Slow fashion w kapturze

Zamiast seryjnych produkcji kilka dopieszczonych sztuk w miesiącu. Klientki ustawiają się po nie w długich wirtualnych kolejkach. Zamiast bowiem tracić energię na prowadzenie sklepu, polscy twórcy modowi sprzedają swoje ubrania dzięki serwisom społecznościowym. 
A przy okazji udowadniają, że bluza dresowa 
czy T–shirt 
ma w sobie moc.

Co roku na krajowym rynku debiutuje kilka polskich marek modowych. Przyciągają uwagę nazwą i szumem, który – w zależności od budżetu – robią wokół siebie w mediach tradycyjnych lub społecznościowych. Rok od debiutu po wielu nie ma już śladu. Te, które istnieją kolejne sezony, przywiązują klientów jakością, pomysłem i filozofią. Risk Made in Warsaw, po głośnym debiucie w 2012 r., ubiera Warszawę do dziś. By Insomnia, marka córka sieci outletów z ubraniami z Danii, z powodzeniem sprzedaje własne projekty. Sweet Revenge, które wystartowało w zeszłym roku z kolekcją nietypowych torebek, dziś sprzedaje na pniu także ubrania, a na pokazy Maćka Sieradzky'ego, który w programie „Project Runway" połączył street art z najlepszej jakości tkaninami, przychodzą trzy pokolenia Polek.

Inga Kowalewska, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS, przekonuje, że najlepsze firmy modowe sukces zawdzięczają właśnie umiejętnej autokreacji. – Ważna jest opowieść o marce. To, czym ona jest i w jaki sposób definiuje klienta, który ją nosi. A także stworzenie wokół niej społeczności – tłumaczy. – Nawet Harley miał kłopoty ze sprzedawaniem swoich motorów, dopóki nie wykreował społeczności, która wzajemnie się akceptuje i hołduje wartościom innym niż cała reszta.

Efekt vespy

Kiedy w 2011 r. na rynku debiutował Risk Made in Warsaw, dres nadal kojarzył się głównie z salą gimnastyczną lub – co gorsza – subkulturą z połowy lat 90. Antonina Samecka i Klara Kowtun, do niedawna zatrudnione w modowych mediach, w zaledwie kilka miesięcy dokonały cudu, bo szary dres awansował społecznie, i to o kilka klas. W „małej szarej" wypadało się pokazać na warszawskich salonach, ale świetnie nadawała się też do pracy czy na kawę ze znajomymi. – Postanowiłyśmy rozwiązać problem: jak wyglądać elegancko, a jednocześnie czuć się swobodnie, łącząc kobiece kroje z wygodą szarej bluzy z kapturem. Udało się stworzyć markę – synonim szykownego dresu i dużej mocy sprawczej, której klientki rozpoznają się i pozdrawiają na ulicy, jak w przypadku klientów Vespy – mówi Antonina Samecka, która w ciepłych miesiącach sama przemierza Warszawę na skuterze. Twórczynie Riska dobrze wiedziały, że efekt vespy trzeba podtrzymywać, a marka musi mieć osobowość. Ich, jak kultowe marki włoskie, miała kojarzyć się z kulturą i tożsamością. W 2014 r. marka córka Riska, Risk OY*, która miała wyrażać i celebrować narodowość żydowską, doczekała się okładkowego artykułu w anglojęzycznym wydaniu najstarszego izraelskiego dziennika „Haaretz", w „Jerusalem Post", „Times of Israel" i niemieckiego filmu dokumentalnego. Linia ubrań z menorą i hebrajskimi napisami była hitem, a Antonina Samecka o rebrandingu pojęcia „Żyd" opowiadała na konferencjach biznesowych w Europie i USA. Projektantki z Riska zaproszono też do współpracy przy wystawie „Ulice Złego", organizowanej przez Muzeum Literatury. Tak powstała kolekcja Projekt Tyrmand nawiązująca do lat 50. – czasów akcji powieści Leopolda Tyrmanda „Zły".

Antonina Samecka zauważa, że klientki traktują ubrania Riska nie tylko jako upiększacz, ale i amulet. Zwłaszcza że same uczestniczą w nadawaniu im nazw, tak wyszukanych jak „Dresoholiczka", „Hollyłódka" czy „Koszucielka". Te ubrania to coś osobistego także dlatego, że ich fasony faworyzują nie tylko osoby z talią osy i rozmiarem 32. Miękki dres dobrej jakości otula ciało, ukrywając fałdki i eksponując atuty.

