca. W Meksyku mieszkała 25 lat, czyli prawie całe życie
Niewielkie pieniądze za pracę od świtu do nocy, bez czasu dla rodziny. Liczy się tylko zespół, w którym występujesz. A Polacy? Wszyscy wiedzą, że przeżywacie fascynację tańcem – mówi Angelika. Piękna, śniada cera, ciemne oczy. I odrobina brokatu na twarzy. Dziś ma już nasze obywatelstwo, nieźle mówi po polsku. Formalnie jest Polką. Ale nie czuje się nią, nie udaje, w końcu całe życie spędziła w innym kraju. Pół roku temu wyszła za mąż. – Nie przyjechałam tu w poszukiwaniu męża. Moja historia jest zupełnie inna – zastrzega od razu. – Szukałam pracy, znalazłam ją. A miłość? Ona zdarzyła się już dużo później.
Możliwości są duże. Trzeba się tylko przyzwyczaić. Do ludzi i pogody
Do Polski przyleciała pięć lat temu na ślub siostry, która trafiła tu nieco wcześniej. Angelika najpierw pracowała dorywczo, w końcu trafiła do szkoły salsy. Dziś jest instruktorką. Czasem robi swoje projekty jako tancerka współczesna.
Na początku, gdy bywało źle, wspierała ją mama. – Dzięki Bogu jest Skype – uśmiecha się. Wie, że życie tancerza jest krótkie. Póki ciało jest w dobrej kondycji, pracujesz. A potem? Dlatego w planach ma własną szkołę tańca. Oczywiście w Polsce. – Chcecie się uczyć, macie niesamowite wyczucie rytmu – wylicza. Nie boi się konkurencji. Jej szkoła będzie wyjątkowa. Taniec to nie program komputerowy, który można sobie wgrać. Ona będzie tłumaczyła, o co chodzi w jego rytmie, w każdym geście.
Gdy jeździ na wakacje do Meksyku, ludzie pytają, jak jej jest w tej dalekiej Polsce. Odpowiada, że jeśli chcesz, możesz tam prawie wszystko. Możliwości są większe niż na zachodzie Europy. Trzeba się tylko przyzwyczaić. Do niektórych ludzi i do pogody. Kiedyś, wychodząc z metra, wywróciła się. Leżała potłuczona, rzeczy rozrzucone dookoła na chodniku. – Przez kilka minut nie mogłam się podnieść, nikt mi nie pomógł – wspomina z żalem. – To był szok.

Sześć lat w Polsce

Elena Egorova. Rosjanka. Prowadzi lekcje śpiewu. Sama też śpiewa. Jej największe sukcesy? Własna płyta i studio muzyczne.
Elena Egorova, Rosjanka. W Polsce mieszka prawie siedem lat. Jej największe sukcesy? Własna płyta i studio muzyczne
W Rosji prowadziła szkolenia biznesowe, miała za co żyć. Do Polski trafiła z zespołem, podczas tournée. Coś powiedziało jej: zostań. Na początku nie znała języka. Postanowiła, że spróbuje żyć ze śpiewania. Dziś wie, że może się z tego utrzymać. Próbuje wytłumaczyć piękno muzyki klasycznej laikom. Łączy ją z elementami etnicznymi.
Po mieszkaniu Eleny spacerują dwa koty – rosyjskie niebieskie. Na półkach pełno książek, sporo po rosyjsku, pod oknem matrioszki. Pół żartem, pół serio. – Obcokrajowiec, który przyjeżdża do innego państwa, szuka w ludziach na ulicy odbicia własnego kraju. To błąd. Przez to się cierpi – mówi, starannie ważąc słowa. Tłumaczy, że najpierw człowiek wszystko idealizuje. Potem przychodzi pierwsze rozczarowanie, a w jej przypadku i depresja. – Jednak chińskie przysłowie mówi, że jeśli nigdy nie miałeś problemów, to musisz je sobie kupić. Bo one cię kształtują.
Co jej przeszkadza w Polakach? Strach. – Boicie się bliskości, boicie się otworzyć przed innymi – wylicza. – Prawie nie ma tu szans poznać kogoś na ulicy. A mężczyźni? Rzadko patrzą na kobiety z bezwarunkowym uwielbieniem. Jeśli już któraś ubierze się odważniej, bywa traktowana jak prostytutka. W Polsce poznała też nowe słowo, które chyba w żadnym języku nie ma swojego odpowiednika. – „Obciach”. Obciachem jest wyglądać inaczej, mówić inaczej, śpiewać, zachowywać się. To wielkie lustro polskiej mentalności.  Wychodzi to podczas jej lekcji śpiewu. Ma uczniów od 16. do 55. roku życia. Pracę z człowiekiem zaczyna od zapanowania nad wstydem. Inaczej nie wydobędzie z niego głosu.
Elena jest przekonana, że mieszkać w innym kraju może tylko człowiek, który nie boi się wyzwań. – Dziś jestem programistą, bo swoją stronę internetową robiłam sama, i grafikiem, bo zaprojektowałam okładkę swojej płyty. Suknie, w których występuję, też uszyłam – wylicza. – Jestem samowystarczalna. Jeśli coś się stanie z moim głosem, to nie umrę z głodu. Mam mnóstwo pomysłów na zarabianie pieniędzy.

Siedem lat w Polsce

Rodrigo de la Garza. Meksykanin. Łączy rodzinną hodowlę alpak z projektowaniem ubrań. Jego show-room w starych ceglastych murach na warszawskiej Woli znają wtajemniczeni.
Rodrigo De La Garza, Meksykanin. Siedem lat w Polsce. Łączy tu rodzinną hodowlę alpak (na zdjęciu) z projektowaniem ubrań
Pod ścianą wiszą męskie marynarki we wszystkich kolorach i wzorach, jakie można sobie wyobrazić. Rzucają się w oczy. Nic dziwnego. Są jego znakiem firmowym. On sam ma na sobie czerwoną, dopasowaną w ramionach, zapinaną nieco wyżej. Niesamowicie kontrastuje z jego czarnymi włosami i ciemnymi oczami. I z szarym widokiem za oknem. Dlaczego Polska? Jego pierwsza dziewczyna, jeszcze w Ameryce, była Polką. Potem miał kilku polskich znajomych, a poza tym... – The grass is always greener on the other side – odpowiada przysłowiem. W wolnym tłumaczeniu: Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Urodził się w Meksyku, mieszkał przez kilka lat w Stanach, potem w Niemczech. Mama i babka próbowały zrobić z niego poważnego człowieka. Najlepiej lekarza albo prawnika. Nie wyszło. – Kilka lat temu moja rodzina szukała nowego miejsca, w którym mogłaby rozwijać swój biznes – hodowlę alpak. Okazało się, że w Polsce są mniejsze koszty utrzymania, a ludzie lubią nowości. Poza tym to dobry punkt wyjścia, by podbijać wschodni rynek – mówi.
Obcokrajowiec szuka czasem w ludziach na ulicy  odbicia swojego kraju. To błąd
Kiedy startował z hodowlą, musiał tłumaczyć, że te zwierzęta