Śmieci zamiast szklanych domów

Nasze mieszkania, szkoły i biura mogą być tworzone z materiałów uzyskiwanych z recyklingu. 
W czasach gdy na śmieciach budowane są światowe fortuny, zapominamy o tym, ile bogactwa kryje w sobie 
worek pełen odpadów. Hugon Kowalski 
i Marcin Szczelina, jako jedyni z tej części Europy, zostali Zaproszeni na odbywającą się na weneckim Biennale 15. Międzynarodową Wystawę Architektury. Pokażą tam swoją nowatorską, ekologiczną instalację.

Znaleźliście się wśród najlepszych architektów świata. Wielu z zaproszonych na Biennale twórców ma na swoim koncie Nagrodę Pritzkera, 
podobnie jak tegoroczny kurator Alejandro 
Aravena. Czy zaproszenie od tego słynnego chilijskiego architekta było 
dla was zaskoczeniem?

Hugon Kowalski: Ogromnym. Dostałem e–mail z pytaniem, czy byłbym zainteresowany możliwością wzięcia udziału w Biennale. Na początku pomyślałem, że to żart. Zadzwoniłem do Marcina Szczeliny, który już wcześniej uczestniczył w weneckiej imprezie, żeby zapytać, czy to poważna propozycja.

Marcin Szczelina: Hugon przesłał mi wiadomość podpisaną AA. Gdy tylko ją zobaczyłem, odpowiedziałem: „Gratuluję, zostałeś zaproszony przez samego Aravenę".

Uczestniczył pan już w Biennale w 2008 r., jako asystent krytyka 
architektury Aarona Betskiego.

M.S.: Aaron zaproponował mi, żebym został jego asystentem na Biennale po tym, gdy uczestniczył w mojej pierwszej samodzielnej wystawie architektonicznej. Spodobał mu się mój sposób myślenia o architekturze. W tamtym czasie ta propozycja była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Zacząłem dużo podróżować po świecie i spotykać się z czołowymi architektami. To był szalony czas, np. Betski dzwonił do mnie, że za trzy dni mamy spotkanie w biurze Diller Scofidio + Renfro, projektantów High Line na Manhattanie. Choć w Polsce mój udział w weneckim Biennale pozostał wówczas praktycznie niezauważony, to sposób pracy i myślenia o architekturze ukształtował mnie jako kuratora. Tym razem, gdy Hugon dostał zaproszenie od Alejandro Araveny, jestem w stanie dobrze wykorzystać moje doświadczenie dotyczące działania weneckiej machiny.

Rok 2016 jest szczęśliwy dla tego chilijskiego architekta. Oprócz propozycji kierowania chyba najważniejszym wydarzeniem architektonicznym świata został laureatem Nagrody Pritzkera. Czy to oznaka aprobaty dla architektury 
społecznie zaangażowanej?

M.S.: Alejandro Aravena tym się wyróżnia spośród innych znanych architektów, że nie dba tak bardzo o swoje ego. Jego budynki nie muszą być największe, najpiękniejsze i najdroższe. Należy do tej grupy, dla której ważny jest człowiek i jego realne potrzeby, a nie stworzenie ikony – dzieła życia.

H.K.: Ten architekt daje ludziom szansę, by mogli sami dalej zagospodarowywać swoją przestrzeń, zgodnie ze swoimi możliwościami budżetowymi. W tym duchu, dzięki współpracy z chilijskim koncernem paliwowym COPEC, Aravena zrealizował projekt osiedla Quinta Monroy – niewielkich domów socjalnych, które mieszkańcy mogli dowolnie rozbudowywać. Sukces tej realizacji i jej naśladowców uświadamia, że architektura to coś więcej niż tylko ładna elewacja.

Dla was również społeczne aspekty architektury są priorytetem.

M.S.: Dlatego spodobały mu się projekty Hugona – „Porozmawiajmy o śmieciach" i „Wieże wodne w Sudanie". Poprosił, by to właśnie je pokazać w Wenecji.

Za pierwszy – projekt budynku dla mieszkańców slumsów w Bombaju – Hugon Kowalski otrzymał prestiżowe Archiprix International 
Hunter Douglas Awards. To nagroda przyznawana za najlepszy dyplom architektoniczny na świecie.

