Terapia bossa novą

O przyjaźni z Robertem Menescalem, kulisach powstania albumu „Tenderly" i historii bossa novy opowiada amerykańska wokalistka jazzowa Stacey Kent.

Wiesz, że polska publiczność cię kocha?

Nie jestem pewna, który to był rok, może 2001? Grałam wtedy w Polsce po raz pierwszy. Okazało się, że ludzie znają naszą muzykę. Kiedy wyszłam na scenę, poczułam olbrzymią sympatię i ciepło ze strony publiczności. Tak jest za każdym razem, gdy tu jestem.

Twój najnowszy album „Tenderly" jest fantastycznym antidotum na polską pogodę.

Jest wiele sposobów na tworzenie sztuki. Ja inspiruję się naturą, spokojem Gór Skalistych w Kolorado, gdzie mieszkam. To rzeczywiście uzdrawiające doświadczenie.

Po ostatniej świetnej płycie „The Changing Light" pełnej bossa novy tym razem połączyłaś brazylijską muzykę z utworami pochodzącymi z „Wielkiego amerykańskiego śpiewnika". Czym dokładnie jest „The Great American Songbook"?

Na początku lat 20. wielu kompozytorów i tekściarzy przyjeżdżało do Ameryki ze swoimi talentami. Nagle wyłonił się styl. Wtedy nie wiedzieli, że piszą piosenki, które staną się później zbiorem nazwanym „Great American Songbook". Podobnie jest z brazylijskim songbookiem, bossa novą i sambą. Pojawiły się jako gatunki tworzone przez różnych ludzi. I właśnie te elementy powodują, że muzyka jest bogata i ma wielką siłę oddziaływania. Wychowałam się na piosenkach jazzowych wokalistów, piosenkach filmowych, sentymentalnych piosenkach popularnych, śpiewanych przez Mitzi Gaynor, Julie Andrews, Barbrę Streisand, Judy Garland, Franka Sinatrę, Freda Astaire'a, Nat King Cole'a. Największy wpływ na mnie, jeśli chodzi o „Great American Songbook", mieli Rodgers i Hammerstein. W ich piosenkach było dużo natury, przyrody, a nie tylko miejskiego świata Cole'a Portera. Kiedy nagrywałam album „Tenderly", który jest mieszanką bossa novy i piosenek z „Great American Songbook", zaprosiłam do współpracy jednego z największych brazylijskich gitarzystów – Roberta Menescala. Opowiadał mi o Rio, o oceanie, górach, brazylijskim niebie. I te dwa wpływy, amerykański i brazylijski, się połączyły.

Gitarę Menescala słychać także w dwóch piosenkach z poprzedniego albumu. Jak się pracuje z ojcem chrzestnym bossa novy?

To spotkanie było jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie mi się przydarzyły. Mam tu na myśli zarówno życie zawodowe, jak i prywatne, ponieważ staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Traktuję go trochę jak ojca. To fantastyczna relacja, a zdarzyło się to wszystko przypadkowo. Byłam z moim mężem, saksofonistą i producentem Jimem Tomlinsonem, w Rio. Zostaliśmy zaproszeni do wzięcia udziału w koncercie z okazji urodzin posągu Chrystusa Odkupiciela na szczycie góry Corcovado. No i w kulisach, na tyłach sceny natknęłam się na Roberta Menescala. Nie wiedziałam, że będzie brał udział w tym koncercie. My graliśmy z innym wybitnym brazylijskim muzykiem – Marcosem Valle. Skończyliśmy piosenkę i zeszliśmy ze sceny, żeby przygotować się do następnego wejścia. I nagle stanęłam twarzą w twarz z Robertem Menescalem! Zdumiona wydukałam tylko: „Roberto!", a on spojrzał na mnie i odpowiedział: „Stacey!". Oniemiałam. Nie miałam pojęcia, że on wie, kim jestem. Powiedział, że jest moim fanem i wraz z żoną Yarą słuchają w domu moich płyt. Mimo że dzieli nas duża różnica wieku i pochodzimy z innych światów, czujemy i widzimy rzeczywistość bardzo podobnie. Pewnego dnia zapytałam go, czy nie wziąłby udziału w nagraniach do płyty „The Changing Lights". Odpowiedział: „Powiedz tylko, kiedy i gdzie. No i co mam na siebie włożyć. Przyjeżdżam!". I tu następuje punkt zwrotny tej historii. Nagraliśmy tę płytę, a udział Roberta naznaczył ją prawdziwym klimatem bossa novy. Podczas jednej sesji powiedział mi, że chciałby nagrać ze mną parę piosenek z „The Great American Songbook". Tak właśnie powstała płyta „Tenderly".

Dlaczego zdecydowałaś się nagrać tę płytę bez instrumentów perkusyjnych?

Chcieliśmy osiągnąć jak najbardziej intymny i czysty efekt. Menescal opowiadał nam o tym, jak powstawała bossa nova na przełomie lat 50. i 60. W 1962 r. zawojowała cały świat, w tym sławne Carnegie Hall w Nowym Jorku. Ale zanim to nastąpiło, bossa nova powstała, ot tak, na kanapie w salonie. Rodzice wokalistki Nary Leao otworzyli drzwi do swojego domu twórcom bossa nowy. Bywali tam: Joao Gilberto, Jobim, Vinicius De Moraes, Carlos Lira, Menescal. Grali razem dniami i nocami, dzielili się muzyką, piosenkami, pomysłami. Nie chodziło im o wielką sławę, ona przyszła później. Kiedy opowiadał nam o początkach tej magicznej sceny, oczy mu błyszczały z ekscytacji. Ostatecznie zdecydowaliśmy się więc zrobić ten album właśnie tak, kameralnie i intymnie. Jest tylko on, ja, piosenki, Jim na flecie i saksofonie oraz Jeremy Brown na kontrabasie.

Co jest magicznego w bossa novie, że tak uwodzi?

Nieważne, gdzie jesteś. W Europie, Azji, Ameryce... Ta muzyka zawładnęła mną od pierwszego dźwięku. Pamiętam dokładnie moment, kiedy usłyszałam płytę Stana Getza i Astrud Gilberto. Miałam 14 lat, siedziałam na podłodze w domu przyjaciółki. Grałyśmy w karty, usłyszałam tę muzykę i olśniona zapytałam: „Co to jest?". I to był mój początek nieustającej miłości do bossa novy. Na czym polega jej fenomen? Chodzi o ten rytm gitary „levada", który dosłownie pcha człowieka do przodu, wprawia w ruch, napędza optymistycznym uczuciem nadziei. A jednocześnie mamy do czynienia z cudowną równowagą i napięciem emocjonalnym między słodkim, trochę smutnym, pełnym tęsknoty melancholijnym tekstem a melodią... Nie trzeba nawet rozumieć słów, żeby poczuć te emocje, tak jak się rozumie abstrakcyjnie muzykę klasyczną. Doświadczamy wiele smutku, cierpienia i bólu, takie jest nasze życie. Ale trzeba budzić się następnego dnia rano i zobaczyć, jak drzewa rosną, słońce znowu wzeszło, że jest nadzieja. Myślę, że bossa nova lepiej opowiada o nas niż jakikolwiek inny gatunek muzyczny.