Duński szyk w Sopocie

Projekty, w których dobrze wygląda się znacznie powyżej rozmiaru 40, produkuje też by Insomnia. Sukienkę Megan czy spodnie Nora Pants z charakterystycznym wiązanym pasem klientki wkładają do biura i na jogę, lubią je kobiety w ciąży i fanki crossfitu z sześciopakiem na brzuchu. – W naszej kolekcji propozycje dla siebie znajdą panie o każdej sylwetce. Jeśli ktoś nie chce pokazać kolan, może odsłonić ramię, np. w bluzce Foxy, szerokim półgolfie, który można zsunąć z ramion – tłumaczy Natalia Pstrokońska, która wraz z Marleną Niestryjewską od pięciu lat tworzy duet projektancki by Insomnia. To był ich sposób na ocalenie firmy – działającej od 2004 r. 
sieci sklepów outletowych z duńskimi ubraniami, której również nie ominął kryzys gospodarczy. – Startując z własną marką, od podszewki znałyśmy potrzeby kobiet i miałyśmy grupę wiernych klientek, które co sezon wracały po skandynawski minimalizm – opowiada Natalia Pstrokońska. Na pierwszą kolekcję, która pojawiła się w sześciu wówczas sklepach by Insomnia, we wrześniu 2011 r. składały się dwie bluzy dresowe, dwa modele spodni, jedna spódnica, dwa T–shirty i trzy sukienki w szarościach, czerniach, beżach i fioletach. Marlena i Natalia, które projektowały je na dywanie w salonie, chciały sprawdzić, czy ich gust jest zbieżny z zapotrzebowaniem klientek. Był. Testowa kolekcja sprzedała się na pniu.

Dziś w 18 już sklepach w całej Polsce i sklepie internetowym by Insomnia oferuje wyłącznie ubrania własnej marki, które szybko wyparły te duńskie. Okazało się, że Polki doskonale wpasowały się nie tylko w krajowe gusta, ale też Skandynawek, Niemek, Angielek i Amerykanek, które chętnie odwiedzają butiki w Sopocie. – Mamy ich aż trzy i jesteśmy chyba najgęściej występującą polską firmą w naszym rodzinnym mieście – śmieje się Natalia Pstrokońska. Ale wybór tej lokalizacji podyktowały względy inne niż rodzinne. Ubrania by Insomnia świetnie wpisują się w modę poplażową – miękkie, lekkie, niezobowiązujące, pasują do wakacji nad morzem i dyskretnej elegancji najelegantszego polskiego kurortu. – Pewnie dlatego co roku po wakacjach notujemy w sklepie internetowym wzrost zamówień z USA, Anglii i Skandynawii – mówi Natalia Pstrokońska.

Elegancja w streetwearze

Trendy lubi również łowić Zuzanna Czajka, autorka bloga Czajka z Gdańska. – Moda staje się dziwaczna – łączy styl elegancki ze streetwearowym i cały czas szuka czegoś nowego – tłumaczy. Idealnym przykładem takich poszukiwań są jej zdaniem projekty Maćka Sieradzky'ego, który proponuje ulicy ubrania z nietypowych materiałów – naturalnych skór czy ciężkich tkanin technicznych, np. długą rozcinaną spódnicę z czarnej siatki, również w wersji rozkloszowanej, sukienkę Maxi Fringe, która u mankietów i w połowie uda przechodzi w długie do ziemi frędzle, czy T–shirty ze złotymi i srebrnymi kieszeniami, z elementami siatki i przedłużonym tyłem. – Albo długa czerwona sukienka z wycięciem i golfem – elegancki streetwear – zachwyca się Zuzanna Czajka. Tak jak reszta Polski Sieradzky'ego poznała dzięki programowi „Project Runway", w którym wystąpił w 2015 r. Autorska kolekcja na sezon jesień/zima 2015/2016 – „Sinful Meadow" („Grzeszna Łąka"), w której pokazał sukienki z siatki – metalowej lub skórzanej – oraz płaszcze ze skórzanymi paskami i metalowymi elementami, zagwarantowała mu pozycję faworyta pierwszej edycji programu. Do „Project Runway" trafił jako finalista konkursu „Złota Nitka" z 2013 r., 
w którym zaprezentował kolekcję „Wo–Meny". Ręcznie plecione ubrania zwróciły uwagę Anji Rubik i projektanta Anthony'ego Vacarella. Do rywalizacji zgłaszał się jako projektant z pop–up store w centrum Warszawy. – Zachwycił osobowością. W przeciwieństwie do większości projektantów był skromny, nieśmiały, a projekty szył z tkanin wykonanych ręcznie. W programie szedł za swoim powołaniem, był autentyczny. To się musiało spodobać – mówi Zuzanna Czajka. I dodaje, że Sieradzky trafił przede wszystkim w gusta młodych. – Idzie w styl młodzieżowy, ale bardziej elegancki. To coś innego – mówi.

