Rzeczywistość skrzeczy

Gdyby wiedzę o Polsce czerpać z filmów, zwłaszcza komedii romantycznych, można by odnieść graniczące z pewnością wrażenie, że po pierwsze, Polacy nie potrafią mówić.

Ich dialogi składają się z przedziwnych konstrukcji bardziej przypominających slogany reklamowe niż żywą, potoczystą mowę. A to, co mają do powiedzenia, jest równie bezmyślne co nieprawdziwe. Po drugie: Polacy żyją w domach bądź mieszkaniach, które – niczym samopiorące się kołdry wciskane nam przez telemarketerów – nie podlegają zepsuciu, zużyciu czy zabrudzeniu. W idealnie lśniących przestrzeniach nie ma porzuconych gazet, wydłubanych z kieszeni drobnych ani kubków po kawie. Na blatach kuchennych, nawet jeśli w rodzinie są niemowlęta, bez ryzyka można przeprowadzać operacje neurochirurgiczne („Chrzest", „Huśtawka"). Po trzecie: nauczycielkę muzyki w podstawówce stać na utrzymanie luksusowego mieszkania („Planeta singli"), sprzątaczkę na zabytkową willę („#WSZYSTKOGRA"), praca w korporacji polega na chodzeniu w te i nazad po gabinecie mieszczącym się na szczycie wieżowca, z każdego miejsca w Warszawie widać most Świętokrzyski itp, itd.

To – tyleż idealne, co psychodeliczne – symulakrum ma jednak to do siebie, że po nastu latach nieustannego eksploatowania na małych i dużych ekranach stało się zwyczajnie nudne. Wytchnieniem dla spragnionego prawdy oka stają się więc filmy „historyczne", zwłaszcza te osadzone w PRL–u, co zresztą specjalnie nie dziwi – wzornictwo z tamtego okresu nie tylko nieustannie trzyma fason, ale też budzi silne, ocierające się o nostalgię emocje. Brakuje – i to boleśnie – obrazu ukazującego nasze tu i teraz, opowiadającego zarówno o współczesnych polskich 30–, 40–latkach, jak i o realiach, w jakich przyszło im żyć. Włączając w to wspomniane kubki po kawie czy wręcz gacie i skarpetki. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Dlatego z radością, by nie powiedzieć entuzjazmem, należy przywitać pełnometrażowy debiut Łukasza Grzegorzka „Kamper", w którym powłoczka „udanego życia" jest tylko punktem wyjścia do tego, co skrzeczy tuż pod nią. Przede wszystkim zaś skrzeczy niedojrzałość i brak komunikacji. Kamper (świetny Piotr Żurawski) i Mania (Marta Nieradkiewicz) są małżeństwem z kilkuletnim stażem. Pobrali się z wielkiej miłości, ale to, co kiedyś wystarczyło, by całkowicie wypełnić ich życie, obecnie staje się pustym rytuałem. Mania chciałaby już dorosnąć, ale nie znajduje w tym pragnieniu partnera dla siebie. Nie przypadkiem Kamper z zawodu jest testerem gier komputerowych, wieczna zabawa jest formą i treścią jego życia, co przekłada się zresztą na język, jakim się posługuje. Chłopak żartuje, kpi, kluczy. Rozmawiać poważnie najwyraźniej nie potrafi. A – jak to kiedyś arcytrafnie ujął Ludwig Wittgenstein – „granice mojego języka są granicami mojego świata".

Światy Mani i Kampera zaczynają się zatem rozjeżdżać i proces ten ukazywany jest tyleż lakonicznie, co przejmująco. Wszystko to rozgrywa się zaś w autentycznych mieszkaniach, autentycznych klubach, z autentycznymi kapciami, garnkami i dialogami w tle (warto zwłaszcza zwrócić uwagę na to, w jak trafny i jadowity zarazem sposób twórcy rozwiązali kwestię posiadania dużego apartamentu przez parę 30–latków).

Oczywiście „Kamper" nie jest filmem bez wad. Czuć boleśnie niski budżet, szkoda, że rola świetnej Marty Nieradkiewicz nie została odpowiednio pogłębiona, nie zmienia to jednak faktu, że na mapie tzw. polskiego kina obyczajowego mamy do czynienia z autentycznym podmuchem świeżego powietrza. Zakwalifikowanie filmu do konkursu East of the West i jego światowa premiera w ramach 51. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach nie jest tu żadnym zaskoczeniem.

„Kamper", reż. Łukasz Grzegorzek, od 15 lipca