Superman z Hongkongu

„Najbardziej wpływowy człowiek kontynentu", „chiński Warren Buffett" – tak w Azji nazywany jest biznesowy magnat Li Ka-shing. Za Wielkim Murem jest celebrytą. W tym roku skończy 87 lat. Mimo to nie rezygnuje z robienia spektakularnych interesów.

Najbogatszy człowiek Azji właśnie wzbogacił się jeszcze bardziej" – skwitowały w połowie stycznia zachodnie media doniesienia z giełdy w Hongkongu. Notowania flagowych spółek miliardera – będącej potentatem rynku nieruchomości firmy Cheung Kong oraz firmy inwestycyjnej Hutchinson Whampoa – podskoczyły o kilkanaście procent, co podbija wartość posiadanego przez sędziwego biznesmena majątku do 33,5 mld dol.

Paradoksalnie, tym razem Li nie zrobił nic nadzwyczajnego. Ogłoszony przez niego plan restrukturyzacji imperium zakłada uporządkowanie aktywów i stworzenie dwóch holdingów, skupionych wokół wspomnianych spółek. W CK Property znajdą się wszystkie firmy z branży nieruchomości. Przedsiębiorstwa handlowe, energetyczne, usługowe i telekomunikacyjne trafią do CKH Holdings. Dodatkowo w obu przypadkach centrale nowych firm zostaną przeniesione na Kajmany. Być może nowy podział aktywów pozwoli na bezkolizyjne przejęcie dziedzictwa synom miliardera.

Li może sobie pozwolić na taki manewr. Udziały wszystkich posiadanych przez niego spółek to 15 proc. wartości giełdy w Hongkongu. Biznesmen ma bezprecedensowe koneksje w politycznych elitach wyspiarskiej enklawy i niewiele gorsze w Pekinie. W ostatnich dekadach mieszkańcy metropolii pozwalali sobie na trudną do przetłumaczenia zabawę językową. Hongkong nazywano Miastem Rodziny Li, korzystając z tego, że w dialekcie kantońskim zbitka ta brzmi niemal identycznie jak nazwisko miliardera. Co ważniejsze, nikt w Chinach nie zaryzykuje zablokowania planów magnata – za dużo guanxi (powiązań, „pleców"), zbyt wielkie ryzyko krachu na hongkońskim parkiecie, zbyt wiele kostek domina, które mogłyby się przewrócić.

– Nie, nie miałem szczęścia. Ciężko pracowałem, żeby osiągnąć cele, jakie sobie postawiłem – uciął kiedyś Li pytania o to, jak udało mu się dojść do dzisiejszej pozycji. Można się w tym dopatrywać arogancji, ale nie ma wątpliwości, że magnat przeszedł w życiu długą drogę – z biednego i prowincjonalnego, jak na chińskie realia, półmilionowego Chaozhou w Kantonie do pozycji największego na świecie operatora kontenerów i sprzedawcy kosmetyków oraz artykułów zdrowotnych. Na dodatek ma status celebryty. Jako jedyny spoza świata show-biznesu został odwzorowany w hongkońskim muzeum figur woskowych.

W dziesiątkę, raz za razem

Li Ka-shing jest bowiem idealnym wzorcem chińskiej wersji mitu kariery od pucybuta do milionera. Jego rodzina uciekła w 1940 r. z Chaozhou przed nacierającą armią japońską, która właśnie podbijała kolejne połacie Państwa Środka. Jednak to nie ten exodus stał się najbardziej traumatycznym przeżyciem 12-letniego wówczas chłopca. Było nim cierpienie ojca. – Widziałem, jak chorował i w końcu umarł na gruźlicę. Ja zresztą też chorowałem – wspominał kilka lat temu miliarder. – Brzemię ubóstwa i gorzki smak bezradności wyryły na zawsze w moim sercu pytania, na które próbuję odpowiedzieć do dziś. Czy można zmienić czyjeś przeznaczenie? Czy możliwe jest osiąganie sukcesów poprzez skrupulatne planowanie działań?

