Rozważny i romantyczna. On – twardo stąpający po ziemi. Ona – żywiołowa kobieta

Razem rzucili wyzwanie światu designu. Żaden projekt nie jest dla nich 
zbyt trudny, zbyt odważny czy szalony. Pewnie dlatego prace Katarzyny i Wojciecha Sokołowskich zdobywają kolejne międzynarodowe nagrody. 
A oni? Im marzy się projekt kosmiczny.

Pasję tworzenia mają w genach. – Zaczęło się chyba od dziadka ze strony taty. Był wojskowym artystą. Robił medale pamiątkowe, malował talerze na specjalne okazje. Mama też miała talent. Nawet chciała iść na ASP do Łodzi, żeby potem projektować ubrania. Ale wychowawca powiedział naszej babci, że córka będzie musiała malować gołe kobiety. Ponieważ babcia była z prostej robotniczej rodziny, zabroniła jej jechać – opowiada Katarzyna Sokołowska. Dopiero jej i młodszemu o dwa lata Wojciechowi udało się rozwinąć rodzinne talenty. Od niemal dziewięciu lat prowadzą pracownię wzorniczą SOKKA, w której zajmują się tworzeniem. Głównie na potrzeby przemysłu i motoryzacji. Na liście swoich realizacji mają m.in. obudowę do robota wspomagającego operację chirurgiczne (tzw. Robin Heart, praca dyplomowa Kasi na katowickiej ASP), wóz strażacki dla francuskiej firmy Gimaex, ratraki dla marki Prinoth. Ostatnie osiągnięcia to opracowane dla polskiej firmy pomiarowej PRO narzędzia, za które otrzymali nagrodę Design Management Award. Największy sukces? – Na pewno dumni jesteśmy z projektu czołgu PL–01 Concept dla polskiej armii, jak również nadwozi samochodów sportowych dla zespołu rajdowego World RX Team Austria – odpowiadają.

Klocki w dziecinnym pokoju

– W szkole nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Wojtek zawsze był moim młodszym bratem. Uważałam za obciach pokazywać się w jego towarzystwie. Jedyne zajęcie, które nam wtedy zawsze razem wychodziło, to budowanie z klocków – wspomina Katarzyna Sokołowska. – U Wojtka zresztą było to dość monotematyczne zajęcie, zawsze składał samochody. Wciąż szukaliśmy elementów do tych konstrukcji. Piłował je, a potem, kiedy brakowało właściwych, sklejał inne lakierem do paznokci naszej mamy.

Wieloelementowe kombinacje złożone z plastikowych elementów, nitek i przekładni działały bez zarzutu, wprawiając w zdumienie nawet ojca przyszłych projektantów, inżyniera. – Byłam wzywana do szkoły przez nauczycieli, którzy skarżyli się, że syn na lekcjach nie potrafi się skupić, tylko autka sobie maluje – śmieje się Stanisława Sokołowska. Właśnie na kołach wyrysowanych przez siebie samochodów Wojciech Sokołowski wjechał na drogę designu. Projekt auta rysowany nocami w klasie maturalnej zapewnił mu studia w słynnym włoskim Instituto Europeno di Design. Obronił tam pracę dyplomową, tworząc koncepcję dla Ferrari. Katarzyna Sokołowska od najmłodszych lat wiedziała, że chce zmieniać świat, i konsekwentnie dążyła do realizacji tego celu. Skończyła liceum o profilu matematyczno–fizycznym, ale nie zamierzała iść w ślady kolegów, którzy zdawali na kierunki informatycznie. Za drugim podejściem udało jej się zdobyć upragniony indeks katowickiej ASP. Ale dopiero międzynarodowe kontakty zdobyte na stypendiach w mediolańskiej NABA Nuova Accademia di Belle Arti oraz bratysławskiej Akademii Sztuk Pięknych pozwoliły jej rozwinąć skrzydła. To właśnie we Włoszech dowiedziała się, że we wzornictwie ceni się różnorodność i dostosowanie do potrzeb klienta.

