Tak smakuje życie w talent show

Wiosenna ramówka telewizji znów szczodrze obsypała nas programami typu talent show.

Wiele osób uważa, że jest to kolejna porcja medialnej papki serwowana mało wymagającej widowni „allowej", jak to w żargonie branżowym określa się przeciętnych Kowalskich zasiadających przed telewizorami. Niby tak, a jednak będę bronił tej formy.

Wiadomo, że w tego rodzaju produkcjach (jak zresztą w 99 proc. programów telewizyjnych) chodzi o osiągnięcie jak najwyższego wyniku oglądalności. I chociaż daleko im do magazynu „Pegaz", to jednak mają one coś, co przy odrobinie dobrej woli można określić misją.

Na precastingach pojawiają się tysiące chętnych. Jedni marzą o medialnej sławie, inni traktują to jako skok na wielką kasę. Jeszcze inni chcą dotknąć świata, który dotychczas znali jedynie z ekranu telewizora i kolorowych gazet. Są jednak tacy, którym Pan Bóg dał wielki talent. Wspólnym mianownikiem, łączącym niemal wszystkich jest pasja i wiara, że w końcu ktoś ich zauważy, wyciągnie rękę i pozwoli zamienić marzenia w rzeczywistość. Trudno zaprzeczyć, że niektórzy zderzą się z brutalną rzeczywistością show-biznesu. Jedni odczują to jeszcze w trakcie programu, gdzie pupilka jurorów i publiczności od pośmiewiska dzieli jeden niewłaściwy krok. Inni przekonają się, że kilkuminutowy triumf w programie 
sam w sobie przepisem na sukces nie jest.

A jednak większość osób, które spróbowało swych sił w takich widowiskach, nie żałuje tej decyzji. W ostatnich latach przeprowadziłem kilkaset, a może i tysiąc rozmów z różnymi uczestnikami. Pamiętam, jak pierwsze kroki w programie stawiał anonimowy jeszcze wówczas zespół Enej. Dla tej olsztyńskiej grupy występy w telewizji były świadomym wyborem, dzięki któremu mieli po wielu latach istnienia i wydaniu kilku płyt wreszcie wyjść z lokalnego undergroundu. Chłopcy, nawet po spektakularnym zwycięstwie, nie byli pewni, co z tego wyniknie. A ich największym problemem było pogodzenie świeżo upieczonej popularności z wcześniej ustalonymi planami występów na śmiesznych imprezkach za pięć groszy. Dziś Enej to jeden z popularniejszych zespołów w kraju, a swoje możliwości potwierdził sukcesem kolejnej płyty.

Zupełnie innym przypadkiem jest historia pewnego tancerza, który wystąpił ze swoją formacją w programie „Got to dance". Zdolny instruktor i choreograf ze wschodniej Polski wypadł naprawdę dobrze, niestety odpadł w półfinałach. Mimo to ze swojego udziału jest bardzo zadowolony, bo dziś dzięki temu ma najpopularniejszą szkołę tańca w swoim mieście. I może żyć z tego, co kocha.

Bezkompromisowe oddanie wielkiej pasji to wspólna cecha niemal wszystkich uczestników. Często dochodzi do tego jeszcze chęć przełamania swoich lęków, kompleksów. Dla wielu już sam przyjazd do studia, 
nie wspominając o wyjściu na scenę, to przygoda życia. Poznałem wielu nastolatków, którzy na bilet do Warszawy musieli się zapożyczyć, a noc przed nagraniem spędzili na dworcu. Tylko po to, by przesiedzieć cały dzień na próbach, następnie zaliczyć krótki występ przed kamerami i zostać bezlitośnie skrytykowanym przez jury.

Czy było warto? To najczęstsze pytanie, które im zadawałem. I rzadko słyszałem słowo „nie". Wracają z nowymi projektami, lepiej przygotowani, zmotywowani. Inni dają sobie spokój, bo wreszcie ktoś uczciwie pozbawił ich złudzeń. Przynajmniej nie zmarnują życia, wierząc w urojone przeznaczenie.

Paradoks talent show polega na tym, że nawet wygrana nie daje gwarancji kariery. Przykład zwyciężczyni pierwszej edycji legendarnego „Idola" Ali Janosz jest wręcz wzorcowy. Zdolna, sympatyczna i atrakcyjna nastolatka dostała od losu szansę. Wszystko poszło jednak nie tak. Niewłaściwi doradcy, niewłaściwy repertuar, za szybko i byle jak.

Kiedy oglądam programy poszukujące talentów, najbardziej zastanawia mnie, kto z tych uzdolnionych ludzi za kilka lat nadal będzie funkcjonował w naszej świadomości. Bo wiele razy byliśmy świadkami wielkich uniesień jurorów, owacji na stojąco i łez wzruszenia na scenie. Nie zawsze przekładało się to na realne życie uczestników.

Na szczęście obiektywne sukcesy Brodki, Wyrostka, Bednarka, grup Lemon czy Enej są dowodem na to, że drzwi do kariery poprzez talent shows to nie mrzonki. Trzeba tylko wiedzieć, jak je otworzyć.