H.K.: Głównym przesłaniem projektu była poprawa komfortu życia ludzi mieszkających na wysypisku śmieci, ale bez zmiany ich codziennych przyzwyczajeń. Chodzi o to, by nie tworzyć czegoś oderwanego od potrzeb lokalnych społeczności. Niezwykle ważny jest sam research. Szukałem informacji dotyczących warunków mieszkalnych w azjatyckich slumsach. Np. w Pekinie w latach 90. w samym centrum metropolii istniał olbrzymi slums. Władze zdecydowały się na jego likwidację, a mieszkańców przesiedlono do typowych bloków mieszkalnych. Po 10 latach okazało się, że większość tych osób już tam nie mieszka. A te, które zostały, skarżyły się na znacznie uboższe życie towarzyskie. Musimy zrozumieć, że ludzie spoza Europy mają inne podejście do prywatności, przestrzeni, sposobu mieszkania. Architekci często narzucają swój sposób myślenia, zapominając, że projektują dla drugiego człowieka.

A projekt sudański?

H.K.: Przeczytałem artykuł opowiadający o tym, że geolodzy znaleźli podziemne jezioro w Sudanie Północnym, miejscu cierpiącym na chroniczny brak wody, który jest także jedną z przyczyn konfliktów etnicznych i religijnych. Zainspirowało mnie to do zaprojektowania trzech wież wodnych, w których miałyby się znaleźć magazyny z żywnością, szkoły, szpital.

Czy te idee mają szansę na realizację?

M.S.: Idea zaczęła żyć, zainteresowały się nią media. Niestety, zanim na dobre rozgorzała dyskusja wokół tego pomysłu, naukowcy jeszcze raz zbadali miejsce i okazało się, że podziemne jezioro w przeważającej części jest już wyschnięte...

Idee Hugona doskonale wpisują się w temat Biennale – „Reporting from the Front" . Pod tym hasłem pokazywane będą przedsięwzięcia odpowiadające na potrzeby człowieka. Takie tematy na najważniejszej imprezie architektonicznej świata – czym to pachnie?

M.S.: Na pewno obiecuje dyskusję o architekturze społecznie zaangażowanej. Od początku Biennale próbuje wydobyć architekturę z okowów murów, stropów, betonu i stali – pokazując, że jest czymś więcej niż tylko projektowaniem budynków. Dlatego postanowiliśmy... nie pokazywać żadnego projektu Hugona. Napisaliśmy do Alejandro Araveny, że chcielibyśmy stworzyć projekt, który będzie rozpatrywany w szerszym kontekście i nie będzie ograniczał się do konkretnego obiektu architektonicznego. Projekt, który skłoni do refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością. Jednym z ważniejszych problemów, jakie dziś zauważamy, jest nadprodukcja śmieci. Pracując nad wystawą, dostrzegliśmy olbrzymią przepaść w podejściu do tego problemu w różnych regionach świata.

H.K.: Dlatego postanowiliśmy skonfrontować zachodnie i azjatyckie podejście do przetwarzania odpadów, pokazać różnice. Otaczają nas rzeczy przetworzone, mieszkamy pośród nich. Istnieje mnóstwo firm budowlanych wykorzystujących materiały pochodzące z odzysku. Z odpadów powstają dachówki, cegły, materiały izolacyjne oraz wiele innych produktów. Inne jest również nasze podejście do osób zajmujących się odpadami. Na naszych osiedlach projektuje się zamknięte pomieszczenia na pojemniki na śmieci, bo denerwują nas szperający w nich ludzie. Takich osób nie postrzega się pozytywnie, nie doceniamy ich społecznej użyteczności – raczej mylimy ich z intruzami, nieproszonymi gośćmi.

M.S.: W Indiach rozmawialiśmy z urbanistą z Bombaju. Zauważył, że w Europie wrzucamy śmieci do czarnego worka, a potem ten worek już nas nie interesuje. W Azji wszystko, co się w nim znajduje, jest dobrem.

Jak będzie wyglądać wystawa?

