Śnieżny trójwymiar

Ma w sobie coś z romantycznej przygody. Przez kilka obłędnych minut ni to płyniesz, ni to lecisz w śniegowym puchu, ze świadomością, że możesz zginąć przysypany lawiną. A ponieważ chętnych na to szaleństwo nie brakuje, biznes Freeride kwitnie.

Ochota na freeride przychodzi z wiekiem, tym narciarskim, czyli doświadczeniem na stoku. Po kilkudziesięciu latach na trasach, nawet tych mocno zaawansowanych, chce się samemu „założyć ślad" gdzieś w kompletnej głuszy. Wylądować na szczycie góry w Kolumbii Brytyjskiej albo w najdzikszym zakątku Alp. Ze świadomością, że chwila nieuwagi może drogo kosztować.

W Polsce freeride popularny jest od niedawna. Trzy lata temu hermetyczne dotąd środowisko narciarzy i snowboardzistów ekstremalnych zaczęło zabierać na wyjazdy co zdolniejszych tradycjonalistów. Ale tylko tych doskonałych technicznie i odpowiedzialnych. Dziś nieśmiało powstają pierwsze firmy organizujące wypady do Szwajcarii, USA i Kanady, gdzie na niedostępne szczyty dowozi helikopter albo snowcat, czyli ratrak śniegowy przystosowany do przewozu ludzi.

Helikopter na szycie

– Kto raz spróbuje jazdy trójwymiarowej, nie będzie chciał wracać do tej tradycyjnej. Dla tych 5–10 minut, bo jak dobrze jeździsz, to trwa to tylko tyle, warto kilka godzin wspinać się po stromym zboczu – mówi Marek Podgórski, 33-letni audytor z Warszawy, który dla tego jednego zjazdu potrafi cztery godziny podchodzić na szczyt. W zeszłym roku szedł pieszo. W tym – wypróbuje splitboard. To deska snowboardowa, którą można podzielić na dwie narty, a na górze złożyć z powrotem. Zrobił ją sam, ze starego snowboardu, bo szkoda mu było wydawać 2,5 tys. zł na fabrycznie nowy sprzęt. Same wiązania i przyczepiane do plecaka kijki teleskopowe kosztowały połowę. A w końcu trzeba oszczędzać na marcową wyprawę do Gruzji, gdzie zamierza wypróbować heliriding, czyli lot helikopterem w niedostępne rejony gór i zakładanie śladu na dziewiczych stokach. Liczy się każda złotówka, bo taka przyjemność kosztuje od 350 euro od osoby za trzy kursy plus 100 euro za każdy dodatkowy. I choć Kaukaz miał być tańszy od Alp, okazało się, że opanowały go już firmy helikopterowe ze Szwajcarii.

Mariusz Aleksander, który od kilku lat organizuje heliriding w różnych miejscach na świecie, przekonuje, że to nawet lepiej. Sam nie zaufałby Gruzinom przewożącym ludzi starymi rosyjskimi migami. Nie wierzy też, że zdezelowane śmigłowce byłyby dużo tańsze. Światowy heliriding krzepnie i ceny w mekce freeriderów – na Alasce czy w Kolumbii Brytyjskiej – są zbliżone do tych w Europie Zachodniej. I to mimo że miejscówki różnią się jak niebo i ziemia, a wszystko za sprawą puchu. – Puch, po angielsku „powder", to najważniejsze słowo w języku każdego freeridera, ideał śniegu. Najlepszy jest tak lekki i suchy, że wypływa spod nart, przesypuje się przez ramiona i ucieka wzdłuż policzków, tworząc tzw. face shot – tłumaczy Mariusz Aleksander. Najwięcej „Powder Days", czyli „Dni Puchu", naliczył w Kanadzie. To z tamtejszych stoków najczęściej słychać niekontrolowane wybuchy radości, dzikie piski statecznych panów, którzy odkryli śnieżny trójwymiar. – Nie dziwię się im. To jak zamienić mozół na romantyczną przygodę. Żal mi ludzi, którzy katują się po ubitych trasach, bo nikt im nie powiedział o freeridzie – dodaje Aleksander.

