Skandal, który nie zabił teatru

Przekleństwem polskiego teatru jest niestety to, że przyciąga uwagę tylko wtedy, gdy trwa dyskusja o nagim Hamlecie Jacka Poniedziałka, pupie Joanny Szczepkowskiej pokazanej Krystianowi Lupie czy demonstracji amatorów, którzy nie odróżniają roli Doroty Segdy w „Do Damaszku" od filmowej postaci świętej Faustyny.

To jest dopiero skandal, bo mediów i społeczeństwa nie interesuje teatralna codzienność na wysokim poziomie.

Skandal związany z udziałem czeskich aktorów nabrał zaskakującego rozmachu, bo jeszcze nigdy w związku z teatralnymi kontrowersjami nie postawiono w Sejmie wniosku o odwołanie wicepremiera.

Wypada jedynie żałować, że w jego cieniu znalazł się spektakl wybitny, najlepszy w dorobku Eweliny Marciniak. Poniekąd reżyserka jest za to odpowiedzialna, ale może znosi konsekwencje swego czynu bez cienia smutku, bo gdyby nie medialny happening, bilety nie sprzedawałyby się tak dobrze jak teraz.

Marciniak od dawna była w drodze na teatralny szczyt, który zdobyła, brawurowo reżyserując „Śmierć i dziewczynę". Uwagę widzów zwróciła wcześniej „Morfiną", czyli katowicką adaptacją powieści Szczepana Twardocha, nagrodzoną Nike. Spektakl był lepszy od książki, bo Marciniak, prezentując wojenne losy polsko–niemieckiego antybohatera, wyzwoliła książkę ze stereotypów. Nadała też opowieści błyskotliwą formę teatralnego dancingu z udziałem niezwykle dziś popularnej grupy Basia Kontra Chłopcy. W tym roku Marciniak wyreżyserowała w gdańskim Wybrzeżu imponującą plastycznie i narracyjnie adaptację powieści „Portret damy". „Śmierć i dziewczyna" jest przeniesieniem najsłynniejszej powieści austriackiej noblistki Elfriede Jelinek, znanej również z ekranizacji Michaela Hanakego. Ten wątek został połączony z fragmentami osnutymi wokół bajkowych mitów o Królewnie Śnieżce i Śpiącej Królewnie. W nich zaś zaklęte są archetypy związane z piekłem kobiet.

Główną bohaterką jest nauczycielka pianistyki (znakomita Małgorzata Gorol) udręczona przez zaborczą i toksyczną Macochę (świetna Ewa Skibińska). Ojciec oszalał i wegetuje w psychiatryku, przedstawiając się córce jako Krasnoludek. Groteskowo–bajkowa aura spektaklu, gdzie wiele jest miejsca na ironię i sarkazm dotyczący relacji rodzinnych oraz stosunków nauczyciel–uczeń w świecie muzyki klasycznej, skrywa przerażającą tajemnicę. Jest tym bardziej zaskakująca, że Ewelina Marciniak prowadzi narrację zmysłowo, wręcz eterycznie. Takie wrażenie współtworzy monumentalna i lekka jednocześnie scenografia Katarzyny Borkowskiej, na którą składają się czarne abstrakcje zawieszone na gigantycznych ścianach. Czerń zaznaczona w biało–szarej przestrzeni zaczyna dominować również dzięki sylwetkom trzech fortepianów, na których nauczyciele muzyki i ich uczniowie grają Schuberta, Mozarta i Bacha. W końcu, w niezwykle wizyjnej scenie, w wyobraźni głównej bohaterki pojawiają się dwie postaci niemal kosmicznych kochanków odzianych w czarne lateksowe kombinezony. A to tylko grzeczna uwertura do coraz mroczniejszych i coraz bardziej perwersyjnych fantazji erotycznych snutych przez postać Małgorzaty Gorol.

W tle jest cierpienie i chorobliwy sadomasochizm wywołany przez brak matki, szaleństwo ojca i brutalność macochy. To, co w bajce jest dramatem, u Jelinek przeobleka się w tragedię, wynaturzenie, niezdolność do miłości i uzależnienie od bólu. Właśnie w tej sekwencji pojawiają się na scenie czescy aktorzy pornograficzni.

I do końca już tajemnicą reżyserki pozostanie, czy zatrudniając ich, zamierzała pokazać prawdziwy akt seksualny, czy od początku myślała, by go tylko zamarkować. Bez względu na to, jak miało być – spektakl należy do najważniejszych wydarzeń teatralnych roku. Warto go zobaczyć bez obaw, że skalamy oko pornografią.

„Śmierć i dziewczyna", reż. Elfriede Jelinek, 
5, 28, 31 stycznia, www.teatrpolski.wroc.pl