Szampan w Buenos Aires

Jeśli tańczyć tango, to tylko w stolicy Argentyny. Bo tylko tam ma ono odpowiednią scenerię i czar – przekonuje Irena Eris, twórczyni imperium kosmetycznego.

O boskim Buenos śpiewała Kora. Oboje z mężem lubimy tę piosenkę i wiele słyszeliśmy o Argentynie. Często rozmawialiśmy o tym, że musimy się tam wybrać – opowiada Irena Eris. Dziesięć lat temu byli w Bogocie, ale od tamtej pory nie wracali do Ameryki Południowej. To jednak bardzo daleko. Lot trwa kilkanaście godzin, a im obojgu, mocno zapracowanym, stale brakuje czasu. Systematycznie odkładali więc zwiedzanie Argentyny na później. Dopiero w tym roku zrealizowali swoje marzenie. – Gdybyśmy dalej zwlekali, to pewnie nigdy byśmy tam nie polecieli. A byłoby czego żałować – mówi Eris.

Kosmopolityczna mieszanka

Buenos Aires. Kawa, szklanka wody i słodki rogalik (medialuna). Każdy dzień rozpoczynali od wizyty w maleńkiej kawiarence, żywcem wyjętej z lat 30. ub.w., i tradycyjnego argentyńskiego śniadania. A później – w drogę. W stolicy Argentyny, położonej w malowniczym dorzeczu La Platy (Srebrnej Rzeki), jest co zwiedzać. To ogromna metropolia, zamieszkana przez 10, może nawet 12 mln ludzi. Założycielami Buenos Aires (pierwotnie Ciudad de la Santissima Trininad y Puerto de Buenos Aires – Miasto Trójcy Przenajświętszej i Port Pomyślnych Wiatrów) w 1536 r. byli Hiszpanie. Odkąd w 1826 r. zostało stolicą Argentyny, stale się rozrasta. Dziś zajmuje powierzchnię blisko 200 km kw. Ma 47 dzielnic. W Ameryce Południowej jest jedną z największych aglomeracji, a w Argentynie – zdecydowanie najciekawszą. – To kosmopolityczna mieszanka bogactwa i biedy. Tajemniczy świat, który tańczy tango i żyje futbolem – przekonuje Irena Eris. W ciągu ośmiu dni nie da się zobaczyć wszystkiego. Postanowili skupić się na najbardziej znanych miejscach Buenos Aires: San Telmo, La Boca, Puerto Madero. Zatrzymali się w eleganckiej, śródmiejskiej dzielnicy o ładnie brzmiącej nazwie: Recoleta. Jej najsłynniejszym punktem jest nekropolia, która jednak w niczym nie przypomina polskich cmentarzy. To labirynt piętrowych grobowców, do wielu można wejść, usiąść przy trumnie, pomodlić się. Niektóre grobowce, nadgryzione zębem czasu, są zaniedbane, mają zardzewiałe kłódki, zbite szyby i wykrzywione drzwiczki. Inne, ozdobione pięknymi rzeźbami, to wspaniałe dzieła sztuki. – Najwięcej osób gromadzi się przy grobowcu Evy Peron. Przychodzą nie tylko turyści, ale także Argentyńczycy, którzy ciągle ją kochają – mówi Irena Eris.

Pierwsze wrażenia z Buenos Aires? – Pojechaliśmy tam w kwietniu, całe miasto kwitło. Pachniały tysiące drzew i ukwiecone balkony. Wpadliśmy w zachwyt – odpowiada. Tak jak większość turystów, zaczęli zwiedzanie od centrum, czyli Plaza de Mayo. Na placu stoją dwa ratusze, kolonialny i współczesny, oraz pałac prezydencki Casa Rosada. Widzieli balkon, z którego Evita Peron żegnała się z narodem i przemawiał Jan Paweł II. Zajrzeli do XIX-wiecznej katedry metropolitalnej, kojarzonej dziś przede wszystkim z Franciszkiem, papieżem Argentyńczykiem. – Nasi znajomi żartowali, że trafiliśmy w dziesiątkę. Początkowo też myśleliśmy, że w Argentynie, niedługo po zmianie w Stolicy Piotrowej, wszyscy będą żyli tą wiadomością. Tymczasem nie było wielkiego szumu, w okolicach Plaza de Mayo wisiało kilka skromnych plakatów. To wszystko – wspomina Eris.

