Szuflandia

Sprawy mają się tak – samotni to obywatele drugiej kategorii. Każdy, kto stał się singlem (nieważne z jakiego powodu), jest aresztowany i przewożony do Hotelu, a tam ma 45 dni na znalezienie nowego partnera.

Jeśli w tym czasie z nikim się nie zwiąże, zostanie przymusowo przekształcony w zwierzę. W jakie – może wybrać, i to jedyna rzecz, na którą ma wpływ.

David (świetny Colin Farrell) właśnie trafił do Hotelu. Jest skołowany i ciągle zszokowany po odejściu żony, najchętniej wlazłby pod kołdrę i przespał zły czas. Ale zamiast tego musi poznawać kolejne kobiety, brać udział w smętnych potańcówkach i z trwogą odliczać dni, które nieuchronnie przybliżają go do straszliwej chwili, gdy zostanie przemieniony w homara.

Nie bez powodu nurt, którego głównym przedstawicielem jest reżyser „Lobstera" Yorgos Lanthimos, nosi nazwę Greek Weird Wave, czyli Grecka Dziwna Fala. Fabuły filmów należących do tego bez wątpienia jednego z najciekawszych zjawisk współczesnej kinematografii europejskiej zaludnione są samotnikami i dziwakami, a świat ukazany na ekranie często okazuje się na tyle wykoślawiony, że można o nim mówić w kategoriach rzeczywistości równoległej.

O ile moda na daną kinematografię narodową na ogół rośnie stopniowo, wymaga ciągłego podlewania, by utrzymać zainteresowanie kapryśnych mediów, o tyle na Greek Weird Wave dosłownie eksplodowała. A zapalnikiem okazał się znakomity, nominowany do Oscara film Lanthimosa „Kieł" (2009). Kolejne produkcje, m.in. „Attenberg" Athiny Rachel Tsangari (2010), „Alpy" także Yorgosa Lanthimosa (2011) czy „Luton" Michalisa Konstantatosa (2013), podtrzymały ten stan rzeczy i w sumie nietrudno to zrozumieć. Bo choć na pierwszy rzut oka filmy młodych Greków wydają się kompletnie absurdalne, to już na drugi okazują się dotkliwą i trafną diagnozą współczesnej mentalności. „Lobster" jest tu doskonałym przykładem.

Warto zresztą dodać, że scenariusz filmu powstał na podstawie wieloletnich obserwacji ludzkich zachowań, których centralną osią pozostaje graniczący z paniką lęk przed byciem samotnym. Zresztą generalnie nasz gatunek, wydaje się mówić Lanthimos, choć nigdy nie miał szans na taką swobodę i różnorodność jak obecnie, dobrowolnie wciska się do paru wąskich szufladek, a ewentualne niedopasowanie rozwiązuje niczym złe siostry Kopciuszka – obcinając palce lub piętę.

Po pierwsze – dosłownie dwa lub trzy scenariusze życiowe klasyfikowane są przez społeczeństwo jako sukces (możesz być singlem, pod warunkiem że realizujesz się w zawodowo). Po drugie – zdumiewająca unifikacja odzieżowa (wystarczy przespacerować się po ulicach i popatrzeć na dziesiątki identycznie ubranych osób). Po trzecie – obsesyjna potrzeba, by upodobnić się do partnera, choć często nie bardzo wiadomo, na czym miałoby to polegać. Po czwarte, chyba najważniejsze – presja. Społeczeństwo działa niczym więzienny panoptykon, sprawia, że obywatele są obserwowani non stop i sami również pełnią funkcję strażników. A każde odstępstwo od schematu karane jest wyrzuceniem na margines. Lub gorzej – przeniesieniem do innej, równie opresyjnej szufladki. Kolejne punkty można mnożyć. „Lobster" to typ filmu, który zostaje w głowie i skłania do własnych przemyśleń. Ale smutna refleksja nad dobrowolną ucieczką od wolności pozostaje chyba najważniejszym z nich.

„Lobster", reż. Yorgos Lanthimos, od 26 lutego