Syn ojca swego

„To piekło być jego synem" – zwierzył się kiedyś przyjacielowi Scott Newman, syn Paula Newmana.

– „Nie mam jego błękitnych oczu, nie mam jego talentu, nie mam jego szczęścia, nie mam nic... To cały ja". To przygnębiająco depresyjne wyznanie nie było jedynie chwilową eksplozją frustracji. Przeciwnie, naznaczyło całe życie chłopaka, który 
– choć przystojny i pociągająco chmurny – nie był w stanie znaleźć pomysłu na siebie.

Wychowany w cieniu legendy aktora, od wczesnej młodości głównie się miotał. Wyrzucany z drogich, prywatnych szkół (za które płacił ojciec), po pijaku wdawał się bójki z policją (za co płacił ojciec), próbował grać w filmach (co ułatwiał mu – a jakże – ojciec). Niestety, wszystkie próby zbudowania kariery aktorskiej zakończyły się klęską. Ostatnie miesiące życia praktycznie przewegetował: spał na podłodze u kumpli, pracował jako zwykły robotnik, a wszystkie pieniądze przepijał. Zmarł z powodu przedawkowania narkotyków w wieku zaledwie 28 lat.

Znani rodzice to z jednej strony błogosławieństwo, z drugiej – przekleństwo. Scott Newman jest prawdopodobnie jedną z najtragiczniejszych ofiar takiego życiowego splotu okoliczności, ale wiele dzieci sław mogłoby z żalem odnaleźć w jego historii elementy własnej biografii. Tym bardziej że spełnionych życiowo córek i synów autentycznych gwiazd, w dodatku sławą dorównujących swoim rodzicom, nie ma znowu tak wiele – Michael Douglas, Jane Fonda, Charlotte Gainsbourg, Stella McCartney, Angelina Jolie, może jeszcze z cztery, pięć nazwisk.

Do tej listy z pewnością należy dopisać Duncana Jonesa, syna Davida Bowiego. Jego przypadek jest o tyle ciekawy, że na pierwszy rzut oka sam fakt, iż wyrósł na pewnego siebie i równocześnie skromnego, fajnego faceta, można uznać za osiągnięcie. Na drugi rzut oka nie ma w tym nic zaskakującego. David Bowie, miłośnik używek i rockandrollowiec doskonały, był również troskliwym, kochającym i – co najważniejsze – mądrym ojcem. „»Mechaniczną pomarańczę« obejrzałem w wieku ośmiu lat" – wspomina Duncan. „Wiem, że to brzmi szokująco, ale tata naprawdę wiedział, co robi. Usiadł obok mnie na kanapie, objął ramieniem i wszystko tłumaczył. Słowami przeprowadził mnie przez ten film".

Gdy okazało się, że mały Duncan nie ma najmniejszej ochoty na muzykowanie, za to uwielbia kino, Bowie nauczył go podstaw animacji stop–motion, pisania skryptów, ustawiania świateł, a nawet tego, jak wykonywać storyboardy. Zanim stał się nastolatkiem, syn Bowiego miał już wielkie pudło amatorskich filmików, scenariuszy i pomysłów do realizacji. Doskonale też wiedział, co chce robić w życiu – zostać reżyserem.

Wystartował olśniewająco: jego autorskie dzieło, „Moon", okazało się nie tylko jednym z najlepszych filmów SF naszego stulecia, ale też przyniosło jego twórcy prestiżową nagrodę BAFTA za debiut. Drugi film Jonesa, „Kod nieśmiertelności" („Source Code"), dość niesłusznie oceniono jako gorszy od poprzednika – niesłusznie, gdyż Jones przede wszystkim chciał się zmierzyć z wysokobudżetowym kinem akcji i pod tym względem „Kod..." sprawdza się doskonale.

Teraz na premierę czeka trzecie pełnometrażowe dzieło Duncana, „Warcraft: Początek" – planowana od dekady filmowa adaptacja kultowej gry komputerowej. Wiele wskazuje jednak na to, że Jones myślami jest już przy swoim kolejnym projekcie, „Mute", niezwykłej opowieści SF w duchu kina noir, inspirowanej kultowym „Blade Runnerem" Ridleya Scotta. Na twitterowym profilu Duncan Jones napisał o sobie: „Director of Moon, Source Code & Warcraft. So far..." i to chyba najlepiej definiuje jego twórczy niepokój. Jak dotąd jeszcze nie pokazał, na co go stać.

„Warcraft: Początek", 
reż. Duncan Jones, od 10 czerwca