Slow-biznes. Uciekinierzy z korpoświata

Mieli dość sztywnych garniturów i ciasno wiązanych krawatów. uciekli z korporacji i połączyli pasje z zarabianiem pieniędzy. Dziś mówią o sobie, że pracują w slow-biznesie. Manufaktura czekolady, autorska restauracja, studio projektujące buty i sad pomarańczowy, który wysyła owoce prosto do domu. Oto pomysły Polaków na kontrę do świata fast foodu.

Krzysztof Stypułkowski i Tomasz Sienkiewicz, twórcy Manufaktury Czekolady

W biznesie, jak w życiu, wszystko zaczyna się od marzeń. A my już od lat marzyliśmy o tym, by w końcu przestać pracować dla kogoś, by spróbować własnych sił… Tak, by po latach bez wstydu spojrzeć na to, co się osiągnęło – rozpoczyna historię swej Manufaktury Czekolady Krzysztof Stypułkowski.

Razem z Tomaszem Sienkiewiczem mówią o sobie „uciekinierzy z korpoświata”. Mieli dość sztywnych garniturów, ciasno wiązanych krawatów i zawrotnego tempa. Nie opuszczało ich wrażenie, że pogrążają się w szaleństwie, ale postanowili zrobić coś jeszcze bardziej szalonego: otworzyli fakturę ręcznie robionej czekolady ze specjalnie sprowadzanych ziaren kakao. Bez taśmociągów, ulepszaczy. Każda tabliczka jest wyjątkowa. Nikt nikogo nie pogania, nie ma walki o wyniki sprzedaży, bo wielkie koncerny nie są dla nich żadną konkurencją. „Naszą misją jest przywrócenie czekoladzie właściwego miejsca wśród słodyczy” – napisali na swojej stronie.

Slow-biznes to nie pochwała lenistwa, to zwracanie uwagi nie tylko na samą produkcję, ale też na relacje z klientami i jakość usług. I – co równie ważne – samopoczucie własne i swoich pracowników. Podobnie jak w przypadku slowfoodu, slow-biznes nie oznacza, że pracuje się wolno lub mało. To nowe, a raczej na nowo odkryte podejście do prowadzenia biznesu jest raczej reakcją na globalizację, silne nastawienie na zysk, często kosztem jakości i ludzi.

Na początku potrzebny jest oczywiście pomysł. Bohaterowie czekoladowej historii zauważyli, że wiele spośród najlepszych na świecie marek trzyma się od Polski z daleka, a żadna ze znanych im firm nie produkuje czekolady bezpośrednio z ziaren kakaowca. – Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że z czekoladą jest jak z sokiem. Można ją zrobić szybko, tak jak robi się sok z koncentratu. Ale można też wycisnąć ją bezpośrednio z ziaren kakao. I tu właśnie jest miejsce dla naszej Manufaktury – przekonuje Krzysztof.

Buty tuż za diamentami

Paulina Ada Kalińska i Joanna Trepka, pomysłodawczynie Loft37.pl

Inną niszę znalazły Paulina Ada Kalińska i Joanna Trepka, założycielki strony z butami Loft37.pl. – Nasza firma powstała z potrzeby zrobienia czegoś nowego – tłumaczy Paulina. – Połączyłyśmy moją wiedzę o designie i projektowaniu z tym, co Joanna wie o branży obuwniczej i jej technicznych aspektach. Stworzyłyśmy markę, która jest naszą pasją.

Paulina od lat projektuje wnętrza, pisze o designie, przygotowuje scenografie i stylizacje dla magazynów. Joanna z wykształcenia jest prawniczką. Dłuższy czas pracowała jako redaktorka w branżowych pismach. – Teraz do naszych zajęć doszło budowanie marki Loft37. I to daje nam olbrzymią satysfakcję – mówi Kalińska.

Ręcznie szyte, kolorowe buty z monogramami, tworzone w studiu Pauliny i Joanny, trudno pomylić z innymi. Projektantki śledzą trendy, zachowując jednocześnie swój autorski sznyt. Pantofle w różnych kształtach można też personalizować, zmieniać dodatki, ozdobić monogramem. – Buty to najlepszy przyjaciel kobiety. Oczywiście zaraz po diamentach – dodaje ze śmiechem Paulina.

Z miłości do pomarańczy

Sycylia. Tu dojrzewają pomarańcze nietknięte chemią. Każdy owoc zbierany jest ręcznie przez ludzi, którzy wiedzę przekazują sobie z pokolenia na pokolenie.

Adreę Valenzianiego w idei slow-biznesu pociągnęło przekonanie, że biznesmen powinien rozsądnie zarządzać zasobami naturalnymi, bo powinien myśleć o tym, w jakim stanie przekaże swój biznes kolejnym pokoleniom. Valenziani od kilku lat wraz z rodzicami i siostrą Franceską prowadzi pomarańczowy sad na Sycylii. Rok temu do rodziny dołączyła Polka – Justyna Podlaska, dziewczyna Andrei. To ona wpadła na pomysł, by organiczne cytrusy wysyłać do Polski.