Jeśli wierzyć oficjalnym hagiografiom, skrupulatności Li nigdy nie brakowało. Rodzina była tak biedna, że musiała wyprzedać nawet ubrania zmarłego ojca, by zdobyć pieniądze na jedzenie. Rok później nastolatek rzucił szkołę i stanął przy taśmie w lokalnej fabryce plastiku. Rzucił tę pracę jako 17-latek, by zająć się sprzedażą zegarków. Okazał się najbardziej utalentowanym przedstawicielem handlowym w firmie, wkrótce więc podkupiło go przedsiębiorstwo handlujące artykułami metalowymi. Najważniejsze jednak okazało się to, co Li robił po godzinach: czytanie gazet. Z nich dowiedział się, że Zachód przeżywa właśnie powojenny boom. To wersja oficjalna. Ta mniej oficjalna sprowadza się do tego, że fabryka, w której Li pracował jako nastolatek, przestawiła się na produkcję plastikowych kwiatów na włoski rynek, a jej dawny robotnik po prostu postanowił skopiować pomysł.

Tak czy inaczej, „Superman" postanowił włożyć wszystkie zarobione pieniądze oraz to, co udało się pożyczyć od krewnych, we własną spółkę. Tak narodziła się Cheung Kong Industries, firma produkująca plastikowe kwiaty, które w kolejnych latach stały się popularnym elementem wyposażenia amerykańskich domów i biur.

Tylko spokojnie

W biznesie chodzi jednak o to, by dostrzegać nowe szanse. Gdy w drugiej połowie lat 60. przez wyspę przetoczyła się fala niepokojów społecznych, a wielu mieszkańców wolało emigrować, niż przeczekać burzliwe czasy, ceny nieruchomości spadły do groszowego poziomu. Li korzystał z trendu, kupując co tylko się dało. Dla jego krytyków był to moment, w którym biznesmen zaczął budować swoje guanxi wśród politycznych elit miasta. – W Hongkongu tylko rząd posiada ziemię. Tego monopolu używano przez lata, by kreować jej niedobór, co windowało ceny i bogaciło deweloperów – opisywali wyspiarskie realia dziennikarze magazynu „The Economist". – Magnaci tacy jak Li używali pieniędzy zarobionych na nieruchomościach do ekspansji na inne branże.

Biznesowe koło zamachowe zostało puszczone w ruch w 1972 r. Li wprowadził na lokalną giełdę nową spółkę, zajmującą się obrotem nieruchomościami, a siedem lat później za bezcen przejął pakiet udziałów w firmie inwestycyjnej Hutchinson Whampoa (wcześniej była własnością pogrążonego w kłopotach banku HSBC). Zaczął błyskawicznie rozbudowywać imperium, bazując na pakiecie posiadanych już przez firmę akcji, inwestował w porty oraz portową infrastrukturę związaną z kontenerami (oprócz samego Hongkongu również w Chinach, Kanadzie, Holandii, Wielkiej Brytanii, Panamie), kupił sieci supermarketów w Europie i Azji, firmy telekomunikacyjne oraz energetyczne. Wreszcie w ciągu ostatniej dekady stał się ważnym graczem na rynku nowych technologii: firmy Li są udziałowcem m.in. Facebooka czy inicjatyw związanych z rynkiem bitcoinów. Trzecią część swojego majątku osobistego chiński biznesmen wypracował w ciągu ostatnich pięciu lat.

– Zarządzanie rodziną, która ma niewielki budżet, jest trudne. Ale zarządzanie spółką, która ma problemy z przepływem środków, jest jeszcze trudniejsze – dowodził magnat w jednym z wywiadów. – Dlatego przestrzegam zasady, by cash flow był stabilny, poziom rezerw wysoki, a relacja między długiem a kapitałem własnym – zdrowa. Nie można pozwolić, by przytłoczyły nas mnożące się potencjalne okazje biznesowe – przestrzegał. I rzeczywiście: w historii prowadzonych przez niego firm trudno się doszukać inwestycyjnego przeszarżowania. To raczej stabilnie wznoszący się wykres: od jednego samozatrudnionego właściciela fabryczki plastikowych kwiatów do konglomeratu 270 tys. pracowników 
w firmach działających w 52 państwach świata.