Wyluzuj szczęki

Mariusz Aleksander z pasji zrobił nieźle prosperujący biznes. Zorganizowanie wyprawy to wydatek kilku tys. dol. (bez helikoptera), ale to inwestycja, która szybko się zwraca. Chętnych nie brakuje, choć do jego komercyjno--towarzyskich wycieczek dołączyć można tylko z polecenia sprawdzonego freeridera. Nie bez powodu. – Freeride nazywany jest sportem ekstremalnym dlatego, że można zginąć. To przygoda dla bardzo doświadczonych narciarzy, którzy niejedno na stoku już widzieli i chcą zobaczyć więcej. I dla ludzi o stabilnej sytuacji finansowej, bo nie ma co ukrywać, nie jest to najtańszy ze sportów – dodaje Aleksander, który zaraził swoją pasją już kilkadziesiąt osób. Głównie biznesmenów, którzy odchowali już dzieci, osiągnęli sukces i stabilizację finansową, a teraz chcieliby przeżyć coś niezwykłego. – Mężczyzna w Polsce żyje przeciętnie 70 lat i z czasem raczej nie robi się sprawniejszy, więc jeśli chcą jeszcze zakosztować przygody, to właśnie teraz – tłumaczy Mariusz Aleksander. Lubi patrzeć, jak zmieniają ich te wyjazdy, jak poważni prezesi piszczą na stoku jak dzieci, jak rozjaśnia im się twarz, kiedy pokonają niemożliwy odcinek. Nie dziwi go, że dwaj biznesmeni z Łomianek po wyjeździe do szwajcarskiego Laax rozdali sprzęt i kupili narty do freeride'u (szersze). Dziś już nie jeżdżą po twardym, a na wypadach wstają najwcześniej, by szybciej znaleźć się w górach. Reprezentują ulubiony typ Aleksandra – doświadczonych, ale pokornych. Takich, którzy na zaproszenie w dzikość odpowiadają: „Bardzo chciałbym, ale nie wiem, czy dam radę", a później wyrastają na rasowych freeriderów. Są przeciwieństwem narciarzy medialnych, latających po telewizjach z opowieściami o swoich rzekomych wyczynach, a w rzeczywistości popijających drinki w restauracji pod stokiem. – To małe i elitarne środowisko, które unika rozgłosu, również z szacunku do gór – przekonuje Mariusz Aleksander. Dla zbyt pewnych siebie ma w odwodzie jedno ekstremalne miejsce w granicach ośrodka. Robi im „non stoper" na stoku, gdzie nie można się wywrócić. Zjeżdżają zieleni ze strachu, na dole mówią: „No, faktycznie. Jeszcze wszystkiego nie umiem", i znowu da się z nimi rozmawiać.

Człowiek spełniony w biznesie ma wszystkie cechy sportowca ekstremalnego. Wie, że aby osiągnąć sukces, trzeba zacisnąć zęby i mozolnie przeć pod górę. Choć czasem trzeba im te zaciśnięte szczęki luzować. – Niektórym ambicja przysłania radość freeride'u. Biorę ich wtedy na bok i mówię: „Wyluzuj, to ma być zabawa" – opowiada Aleksander.

Snowcat, czyli najpopularniejszy ratrak śniegowy z dobudowaną kabiną, to alternatywa dla helikoptera, który nie wyleci przy zbyt silnym wietrze i ograniczonej widoczności. Tańszy niż śmigłowiec, dostępny jest w najlepszych ośrodkach freeride'u. Mają go w USA: Colorado, Utah, w Europie Zachodniej (Szwajcarii, Austrii, Francji i Włoszech) i Kanadzie. W Polsce o niego trudno, podobnie jak o helikopter, bo przecież nawet ze zwykłymi trasami u nas krucho. Freeride w polskich Tatrach czy Beskidzie Śląskim uprawiają nieliczni. Marek Podgórski zakłada ślad na Skrzycznem czy stokach tatrzańskich, ale tylko dlatego, że zna je jak własną kieszeń. Po górach chodzi cały rok, i tak od dziecka. – Trzeba umieć znaleźć dzikie trasy i wiedzieć, kiedy prawo zezwala na zjazd. Nasi strażnicy są naprawdę bezlitośni. Dościgną każdego, kto naruszy regulamin, i pewnie mają rację, bo gór mamy naprawdę mało – mówi.

Być jak Eskimos

Ale do freeride'u trzeba znać się nie tylko na przepisach, lecz także i na meteorologii. Umieć odróżnić śnieg świeży od wczorajszego, kilkugodzinny od kilkunastogodzinnego. Po pokrywie zorientować się w szansach na lawinę i wiedzieć, że jeśli zejdzie, to raczej przy stromiźnie powyżej 30 st. Czyli trzeba być trochę Eskimosem, który na określenie śniegu ma kilka nazw, inną dla nawiewanego, inną dla padającego, jeszcze inną dla zaspy śnieżnej.