Ziemie, na których rosną drzewka rodzące kilka odmian pomarańczy, cytryn i grejpfrutów, należą do rodziny Andrei od kilkudziesięciu lat. – Wróciłem na Sycylię i zająłem się rodzinnym biznesem. W ten sposób chciałem ocalić miejsce, w którym dorastałem. Chciałem również przełamać stereotypowe myślenie o pasywnym południu Włoch, gdzie nic dobrego nie ma prawa się wydarzyć – dodaje właściciel sadu.

W latach 90. minionego wieku ojciec rodziny, Claudio, zdecydował się zmienić sposób uprawy na ekologiczny. Czyli dokładnie na przekór temu, co robiła w tym czasie większość rolników, traktujących swoje plony sztucznymi nawozami.

Chemia atakowała nie tylko szkodniki, ale także mikrożycie sadów. Od lat w sadzie Claudio i Andrei, by pozbyć się insektów niszczących skórki owoców, rozkłada się butelki z kawałkami surowego, rybiego mięsa. Gdy owad raz wejdzie do butelki, nie potrafi już z niej wyjść. – Jak się z czasem okazało, był to bardzo mądry wybór – mówi Justyna. – Oprócz ekonomicznych przyczyn jest jeszcze jedna, zdecydowanie ważniejsza: uważam, że w życiu powinniśmy szukać równowagi między środowiskiem, w którym żyjemy, a ludźmi, którymi się otaczamy. Nasz wybór jest odbiciem tych wartości.

Justyna Podlaska i Andrea Valenziani, właściciele sadu

Andrea i Justyna, opowiadając o swoim biznesie, chętnie mówią o pracownikach sadu. – Dla tego rodzaju upraw, gdzie każdy owoc przechodzi przez ręce pracowników, potrzebujemy specjalistów. Ludzi, którzy mają doświadczenie i wiedzę przekazaną im przez dziadków oraz ojców – mówi Justyna. – Są zakotwiczeni w tutejszej kulturze i mocno związani z regionem. Niestety, nie we wszystkich sadach stosuje się takie praktyki. Czasem powodem jest brak możliwości zapewnienia pracy poza sezonem lub konieczność utrzymania niskich cen, wymuszanych przez supermarkety. Na szczęście u nas każde drzewo pielęgnowane jest przez cały rok. Nie korzystamy z maszyn do przycinania gałęzi, bo maszyna nie myśli, co ścina.

Do utraty tchu

Aleksander Baron, współzałożyciel i szef restauracji Solec 44

Twórcy slow-biznesu bez wątpienia są pasjonatami. – To idealny sposób na życie. Potrzebna jest jednak do tego szczypta realizmu – przekonuje Agnieszka Marchocka, właścicielka sklepu Secret Life z designerskimi przedmiotami i dekoracjami wnętrz w stylu shabby chic. – W pracę trzeba zaangażować się na 120 proc. i nie oczekiwać, że od początku będzie z górki.

Aleksander Baron, współzałożyciel i szef kuchni w warszawskiej restauracji Solec 44, dodaje: – Gdyby nie pasja, w ogóle nie wszedłbym do kuchni. Bo tu pracuje się do utraty tchu, po kilkanaście godzin dziennie, czasem dłużej. W jego życiu nie było mowy o przypadku. – Kształciłem się, żeby zostać artystą, ale ponieważ nie lubię tego słowa, przestałem. Zajmowałem się różnymi rzeczami, w pewnym momencie zdecydowałem, że chcę gotować. Kreować jedzenie, czyli fizycznie urabiać się po pachy i patrzeć na zadowolone twarze żywych ludzi.

Solec 44. Poza jedzeniem na gości czekają tu jeszcze książki i gry planszowe

Solec 44 serwuje autorską kuchnię, bazując na lokalnych produktach. Oprócz jedzenia na gości czeka regał suto zastawiony grami planszowymi. Jak mówi Aleksander, Solec to wizja nie tylko właścicieli: – Robiąc miejsce wyłącznie dla siebie, można popełnić duży błąd. I on, i inni właściciele slow-biznesów podkreślają, że jeśli coś łączy ich firmy z korporacjami, to na pewno jest to brak przyzwolenia na lenistwo. – Choć może z boku wygląda to bardzo „slow”, prowadzenie biznesu wymaga od nas sprężania się, czy to świątek, czy piątek – przyznaje Agnieszka Marchocka. Wtóruje jej Krzysztof z Manufaktury Czekolady: – Sami ustalamy sobie normy. Naiwnym byłoby sądzić, że pracując dla kogoś, warto biec, a pracując dla siebie, można iść spacerkiem. Biznes to biznes. W przypadku własnej firmy znaczy to tyle, że trzeba częściej zostawać w pracy po godzinach.

– Wierzę, że są momenty w życiu, kiedy trzeba przycisnąć z całych sił, trzeba się poświęcić. W ostatnich latach zdarzało mi się to kilka razy, ale dzięki temu wiem, ile mam w sobie sił – opowiada Aleksander Baron. I zaraz dodaje: – Dziś jest łatwiej, bo równoważę pracę czymś ważniejszym: pasją i miłością.

Zdjęcia Jerzy Dudek i Dariusz Golik