Sceny z życia mrówek

W porównaniu z polską kinematografia węgierska wygląda niczym osobówka z kratką obok tira. O niebo skromniejsza, mocno niedofinansowana, pozbawiona silnych instytucji wspierających. Węgrzy jednak mają coś. A raczej kogoś. Pálfiego.

György Pálfi, postać w naszym kraju znana głównie wśród miłośników ambitnego kina, to jeden z najciekawszych reżyserów działających obecnie w Europie. Debiutował świetnie przyjętą „Czkawką", pozornie sennym, lakonicznym „reportażem" o pewnej węgierskiej wsi, która po bliższym przyjrzeniu się okazuje się miejscem niczym z krwistego kryminału, w którym trup ściele się gęsto. Potem była perwersyjna „Taxidermia", historia ojczyzny reżysera ukazana przez pryzmat trzech pokoleń Węgrów zmagających się z nietypowymi dziwactwami (kompulsywne wypychanie zwierząt, monstrualne obżarstwo). Kolejne dzieło, „Panie, panowie – ostatnie cięcie" z 2012 r., to właściwie kino eksperymentalne. Pálfi sięgnął po kilkaset już istniejących dzieł (w tym takich jak „Casablanca" czy „Pulp Fiction") i zmontował z nich błyskotliwy kolaż opowiadający powielaną od zarania kina historię miłosną: mężczyzna spotyka kobietę, zakochują się w sobie i biorą ślub. O ile jednak typowa love story zazwyczaj kończy się w tym momencie, o tyle Pálfiego interesuje głównie to, co się dzieje później.

Najnowszy film Węgra, „Swobodne opadanie" z 2014 r. (trzy nagrody na festiwalu filmowym w Karlowych Warach, w tym dla najlepszego reżysera), to coś w rodzaju inspekcji cudacznego bloku mieszkalnego, który zwiedzamy wraz ze wspinającą się po schodach niedoszłą samobójczynią (kapitalne nawiązanie do „Lokatora" Romana Polańskiego). Po drodze poznajemy rodzinę, która zasiada do obiadu z monstrualnym żubrem, trafiamy na party, gdzie niektóre osoby chadzają nagie, czy wreszcie – w bodaj najśmieszniejszym w całym filmie epizodzie – przyglądamy się parze maniaków czystości, którzy wszystko owijają folią. Łącznie ze sobą. Kolejne mieszkania to następne tragikomiczne opowieści, które pod przykrywką absurdu, metafory i zgryźliwych aluzji kryją w sobie mnóstwo gorzkich i niewygodnych prawd na tematy międzyludzkie.

Słowem – co film, a nawet co scena w filmie, to radykalna zmiana konwencji, klimatu, sposobu narracji. Wszystkiego. Ale, jak każdy twórca obdarzony niepowtarzalnym charakterem pisma, tak i Pálfi ma swoje znaki rozpoznawcze. Po pierwsze – jadowite poczucie humoru. Reżyser nie oszczędza nikogo ani niczego, chwilami można odnieść wrażenie, że swoich bohaterów traktuje ze złośliwością, a nawet okrucieństwem. Po drugie – bohater zbiorowy. Pálfi nie lubi podążać za jedną wybraną postacią. Swoje zainteresowanie łatwo przerzuca z osoby na osobę, co sprawia, że jego filmy przypominają mozaikowe sceny z życia mrówek czy innych stadnych żyjątek, którym przygląda się z naukową ciekawością, nie mogąc wyjść ze zdumienia nad absurdalnością ich zachowań. I po trzecie – inteligencja. Pálfi to bystrzak w najlepszym tego słowa znaczeniu. W swoich filmach swobodnie buduje drugie albo i trzecie dno, równocześnie oddając widzowi przestrzeń do własnych interpretacji. Niczego nie narzuca, nie wywiera presji emocjonalnej, nie podsuwa łatwych wskazówek i sugestii. I ciągle się rozwija. Bez dwóch zdań, najlepsze dopiero przed nim.

„Swobodne opadanie", 
reż. György Pálfi, premiera 8 stycznia