Z resztek farb

Nadal najchętniej odwiedzanym i najczęściej fotografowanym miejscem jest barwna dzielnica La Boca. Niegdyś zamieszkiwali ją tłumnie imigranci, głównie Włosi i Hiszpanie, którzy znajdowali zatrudnienie w dokach. Remontowali statki, a gdy zostały im resztki farb, malowali nimi elewacje swoich skromnych domów, wzniesionych z blachy i drewna. Każdy dom zdobiło więc co najmniej kilka kolorów. Dziś te budowle to zabytki, które konserwatorzy restaurują w podobny sposób. Dzięki temu np. uliczka Caminito jest równie barwna jak przed laty.

La Boca to też kolebka tanga. – Tańczy się je w całym mieście, ale w La Boce muzyka rozbrzmiewa przez całą dobę. Ma się wrażenie, że czas stanął w miejscu – opowiada Irena Eris. Wspomina, że zawędrowali do niewielkiej restauracji, której wystrój nie zmienił się od 100 lat. Zamówili tradycyjne steki wołowe i czerwone wino. Ktoś zaczął grać na bandoneonie (rodzaj harmonii), po chwili dołączyli do niego pianista, kontrabasista i skrzypek. Pojawiła się para tancerzy. Ona z gładko zaczesanymi włosami, w czarnej, ascetycznej sukni i butach na charakterystycznym obcasie. On – w garniturze i kapeluszu. Ich tango było dramatyczne, żywiołowe. Wykonywali piruety, zaskakiwali gwałtownymi obrotami, nagłymi, szybkimi ruchami. Świetnie, świetnie – komentował ktoś z boku, bo dobre tango powinno przypominać małżeńską kłótnię... Po chwili bawiła się cała restauracja, atmosfera była fantastyczna.

Dynamiczna Puerto Madera

La Boca to stara dzielnica, która kultywuje tradycje. Tam nikt nie goni. Ludzie przesiadują w małych kafejkach, gawędzą, czytają gazety, popijając aromatyczną kawę. Dla odmiany Puerto Madera to zupełnie inny świat – nowa, dynamiczna i ekskluzywna dzielnica. Kojarzy się z markowymi ubraniami i lśniącymi limuzynami. Powstała na terenach dawnego portu, popadające w ruinę doki i magazyny zamieniono w nowoczesne lofty i piękne restauracje. Wybudowano drogie hotele, m.in. Hilton Hotel Buenos Aires, Panamericano, i drapacze chmur. Przez Puerto Madera przebiega Avenida de Mayo, najszersza ulica świata. Przy deptaku Lavalle ulokowały się galerie, luksusowe sklepy i kawiarnie.

Buenos Aires ma w swojej historii wiele tragicznych momentów. 24 marca 1976 r. doszło do przewrotu i stery w kraju, na prawie osiem lat, przejęła junta wojskowa. Prześladowania, aresztowania, tortury spotkały wszystkich występujących przeciwko ówczesnej władzy. Bez śladu zaginęło wtedy ponad 30 tys. ludzi. – Dziś barwne, ruchliwe ulice Buenos Aires jakby zaprzeczają tym wspomnieniom. Nam spodobali się również jego mieszkańcy, otwarci i bardzo pogodni – mówi Irena Eris.

Przewodniki turystyczne często ostrzegają, że ten, kto nie zna hiszpańskiego, nie ma po co jechać do Argentyny. – To już nieaktualne – dodaje Irena Eris. – Młodzi właściciele hoteli i restauracji w Buenos Aires chętnie uczą się angielskiego. Wiedzą, że bez znajomości tego języka nie będą w stanie porozumieć się z większością turystów. I nie zarobią.

Pamiątki z San Telmo

Nie można pojechać do Buenos i nie odwiedzić San Telmo, dzielnicy słynącej z antykwariatów i hali targowej, w której handluje się starociami. Co można tam kupić? Wszystko! Antyki, te prawdziwe i te podrabiane, stare plakaty z Diego Maradoną, płyty winylowe, monety, butelki po coca-coli... Słowem, mydło i powidło na każdą kieszeń. Po zakupach warto skosztować owoców albo zajrzeć do jednego z barów oferujących empanady, czyli pierogi. – Bardzo lubię takie miejsca – wyznaje. – Mogłabym długo spacerować wśród straganów i oglądać, oglądać, oglądać... W ten sposób odpoczywam. Kupiłam synowi zanzę, taki instrument muzyczny, a sobie ponczo z wełny alpaki, lekkie i ciepłe. To nasze pamiątki z San Telmo.

