Szlakiem luksusu

Najdroższe miasto na świecie. Najlepsze miejsce do życia. Jednym słowem: Zurych.

Na 400 tys. pasażerów i blisko 3 tys. pociągów dziennie patrzy Alfred Escher. Z cokołu widzi wszystko: niedociągnięcia i najmniejsze spóźnienia. Chociaż w tym przypadku musi się nudzić, bo szwajcarskie koleje mają punktualność na poziomie 95 proc. Alfred wygląda jak biały LeBron James, skrzydłowy z NBA. Barczysty, łysy, z kłębiastą, gęstą brodą. Jego pomnik przed dworcem centralnym w Zurychu sugeruje, że musiał mieć z 1,80 m. Jak na XIX w. to sporo. Alfred patrzy na to, jak rozwija się współczesna Szwajcaria, która bez niego nie byłaby tym, czym jest.

Tryliony franków

Jako 25-latek mógł jeszcze podszczypywać panny przechadzające się ulicami Zurychu, mógł wycierać pianę z ust po kolejnym kuflu lokalnego lagera. Ale nie. On wolał siedzieć pod krawatem w sali parlamentu kantonu zurychskiego, do którego w 1844 r. został wybrany. Nieopierzony młodzian – pewnie szeptali między sobą inni, bardziej doświadczeni politycy. Ale Alfred szybko wyprowadził ich z błędu. Na rok przed 30. urodzinami został członkiem Rady Narodu, szwajcarskiego odpowiednika polskiego Sejmu. Podczas pierwszej z czterech pełnionych przez siebie prezydentur kraju wygłosił przemówienie, które zadecydowało o przyszłości Szwajcarii. Najkrócej można je streścić: „Panowie, kolej przejeżdża nam koło nosa".

W drugiej połowie XIX w. sieć połączeń kolejowych coraz gęściej pokrywała sąsiednie kraje i dawała im impuls do gospodarczego rozwoju. W Szwajcarii natomiast istniał jeden 16-kilometrowy odcinek między Zurychem a Baden. Escher wiedział, że bez rozwiniętej kolei Confoederatio Helvetica zostanie trzecim światem Europy. Sam chciał uruchomić linie kolejowe, chciał też, żeby mogli to robić inni. Problemem był brak pieniędzy. Rozwiązał go w najprostszy z możliwych sposobów: otworzył bank. Planował zacząć skromnie i sprzedać 3 mln akcji, ale chętnych znalazło się więcej. W trzy dni sprzedał 218 mln udziałów. Schweizerische Kreditanstalt inwestował w rozwój prywatnych kolei, nowe fabryki, powstanie i rozwój krajowej sieci elektrycznej oraz stworzenie szwajcarskiej waluty. Bank funkcjonuje do dziś jako Credit Suisse. Z 48 tys. pracowników, rocznym zyskiem na poziomie 2 mld franków szwajcarskich i aktywami wartymi około 1,2 tryliona franków jest drugim pod względem wielkości bankiem w kraju. Wspólnie z większym UBS przez ponad 150 lat był motorem napędowym gospodarki i podstawą dzisiejszej potęgi Szwajcarii. Główna siedziba Credit Suisse znajduje się w przysadzistym, klasycznym budynku 
z 1873 r. w samym centrum Zurychu przy Paradeplatz 8. Pięć razy w tygodniu o 18.05 wylewa się z niego morze bankierów, którzy luzują krawaty i wsiadają do punktualnych do bólu tramwajów. Finansowe serce Szwajcarii jedzie się przespać do luksusowych willi na obrzeżach miasta.