M.S.: Wystawy ulokowane są w dwóch obiektach. Ważniejszy jest Arsenał – tam zazwyczaj prezentowane są główne projekty. Mamy szczęście, ponieważ do niego trafiliśmy. Zbudujemy czarną ścianę nawiązującą do tego symbolicznego worka na śmieci, a za nią ścieżkę obrazującą proces obróbki odpadów. Na początku postaramy się opowiedzieć, skąd się w ogóle biorą śmieci i jak sobie z nimi radziliśmy w historii. Sięgnęliśmy aż do starożytności, zwróciliśmy uwagę na różne ciekawostki, np. w średniowieczu śmieci pożerały świnie – zakazano tego dopiero w połowie 
XX w., gdy okazało się, że mięso świń karmionych odpadami może być niebezpieczne dla zdrowia. Wspominamy też o przełomowych momentach. Kto pamięta, kiedy powstała pierwsza plastikowa torebka na zakupy – ekologiczna zmora naszych czasów, fruwająca na wietrze w filmie „American Beauty"? Planujemy też interakcję ze zwiedzającymi: będą mogli wrzucać plastikowe butelki i obserwować, jak rośnie stos plastiku. Ciekawe, jak wielka góra powstanie na zakończenie Biennale.

Wielkie przedsięwzięcie.

M.S.: Chcemy wykorzystać daną nam szansę. Specjalnie przeprowadziłem się do Poznania, gdzie mieszka i prowadzi pracownię Hugon. Biennale to wielki biznes, w głównej wystawie biorą udział najwięksi architekci świata, dlatego też finansowe wsparcie ze strony organizatorów jest symboliczne. Zaproszeni autorzy mąją olbrzymie zaplecze finansowe i organizacyjne – pomoc swoich krajów, które traktują Biennale jako świetną okazję do promocji. Dlatego martwi nas fakt, że wsparcie od polskiego rządu i instytucji kulturalnych, np. Instytutu Adama Mickiewicza, którego misją jest wspieranie takich projektów, jest prawie zerowe. Nie bylibyśmy w stanie zrealizować tego projektu, gdyby nie pomoc Grażyny Kulczyk. Dzięki niej mogliśmy zacząć projekt, zrobić research i nagrać filmy do wystawy. Projekt realizujemy również przy wsparciu prywatnych firm, inwestorów i władz Poznania oraz Katowic. Pracujemy z grupą świetnych researcherów, teoretyków, filmowców, grafików.

Wystawa na Biennale nie jest 
waszym jedynym wspólnym 
działaniem?

M.S.: Ostatnio przygotowywaliśmy razem projekt rewitalizacji warszawskiego pawilonu Zodiak i nowego Muzeum Guggen-
heima w Helsinkach. Na ten ostatni konkurs wpłynęło prawie 2 tys. prac. Pamiętam, że pierwszy raz skontaktowaliśmy się kilka lat temu, gdy Hugon otrzymał międzynarodową nagrodę za dyplom. Napisałem wtedy o nim artykuł. Zaskoczyło mnie to, w jak świeży i nowatorski sposób myśli o architekturze. Od tej pory współpracujemy przy mniejszych i większych przedsięwzięciach.

H.K.: Granica pomiędzy architekturą 
a innymi dziedzinami jest dziś płynna. Dlatego często pracuję w interdyscyplinarnych zespołach. Marcina poznałem kilka lat temu i odpowiada mi jego sposób myślenia o architekturze. Zawsze mogę liczyć na jego krytyczne opinie, czasami okrutne, ale szczere.

Co jest najważniejsze w pracy 
architekta?

H.K.: Często architekci zapominają, że uprawiają zawód zaufania publicznego. Projektujemy w przestrzeni, dla ludzi, którzy w niej żyją. Ostatecznie to nie my, architekci, będziemy mieszkać w danym domu czy mieszkaniu, to nie my będziemy pracować w tym biurowcu, tylko nasz klient. Warto o tym pamiętać. Ważny jest także kontekst i wpisanie architektury w otaczającą ją przestrzeń – widok, który można tym, co zbudujemy, zniszczyć albo dopełnić.

Z waszej opowieści wynika, że projekty ideowe trudno zrealizować i jeszcze ciężej na nich zarobić.

H.K.: Prowadzenie firmy architektonicznej w Polsce nie jest łatwym przedsięwzięciem. Na przykład w Danii państwo, korzystając z mechanizmów konkursowych i innych narzędzi, stara się wspierać młodych archit