Świadomość też przychodzi z wiekiem. Kiedy 15-letni Marek Podgórski i garstka pionierów odkrywali snowboard (pierwsze deski pojawiły się w Polsce w 1996 r.), nikt nie myślał o kasku. Zjeżdżało się na czuja, bez instruktora i bez pojęcia o technice. Dzisiejsze 30-latki same kombinowały, jak balansować ciałem, żeby szybko i bezpiecznie zjechać. Podgórski pamięta swoją pierwszą deskę, po którą pojechał z rodzinnych Kielc do fabryki Nobiles w Bielsku-Białej, bo w sklepach sportowych jeszcze o snowboardzie nie wiedzieli. I tę profesjonalną, na którą wsiadł pierwszy raz od kilku lat, bo na studiach trenował lekkoatletykę i trener pod groźbą wykluczenia z klubu zabronił mu ewolucji na stoku.

Markowi i jego kolegom jednak chciało się latać. Tak bardzo, że jeszcze na początku wieku lepili ze śniegu skocznie i lot z jednej z nich Marek zakończył kiedyś na drzewie, ze złamaną nogą. Z „dzieloną" deską snowboardową chciałby kiedyś pojechać na Alaskę, która na razie jest poza jego zasięgiem. Własna firma audytorska prosperuje nieźle, ale jeszcze nie na tyle, żeby porywać się na takie wyjazdy. Te w Europie kosztują kilka tysięcy, a jeśli dodać do tego wynajem helikoptera i sprzęt – nawet kilkanaście. Bo do freeride'u nie można się ubrać jak na stok w Courchevel. Tu wszystko musi być najwyższej jakości. I gogle – fotochromatyczne, z szerokim kątem widzenia, buty z porządnymi wiązaniami, odzież – na wierzchu przewiewna i nieprzemakalna, pod spodem podpinana – lekka i ciepła, techniczna bielizna, dwie pary rękawiczek na zmianę, no i kijki teleskopowe, które można potem przyczepić do plecaka. Plecak, najlepiej z antylawinowym systemem ABC (sondą z nadajnikiem i dodatkowymi poduszkami powietrznymi, które wystrzeliwują, dzięki czemu umożliwiają przysypanemu oddychanie) lub plecak z ABS, który rozpina balon nad przysypanym – to wydatek powyżej 1 tys. zł. Kolejne tysiące pochłaniają szkolenia antylawinowe, w które Marek inwestuje coraz częściej. – Ta przezorność przychodzi nie tylko z wiekiem, ale też z finansami – przyznaje.

Wie, że koszty się zwrócą. Lepszy sprzęt pozwala zaoszczędzić na naprawach, wymianie, czasem nawet ocalić życie. I nie chodzi o lawinę – jeśli czyta się komunikaty pogodowe służb górskich i dokładnie obserwuje pogodę, mała jest szansa na przysypanie. Myśli raczej o tych dodatkowych ułamkach sekund, które pozwalają ominąć wystający konar albo nie nadziać się na kawałek skały.

Koszty

Freeride narciarski:

Narty szerokie 
– od 1,5 tys. zł

Wiązania – od 500 zł

Buty – od 1,5 tys. zł

Gogle o szerokim kącie widzenia – 400–1,5 tys. zł

Rękawiczki – od 400 zł

Kask – od 300 zł

Freeride snowboardowy:

Buty z wiązaniami i deską – od 1,5 tys. zł

Deska – od 2 tys. zł

Buty – od 1,5 tys. zł

Plecak z mocowaniem na snowboard – od 300 zł

Plecak z antylawinowym ABS i stalową butlą z tlenem – od 2,8 tys. zł

Podróż
Bilety do Europy – od 500 zł w obie strony 
+ sprzęt

Transport
Helikopter – od 300 euro (trzy kursy) + od 100 euro 
za każdy 
dodatkowy kurs

Snowcat – od 300 euro za cały dzień

Najlepsze miejsca do freeride'u:

Stany Zjednoczone

Utah (Snowbird, Powdermountain, Alta), Wyoming (Jackson Hole)

Kanada

Kolumbia Brytyjska (Revelstoke Mountain, Fernie)

Francja

Chamonix

Szwajcaria

Verbier, Laax, Engelberg, Andermat, Disentis

Włochy
Madesimo