Kosmos na Ziemi

Szóstego dnia, w sobotę, bankierzy nie pracują. Przynajmniej nie tak wcześnie jak włamywacze. Kiedy 13 kwietnia monitory bankierów były jeszcze uśpione, przed sąsiedni budynek podjechał szary samochód. Wysiedli z niego czterej panowie i od razu weszli do salonu Türlera, najdroższego jubilera w Zurychu. Jednego z pracowników powalili na ziemię. Pozostałych, wspomagając się bronią, poprosili, żeby położyli się sami. Zbili witryny wystawowe i do czarnych, sportowych toreb pakowali wszystko, co im wpadło w ręce: zegarki, kolie, naszyjniki, pierścionki. Kiedy odjeżdżali, przed sklep zdążyli przyjechać wezwani policjanci, którzy zdecydowali jednak, że nie będą nikogo gonić. Jak się później tłumaczyli, nie chcieli stwarzać zagrożenia dla pieszych, a poza tym ich samochód był cięższy i wolniejszy, więc i tak by ich nie złapali. Właściciel salonu, Franz A. Türler, nie chce zdradzić, jaka była wartość skradzionych rzeczy, ale szwajcarskie media szacują, że jest to przynajmniej kilkaset tysięcy franków. Türlerowie są naprawdę drodzy... Dzisiaj w drzwiach salonu Türler stoi ochroniarz. Przed każdym klientem otwiera drzwi, tylko po to, żeby chwilę później zamknąć je na klucz. Choć Türler to najdroższy jubiler w Zurychu, wnętrze nie ocieka złotem i nie świeci się kryształami Swarovskiego. Jest gustowne, ciche, wyłożone ciemnym drewnem. Klienci nie kręcą się wokół gablot, bo tych prawie nie ma. Cały rytuał oglądania, przymierzania i podziwiania odbywa się na siedząco, przy jednym z kilku masywnych biurek. Ci, którzy mają szczególne wymagania, wspólnie z projektantami mogą stworzyć swoją wymarzoną biżuterię lub zegarek, a później podglądać, jak powstaje. Na końcu sali znajdują się bowiem dwa warsztaty, przy których na zmianę pracują zegarmistrz z jubilerem. Pomiędzy nimi stoi wysoki na 2,20 m The Türler Clock. Model of Cosmos. Budowany przez dziewięć lat potężny zegar to „transmisja kosmosu na żywo", jak mówi Franz A. Türler. Powstały z niemal 1,2 tony mosiądzu i 251 kół zębatych ukazuje relację między kosmosem a rytmem życia na Ziemi. Każda z jego czterech stron jest zbliżeniem na świat: horyzont Zurychu, kalendarz zgodny ze standardem gregoriańskim, ruch Ziemi i Księżyca w stosunku do Słońca i orbity wszystkich planet Układu Słonecznego. Ruch każdej z dziewięciu planet odbywa się w ich naturalnym tempie: Merkury okrąża Słońce w 87 dni, Pluton w 247 lat. Tam w Kosmosie i tu – u Türlera.

Jeszcze kilka lat temu The Dolder Grand był zakurzonym reliktem dawnej świetności. Dziś najbardziej luksusowy apartament ma tu 400 metrów, wyłożoną marmurem łazienkę, prywatną kuchnię, bibliotekę i saunę. Najczęściej wynajmują go bogaci goście z Brazylii, Chin, Rosji i państw zatoki perskiej.

Miejsce, w którym stoi Türler, jest jednocześnie punktem granicznym między tańszą a droższą wersją Bahnhofstrasse, zakupową ulicą Zurychu. Bliżej dworca głównego znajdują się tanie sieciówki. Za Türlerem w kierunku Jeziora Zuryskiego rozlokowały się drogie butiki i jubilerzy, m.in. Cartier, Chopard, Tiffany & Co.

Pałac zamiast anteny

Paradoksalnie całość kończy plac, na którym w soboty rozkłada się pchli targ z przedmiotami wszelkiej maści: ołowianymi żołnierzykami, starymi kartkami pocztowymi 
5 franków za kilo i chińskimi podróbkami szwajcarskich zegarków. Z firmowymi torbami na zakupy albo tanimi foliówkami z targu można wskoczyć na prom, który odpływa z przystani znajdującej się kilka kroków dalej. Promy kursują mniej więcej co pół godziny i w opcji najkrótszej pływają po jeziorze przez godzinę. Jeśli nie jest zbyt zimno i wietrznie, warto usiąść na rufie, 
skąd rozpościera się najlepszy widok na okolicę. Zurych otoczony jest przez ciąg kilkunastu zielonych wzgórz. Najwyższym jest Uetliberg (869 m n.p.m.), który chociaż stanowi jedną z ikon miasta, to ani nie jest najładniejszy, ani najciekawszy. Dużo bardziej interesujące jest niższe o prawie 200 m wzgórze Adlissberg, uwieńczone – zamiast szpetną anteną – pałacem, w którym znajduje się jeden z dwóch najbardziej luksusowych hoteli Zurychu – The Dolder Grand.