Sztuka balansowania

W lutym 1989 r. na złożony z przekąsek dim sum lunch w hongkońskim hotelu Hilton przyszedł tłum: 23 lokalnych polityków z wyspy i delegacja 36 gości z kontynentu. Na zlecenie Deng Xiaopinga mieli sprawdzić, na ile wyspiarzom zależy na utrzymaniu demokratycznego systemu politycznego w przyszłości, gdy nastąpi przejęcie enklawy przez Państwo Środka. Goście i gospodarze mieli stworzyć komisję, której zadaniem było opracowanie wzorca przyszłego systemu politycznego dla Hongkongu. – Podczas lunchu ci z kontynentu podeszli do mnie i powiedzieli: panie Lee, opowiadał nam pan, jak bardzo ludzie w Hongkongu pragną demokracji. Cóż, miał pan rację. Zobaczyliśmy to tu na własne oczy – wspominał kilka miesięcy temu Martin Lee, założyciel hongkońskiej Partii Demokratycznej.

Inny członek komisji (oraz organizator lunchu w Hiltonie) – Li Ka-shing właśnie – unika dziś pytań o tamte czasy. Gdy kilka miesięcy temu przez wyspę przetoczyły się masowe manifestacje prodemokratyczne, magnat długo zachowywał milczenie. W końcu jednak pouczył protestujących studentów. „Nie dajcie się ponieść emocjom. Nie pozwólcie, by dzisiejsze namiętności przekształciły się w żal, że do nich w ogóle doszło – ostrzegał w oficjalnym oświadczeniu. – Rozumiemy namiętności studentów, ale ich dążenia powinny być oparte na mądrości. Zanik rządów prawa byłby tragedią Hongkongu".

To zawoalowane „idźcie do domu" rozczarowało wielu młodych ludzi, którzy w sędziwym potentacie widzieli Supermana. Bo mimo jednego z najbardziej luksusowych odrzutowców w prywatnych rękach, równie komfortowego jachtu i luksusowej rezydencji Li potrafił ująć rodaków skromnością, uśmiechem i tanim zegarkiem Seiko, którym czasem błyskał spod mankietu koszuli. Jedyną ekstrawagancją, na którą sobie pozwalał, było zrywanie się o świcie na półtoragodzinną partyjkę golfa. – To 90 minut, które należą 
do mnie – kokietował biznesmen w wywiadach. Wizerunek „swojego człowieka" legł jednak w gruzach.

Gwoli sprawiedliwości – milionerzy z Hongkongu długo zwlekali z poparciem partii. Chińskie władze forsują reformę prawa wyborczego, według której wszyscy kandydaci na liderów politycznych wyspy musieliby mieć aprobatę Pekinu. Studenci, którzy dopiero w połowie grudnia ub.r. – po dziesięciu tygodniach manifestacji – zostali siłą usunięci z ulic, protestowali właśnie przeciwko tej zmianie. Lokalny świat biznesu zwlekał z zajęciem stanowiska aż do końca października, kiedy to w chińskiej prasie pojawiły się artykuły potępiające „obojętność" magnatów. – Siedząc tuż obok prezydenta Xi (Jinpinga), najbogatszy człowiek w Azji nie wyraził się jasno, czy zgadza się czy też nie z apelami protestujących – wytknęła Li oficjalna chińska agencja prasowa Xinhua. Magnaci zrozumieli to zawoalowane przesłanie: kilka dni później pojawiły się ich pierwsze oświadczenia nawołujące demonstrantów do opamiętania się.

Hongkońscy potentaci częściej wysyłają nieformalne sygnały. Li już w latach 80. profilaktycznie wyprowadził część swoich interesów na Bermudy – w obawie przed potencjalnymi zakusami Pekinu na majątki najbogatszych nowych obywateli Republiki Ludowej. Styczniowa decyzja o podzieleniu rodzinnego holdingu i przeprowadzce na Kajmany może być delikatnym prztyczkiem w nos partyjnych notabli: bez majątków najbogatszych gospodarka enklawy może się zawalić. Z ubiegłorocznych badań wynika, że 47 proc. chińskich bogaczy nosi się z planami wyprowadzki. Dodatkowe 20 proc. jeszcze nie wie, na co się zdecydować. Byłby to niezwykły chichot historii, gdyby się okazało, że owoce trwającego od trzech dekad szalonego wzrostu gospodarczego zostały na koniec tak po prostu wywiezione za granicę.