Dziś Maciek Sieradzky swoje ubrania – z linii DZKY by maciek sieradzki i linii premium MACIEK SIERADZKY sprzedaje we flagowym butiku na placu Małachowskiego i w sklepie w łódzkiej Manufakturze.

Niegrzeczna jakość

Butik jest koniecznością w przypadku projektanta, który tworzy wielkie krawiectwo. Mniejsze marki coraz częściej obywają się jednak bez sklepów w realu. My Sweet Revenge, dotychczas znana z oversize'owych torebek z włoskiego filcu oraz spódnic, z powodzeniem sprzedaje projekty przez internet, głównie przez Facebooka. Jej właścicielka Urszula Woźniakowska nie martwi się, że nie zdąży z produkcją, bo klientów uprzedza, że na rzeczy sygnowane przez My Sweet Revenge się czeka. – Nie chodzi o hurtowe wypluwanie 15 sukienek tygodniowo, ale o slow fashion. To produkty wyrabiane ręcznie z niesamowitą dbałością o szczegół przez wyselekcjonowany zespół trzech osób – kaletników z Łodzi, którzy szyją torby i spódnice z filcu, oraz krawcową i konstruktorkę odzieży, która przygotowuje nową kolekcję ubrań – mówi Urszula Woźniakowska, właścicielka i pomysłodawczyni My Sweet Revenge. Kobiety wielu zawodów – filologa angielskiego i filmoznawczyni, która na co dzień uczy angielskiego, zajmuje się tłumaczeniami i podnajmowaniem mieszkań – nigdy nie ciągnęło do pracy na etacie. Własna firma odzieżowa wydawała się połączeniem marzeń o projektowaniu i biznesu, który daje wolność i możliwość kreatywnego rozwoju. Tworzyła głównie w głowie, dopóki nie odkryła włoskiego filcu, dotychczas wykorzystywanego w instalacjach artystycznych. – Urzekła mnie jego jakość. Pomyślałam, że warto szyć z niego torby. Chciałam też odkurzyć filc, znany u nas pod postacią tego szarego, technicznego, używanego w projektach folkowych i zdobiony kolorowymi aplikacjami – tłumaczy. Na jej torby – duże, w intensywnych kolorach jasnej zieleni, żółci czy fuksji, Polki zareagowały z entuzjazmem. Zachwyciły je też filcowe spódnice – w intensywnych barwach, rozkloszowane, zwracające uwagę. Urszula Woźniakowska tworzyła je z myślą o kobietach takich jak ona sama. – To nie są projekty dla grzecznych dziewczynek, ale dla kobiet z wyrazistym stylem, które chcą się wyróżniać – tłumaczy. Taka będzie też najnowsza kolekcja My Sweet Revenge, o bardzo niegrzecznej nazwie Sex Injuries (czyli „obrażenia podczas seksu"). Bazuje na materiałach lekkich i zwiewnych – przezroczystościach, surowym jedwabiu, mocnych kolorach, m.in. kobalcie i zieleni. A także na połączeniach ekstremalnych, choćby ołówkowej spódnicy z odsłaniającym brzuch krótkim golfem. Pojawią się też skórzane obroże. Będzie je można kupić w komplecie, ale też jako osobny dodatek.

Elementy kolekcji, które Urszula Woźniakowska – jednocześnie modelka – prezentuje na facebookowej stronie marki, już dziś zbierają zachwyty klientek. – Są seksowne, ale nadają się nie tylko dla chudych śledzi. Podniesiony stan nie kończy się tam, gdzie kobieta ma trochę tłuszczyku, a rozmiary mamy do L. To kolekcja, która bazuje na odsłanianiu i zakrywaniu – tłumaczy projektantka.

I tym razem postawiła na jakość. Sądząc po zainteresowaniu klientek – miała rację.

Inga Kowalewska z SWPS nie ma cienia wątpliwości: firmy modowe doskonale wiedzą, co robią, udzielając się w mediach społecznościowych. – Zaproszenie klientek do oceny nowych projektów i konkursy na nazwy dają wrażen