Cztery lata bez jednego gościa

Jeszcze dziewięć lat temu The Dolder Grand był przykurzonym reliktem swojej dawnej świetności. Budynek z 1899 r. ciągle przyciągał gości, ale coraz częściej ze względu na sentyment niż swoją prawdziwą wartość. W 2004 r. główny udziałowiec, Urs Schwarzenbach, zdecydował się na ryzykowny ruch, który mógł go pogrążyć albo przynieść sukces – zamknął hotel na cztery lata i wpompował 
600 mln euro w jego renowację. W pokojach zdzierane były podłogi, w łazienkach skuwane płytki ze ścian, w restauracjach wyrzucone stare stoły i krzesła. Nowy charakter hotelowym pokojom nadali projektanci z Wielkiej Brytanii, United Designers specjalizujący się w projektowaniu luksusowych wnętrz. Dwa nowoczesne skrzydła – SPA i Golf Wing, dobudowane po obu stronach hotelu, powstały w pracowni Normana Fostera, jednego z najbardziej cenionych architektów na świecie. Współczesny The Dolder Grand to małżeństwo klasyki z modernizmem: wyważone, dobrze skomponowane, nieprzytłaczające swoją innowacyjnością. Od 2008 r., kiedy hotel został ponownie otwarty, zjeżdżają do niego najbogatsi z całego świata. Nadal większość stanowią Szwajcarzy, ale jak mówi Stefan Aerni, menedżer hotelu, coraz więcej jest gości z krajów rozwijających się: Brazylii, Chin, Rosji i państw Zatoki Perskiej. Z jego perspektywy Arabowie są szczególnie mile widziani, bo jeśli już przyjeżdżają, to nie w jedną–dwie osoby, 
ale całymi rodzinami, i zostają na kilka tygodni. Często zdarza się, 
że wynajmują Maestro Suit, najbardziej luksusowy ze 173 pokoi. 
Na 400 mkw. i dwóch piętrach znajdują się dwie sypialnie, dwie wyłożone marmurem łazienki, sauna, prywatna kuchnia, biblioteka, owalna jadalnia i taras z widokiem na Zurych.

Nocleg w The Dolder Grand to tak naprawdę tylko punkt wyjścia. W ciągu dnia goście mogą bowiem grać w golfa – do hotelu przylega dziewięciodołkowe pole golfowe, trenować serwis na kortach tenisowych, kondycję z indywidualnym trenerem na siłowni albo odpocząć w SPA o powierzchni 4 tys. mkw. Poza czterema basenami, sauną, 18 pokojami do zabiegów i typowymi zabiegami pielęgnacyjnymi na poczekaniu można sobie zrobić podstawowe operacje plastyczne, m.in. wstrzyknąć botoks, wyprostować nos i odessać tłuszcz.

Homar z truskawkami

Na świecie istnieją dwa liczące się rankingi oceniające restaurację: Michelin i nieco mniej znany Gault Millau. Maksimum od tej drugiej – 20 punktów – mają tylko dwa lokale na świecie, trzygwiazdkowych restauracji Michelin jest na kopy. The Restaurant w The Dolder Grand ma dwie gwiazdki i 18 punktów. Jej szef, HeikoNider, w 2003 r. został okrzyknięty kucharskim „odkryciem roku", w 2008 r. – „Chef Fine Dining", a w październiku ubiegłego roku – „Most improved chef of the year". W karcie dań czuć klasę miejsca: marynowany homar z truskawkami i buraczkami w sosie musztardowym, szparagi na parze z kawiorem i orzechami włoskimi, consome z kaczej wątroby, królika z mango, glonów i grzybów. The Restaurant serwuje głównie cztero- lub pięciodaniowe zestawy, więc wybór jest dość prosty. Trudniej może być z winem, bo piwniczka mieści 500 różnych gatunków, w sumie 1,2 tys. butelek. Jak zapewnia Stefan Aerni, wśród nich znajduje się kilka naprawdę rzadkich okazów. Lunch można zjeść w towarzystwie rodziny albo wiszących na ścianach obrazów Andy'ego Warhola i Salvadora Dalego. Zresztą na każdym kroku w hotelu przewijają się obrazy należące do prywatnej kolekcji właściciela. Jest ich ponad 100, w tym wielki i szpetny namalowany przez Sylvestra Stallone'a bohomaz. Jedyne, czego The Dolder Grand nie ma, to kasyno z prawdziwego zdarzenia. Co prawda jestem w stanie uwierzyć, że concierge na specjalne życzenie w ciągu dwóch godzin zorganizowaliby stół do ruletki, ale wygodniej jest skorzystać z hotelowego szofera i przejechać się do centrum, gdzie od października ubiegłego roku działa Casino Swiss.

Albert E