W Buenos Aires warto jeszcze odwiedzić dzielnice Palermi i Congreso, zajrzeć do Narodowego Muzeum Sztuk Pięknych (ma w swoich zbiorach dzieła Claude'a Moneta i van Gogha) i do Muzeum Evity Peron, zaliczyć Teatr Kolumba, jedną z największych oper na świecie. – Ale my, po kilku dniach spędzonych na ruchliwych ulicach, nabraliśmy ochoty, by uciec z miasta – przyznaje Irena Eris. Wybrali się w godzinną podróż promem, na drugi brzeg rzeki La Plata, do Urugwaju, by zobaczyć Colonię del Sacramento. 
To XVII-wieczne miasteczko było niegdyś portugalskim portem. Wzniesiono je, by kontrolować (i blokować) ruch morski z hiszpańskiego Buenos Aires. Dziś Colonia del Sacramento jest wspaniale zachowanym zabytkiem, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warto pospacerować po jego nadrzecznych bulwarach i starych uliczkach. Najładniejszą z nich (i najstarszą), Calle de los Suspiros, zdobią malownicze, kolorowe domy. Kiedyś była odpowiednikiem dzielnicy czerwonych latarni – mieszkały przy niej prostytutki, które świadczyły usługi żołnierzom strzegącym pobliskich murów obronnych.

Ciekawym miejscem jest też główny plac miasteczka – Plaza Mayor. Przed laty służył do manewrów wojskowych (stąd jego słuszne rozmiary). Teraz pełno tu maleńkich sklepików z pamiątkami, urokliwych kwiaciarni i kawiarenek serwujących dobrą kawę.

Tigre, czyli tropikalna Wenecja

Drugą wycieczkę odbyli minibusem, do Tigre pod Buenos Aires, dawnego portu. Kiedyś składowano tam owoce tropikalne, transportowane statkami z północnych prowincji. Dziś to po prostu popularne miejsce, w którym Argentyńczycy, spragnieni ciszy i zieleni, spędzają weekendy. – Przyznam, że wyruszaliśmy do Tigre bez przekonania. Tymczasem spotkało nas ogromne zaskoczenie – mówi Irena Eris. Tigre, a dokładniej mówiąc – delta rzeki Parana, to argentyńska Wenecja. Tropikalna i dzika. 1001 maleńkich wysp poprzecinanych rzekami i kanałami. Samochody, drogi lądowe? Tam nie istnieją. Turyści, tak samo jak wszyscy mieszkańcy wysepek (łącznie z dziećmi, podróżującymi do szkół), korzystają z autobusów wodnych, czyli drewnianych barek. Przed każdym domem widać pale i przymocowane do nich łódki. Są też pomosty, do których przybijają pływające sklepy z żywnością.

Irena Eris i jej mąż Henryk Orfinger podróżują kilka razy w roku, ale nigdy nie korzystają z biur turystycznych. Sporo czytają, przeglądają przewodniki, a potem sami układają plan pobytu. W ten sposób zwiedzili już wiele miejsc, m.in. Australię,Wyspy Kanaryjskie i Grenlandię, w Afryce – RPA i Kenię, w Azji – Japonię i Chiny. Chętnie wracają na Maderę, lubią Funchal, jej stolicę, która jest kwintesencją całej wyspy – ma wspaniałe położenie, cudowną przyrodę i serwuje sporą dawkę historii. Ich ulubionym miejscem jest również Malta, państewko-wyspa z doskonale zachowanymi zabytkami architektury i niezwykłą mieszanką kultur: angielskiej, włoskiej, arabskiej i afrykańskiej.

– Teraz na listę miejsc, do których warto wrócić, wpisałam Buenos Aires – kończy swą opowieść Irena Eris. Przyznaje, że po ośmiu dniach pobytu ma dużo miłych wspomnień i jeszcze większe uczucie niedosytu.