Szeherezada z Bombaju

Pisarz może dostać dziesiątki prestiżowych nagród, a także być czytany przez miliony czytelników na kilku kontynentach.

Jednak do powszechnej świadomości przechodzi dopiero wtedy, gdy zostanie wciągnięty do wielkiej polityki albo jakaś niezadowolona z jego twórczości grupa wyda na niego wyrok śmierci.

Dawniej można było nadepnąć na odcisk reżimom totalitarnym. Tak jak Erich Maria Remarque, Aleksander Sołżenicyn czy – żeby daleko nie szukać – Czesław Miłosz. Po rozpadzie totalitarnych imperiów trzeba było kombinować inaczej.

Można tak jak Roberto Saviano za sprawą książki „Gomorra" ściągnąć na siebie gniew mafii, zdradzając jej tajemnice. Można też podpaść religijnym radykałom. Potępienie ze strony Watykanu nie robi dzisiaj już takiego wrażenia jak w dawnych czasach, więc lepiej atakować bardziej radykalne wspólnoty, np. skrajnych muzułmanów.

Taka historia przytrafiła się Salmanowi Rushdiemu, który odważył się sportretować Mahometa w swojej powieści „Szatańskie wersety". Za to przywódca religijno–polityczny Iranu ajatollah Chomeini wydał na niego w 1989 r. fatwę, czyli wytyczną dla islamistów, zgodnie z którą każdy praktykujący muzułmanin powinien czuć się w obowiązku zgładzić bluźniercę Rushdiego. W związku z tym pisarz dostał ochronę brytyjskiego rządu. Nie bez powodu – w związku z fatwą zabity został japoński tłumacz książki, włoskiego autora przekładu próbowano zaś zasztyletować.

Autor „Szatańskich 
wersetów" nie był w żad-
nym wypadku skandalizującym nowicjuszem. Miał na koncie prestiżową Nagrodę Bookera za powieść „Dzieci północy" z 1981 r. i w latach 80. był najważniejszym anglojęzycznym twórcą literatury postkolonialnej.

Urodził się w Bombaju w czerwcu 1947 r., czyli dwa miesiące przed proklamowaniem niepodległości Indii oraz pół roku przed zabójstwem Mahatmy Gandhiego. W wieku 13 lat wyjechał z rodziną do Anglii, gdzie uczył się w prestiżowych szkołach i studiował historię na Cambridge. Po studiach pracował jako copywriter w agencji reklamowej. W połowie lat 70. zadebiutował jako powieściopisarz, ale jego fantastyczno–naukowa książka „Grimus" przeszła zupełnie bez echa. Minęło sześć lat, zanim w 1981 r. opublikował kolejną powieść „Dzieci północy", która rozpoczęła jego literackie triumfy. Prawdziwą burzę wywołał w 1988 r., wydając „Szatańskie wersety". Od tamtej pory aż do 2002 r. ukrywał się pod ochroną policji.

Dzisiaj Rushdie nie żyje już w konspiracji, mimo że za jego głowę religijna fundacja z Teheranu wciąż obiecuje 3,3 mln dol. Mieszka w Nowym Jorku, jest aktywny na Twitterze, gdzie obserwuje go ponad 1 mln użytkowników, chętnie korzysta też z Facebooka. Lubi komentować bieżące wydarzenia, udziela licznych wywiadów telewizyjnych, a także spotyka się na konferencjach i prowadzi wykłady. Był niezwykle aktywny przy okazji tragicznych zdarzeń wokół „Charlie Hebdo". Komentował i oceniał ten zamach jako ekspert, który islamskiego terroru doświadczył na własnej skórze. Daleki jest jednak od szafowania jednostronnych ocen. Broni samej religii, oddzielając ją od skrajnych ruchów fundamentalistycznych.

Najnowsza powieść „Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy" już w tytule nawiązuje do „Księgi tysiąca i jednej nocy". Rushdie opisuje walki dżinów i snuje kolejne fantastyczne historie niczym męska wersja Szeherezady. Ta forma idealnie pasuje do jego stylu, bo autor z wielopoziomowych dygresji, rozgrywających się na kilku płaszczyznach czasowych i przestrzennych, uczynił swój znak rozpoznawczy. A na dodatek znowu rozważa kwestie radykalizmu, ideologicznego fanatyzmu i wolności twórczej. Robi to zresztą w bardzo wdzięczny i miejscami zabawny sposób, choć ma świadomość powagi tych tematów. W czasach kiedy Państwo Islamskie sieje spustoszenie u wrót Europy, warto przypomnieć słowa pisarza, że to, co jego samego spotkało po „Szatańskich wersetach", może w przyszłości spotkać całe społeczności.

„Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy"
, Salman Rushdie