Włoska szkoła życia

Pobyt we Włoszech? Miał swoje blaski i cienie. Dał im szansę na pracę z najlepszymi, nawiązanie nowych kontaktów, które procentują do dziś. Jednak dla polskich studentów mieszkanie na Zachodzie oznaczało również mocne zaciskanie pasa i ciężką pracę. Bariery komunikacyjne nadrabiali, ucząc się włoskiego z gazet. Wciąż brakowało im czasu, bo chcąc maksymalnie wykorzystać daną im szansę, dobierali sobie dodatkowe zajęcia. Opłaciło się. Prace Katarzyny Sokołowskiej zwracały uwagę wykładowców. Zwłaszcza obrazy w unikalnej kolorystyce. Ze względu na oszczędność projektantka ograniczyła podstawową paletę kolorów, na ich bazie komponując kolejne. Ale nie zamierzała nigdzie wysyłać swojego CV. – Wiedziałam, że jeżeli mamy podbijać świat, to musimy wyjść z silniejszej pozycji. Dlatego posiadając doświadczenie zdobyte w Mediolanie, wolałam założyć firmę tutaj, w Polsce – mówi Katarzyna Sokołowska. I przekonuje, że w tej branży to nie lokalizacja, ale dobre pomysły determinują sukces. – W designie granice i narodowości się zacierają. Miejsce, w którym działamy, nie jest takie ważne, możemy je wybrać sami. Nie jesteśmy jakimś sklepem spożywczym, który zaopatruje jedynie mieszkańców okolic. Funkcjonujemy globalnie, choć na razie zostajemy w Polsce.

Dać z siebie wszystko

Ci, którzy ich dobrze znają, nie mają wątpliwości: to pracoholicy. Nierzadko zdarza się im wychodzić z gliwickiego biura o czwartej rano. Z satysfakcją, że udało się popchnąć kolejny projekt do przodu. Dla zlecenia są gotowi zrezygnować z weekendów czy wakacji. Tematy zawodowe towarzyszą im podczas wspólnej jazdy samochodem i wizyt w rodzinnym domu, w którym pobyt często kończą, padając ze zmęczenia po dwóch stronach narożnej kanapy w salonie rodziców. – Zawsze musimy przesuwać granice naszych możliwości. Może właśnie dlatego wybraliśmy zawód, w który ryzyko i wysiłek są wpisane na stałe – zastanawia się Wojciech. Zwłaszcza że bycie specjalistą wzornictwa przemysłowego w Polsce nie jest łatwe. Małe budżety, brak zrozumienia dla odważnych wizji. To problemy, z którymi muszą się borykać na co dzień. Frontmanem w tych potyczkach zwykle jest Wojciech, który nie tylko jako projektant, ale i technolog jest w stanie wytłumaczyć producentom konsekwencje zastosowania lub zrezygnowania z proponowanych przez Sokołowskich rozwiązań. Pod tym względem projekty opracowywane dla zachodnich klientów wydają się prostsze.

Porażki? Były i pewnie będą. – Bo są wpisane w życie wszystkich ludzi, którzy próbują zrobić coś nowego. Thomas Edison powiedział: „Nie poniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10 tys. błędnych rozwiązań". Podobnie jest u nas. Często zanim osiągniemy satysfakcjonujący nas czy klienta rezultat, wymyślamy wiele wersji projektu, które są odrzucane. Większość naszych zwykłych dni kończy się porażkami, bez nich jednak nie bylibyśmy w stanie zrobić nic konstruktywnego.

Transmisja mózgowa

– Mamy do siebie absolutne zaufanie, co jest ważne w biznesie. W tym zawodzie chodzi o to, by tworzyć z ludźmi, którzy są naprawdę super. I my mamy to szczęście. Kasia jest bardzo utalentowaną, artystyczną duszą. Ja jestem bardziej techniczny, więc się uzupełniamy – to elementy, które według Wojtka Sokołowskiego pozwalają krok po kroku budować coraz silniejszą markę SOKKA. Choć współpraca rodzeństwa nie zawsze układa się idealnie. Obydwoje są wybuchowi, a w dodatku funkcjonują na różnych prędkościach. Katarzyna lubi konkrety, chce działać natychmiast. Tymczasem jej brat zawsze szuka dziury w całym, obracając koncepcje w nieskończoność, szukając idealnych rozwiązań. Na pomysł, że mogliby zjednoczyć siły, wpadli jeszcze na studiach, podczas rozmów na Skypie. Na obcej ziemi, rozdzieleni odległością pomiędzy Mediolanem a Turynem, odkryli, że mimo wszystko bardzo się lubią. Zostali przyjaciółmi. Dlatego kiedy Wojtek skończył naukę w Turynie, natychmiast dołączył do firmy, którą w międzyczasie założyła jego siostra w Polsce. Jednak SOKKA to nie tylko rodzinny biznes. W skład zespołu wchodzą designerzy, stratedzy, projektanci usług i interakcji oraz programiści. Rodzeństwo chętnie zaprasza do swoich przedsięwzięć również naukowców, szukając zastosowań dla nowinek technologicznych.

Jak lata mucha

Swoich agentów mają już w Austrii, Włoszech i Szwajcarii. Teraz marzy im się nowojorski przyczółek. Międzynarodowa skala wymusza na rodzeństwie częste podróże, co stało się już elementem ich życia. – Jesteśmy jak te rekiny, które żeby żyć, muszą się cały czas przemieszczać – śmieje się Wojciech. Nie wytrzymałby, leżąc brzuchem do góry przez dwa tygodnie. Przekonuje, że tym, co wciąga w zawodzie designera, jest różnorodność. Każdy nowy projekt to wyzwanie. – Siłą rzeczy musimy być wizjonerami. Łączymy różne rzeczy i opracowujemy obraz, którego jeszcze nie ma, a który trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć, co chcemy osiągnąć.

Dążąc do tego rozwiązania razem z siostrą, musi najpierw uwolnić myśli od schematów, poprzednich kreacji, własnych zahamowań. Dlatego rodzeństwo często wychodzi z biura i szuka weny w rzeczywistości wokół.

– Inspiruje nas wszystko: od programów na Discovery przez zachowania ludzi po różnego rodzaju procesy. Choćby to, jak lata mucha. Wnikamy głęboko w rzeczy, które są wokół. Bo wiemy, że stoi za nimi myśl i energia wielu ludzi. Śledzimy ścieżkę ich powstania. Nieważne, czy jest to część samochodu, przedmiot codziennego użytku czy cegła. Ważna jest świadomość złożonego systemu 
– podsumowuje Wojciech Sokołowski.

Sam proces koncepcyjny poprzedzają długie rozmowy. Jak twierdzą, dopiero połączenie ich umiejętności pozwala znaleźć rozwiązania, na które osobno nigdy by nie wpadli. – Nie mamy algorytmu, który zapewniłby nam sukces. Myślenia projektowego nie można ująć w żaden schemat. To burza mózgów i konstruktywna krytyka pozwalają nam ostatecznie znaleźć właściwe rozwiązanie. Kluczem do sukcesu jest założenie, żeby stworzyć jak najlepszą ideę w ramach ograniczeń, jakie nakładają klient czy dostępne rozwiązania technologiczne – dodaje.

Rakieta, stacja, łazik

Według ich znajomych styl życia, jaki narzuciło sobie rodzeństwo z Gliwic, jest nieco oderwany od rzeczywistości. Otaczają się rzeczami, które wytrzymują lata. Zajmowane przez nich biuro wypełnione jest zrecyklingowanymi meblami przywiezionymi z domu babci. Oddane do renowacji zyskały w designerskim studio nowe życie. Reszta to ich własne projekty. Całość spina wszechogarniająca biel. Zresztą, jak sami przyznają, nie tylko w pracy wybierają minimalizm. Podobnie jest w ich domach. – Kreujemy rzeczy o wielu kształtach i kolorach. Dlatego tam, gdzie przebywamy, chcemy mieć spokój estetyczny – przekonuje Katarzyna. Nadmiar bodźców ograniczają, jak mogą. Nie mają telewizorów, ostrożnie podchodzą do konsumpcji i posiadania. – Staramy się kupować tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne. Zamiast do sklepu wolimy wybrać się na spacer. To też jeden z wyborów, które dyktuje nam nasz styl życia. Kiedyś musimy się przecież wyciszyć – uzupełnia jej brat. Jedyną rzeczą, do której Katarzyna ma słabość, jest ceramika. Uwielbia rzeczy Lladró lub Rosenthala. Marzy się jej kolekcja ceramicznych ptaków.

Sokołowscy mają na swoim koncie sporą kolekcję nagród. Ich ostatnim osiągnięciem było zdobycie wyróżnienia w kategorii architektura i design w plebiscycie „Polacy z werwą". – Takie konkursy są szansą na zostanie zauważonym. A także certyfikatem, który gwarantuje ludziom, że jeśli nam coś zlecą, to dobrze to zrobimy – tłumaczy Katarzyna Sokołowska. Zaraz jednak dodaje, że i tak najbardziej liczy się dla nich to, co sami o sobie wiedzą i do czego dążą. Czyli? Chcieliby otworzyć międzynarodowe centrum wzornictwa z siedzibą w Polsce, w którym razem z ekipą z SOKKA