Rok na gapę

Nie są uwiązani kredytami, pracą, dziećmi. Stojąc na życiowym rozdrożu, zadają sobie pytania, kim są, czego pragną. Mają na tyle odwagi, by spakować plecak i wyruszyć w drogę. Jedni podróżują po świecie, inni – w głąb siebie. Łapią oddech, zanim skoczą na głęboką wodę.

W Nowym Jorku wszystko może się zdarzyć – tak Katarzyna Gandor wspomina przypadkowe spotkanie z artystą, którego prace galerie sprzedają za setki tysięcy dolarów. Palił cygaro i opowiadał anegdoty o Andym Warholu. Zresztą nie tylko o nim. – Przez godzinę zasypywał nas historiami o gwiazdach kina, które namiętnie fotografuje, i swoich inspiracjach. Pokazał nam aparat fotograficzny sprzed stu lat, którego ciągle używa. To ostatni taki działający model na świecie – wspomina Kasia. I żartuje, że kilka razy musiała powstrzymywać się od ziewania. Bo ileż można macać eksponaty warte miliony dolarów?

Ale nie byłoby tych wspomnień, gdyby nie jedna decyzja podjęta wiele miesięcy wcześniej: a gdyby tak zrobić sobie przerwę? Od nauki, rutyny, codzienności. – Postanowiłam zrealizować swoje marzenie o gap year. To było jak liźnięcie dorosłego życia, bardziej hardcorowe niż studia, ale jednocześnie zabezpieczone myślą, że zawsze można się wycofać i wrócić do nauki. Podarowałam sobie czas, by w spokoju wykalibrować wewnętrzny kompas – mówi Katarzyna Gandor, która na „przerwę" wybrała się zaraz po maturze. Gap year spędziła w Nowym Jorku, gdzie pracowała jako modelka. Dziś jest studentką biotechnologii w Polsce. Studia zaczęła z dwuletnim poślizgiem.

Poszła drogą, jaką podąża większość polskich gapowiczów, dzielących „przerwę" na pracę i podróże. Bo gap year po polsku nieco odbiega od utartych na Zachodzie wzorów. Sięgają one jeszcze XVII w., gdy w dobrym tonie brytyjskich arystokratycznych domów było wysłanie dorastających dzieci w podróż po świecie, by nabrały ogłady i poznały europejską kulturę. Gdy wojaże stały się tańsze, zwyczaj ten zszedł pod strzechy. W szalonych latach 60. i 70. młodzi ludzie, zanim podjęli studia, wyrywali się z domu, by podróżując, zastanowić się, kim chcą zostać w przyszłości, a jednocześnie skosztować życia, jakiego nie mieliby szans doświadczyć, tkwiąc w rodzinnych stronach. Dziś to już coś dużo więcej niż moda, to etap dorastania. Na gap year wybrał się w młodości książę William (pracował jako wolontariusz w Chile). A niedawno Biały Dom poinformował, że w podróż po świecie wybiera się Malia, córka prezydenta Baracka Obamy, choć czeka na nią miejsce na Harvardzie.

Idea pozostała więc ta sama, jednak ostra konkurencja na rynku pracy i fakt, że na podbój świata wyruszają bez finansowego spadochronu, zmieniła sposób spędzania czasu na przerwie. Gapowicze łączą podróże z pracą, a samą przerwę traktują jako inwestycję w siebie i punkt, który będzie dobrze wyglądać w CV. Popularny jest więc wolontariat gdzieś na końcu świata, zrywanie owoców w Nowej Zelandii lub praca au pair połączona z nauką języka. Ale na tym nie koniec, bo modę na gap year usiłują też przekuć w biznes agencje typu Work & Travel, organizując wyjazdy np. do USA, gdzie „gapowicz" może na przykład przez trzy miesiące pracować, a przez miesiąc zwiedzać Amerykę.

I  na co to wszystko?

Co sprawia, że gapowicze schodzą z utartych ścieżek? Stosunkowo niewielka grupa to imprezowicze, którzy chcą się wyszaleć przed dorosłym życiem. Część chce po prostu odpocząć, inni – powłóczyć się po świecie. Są też tacy, którzy nie potrafią zdecydować, czego chcą od życia. – O moim gap year ostatecznie zadecydował przypadek. Miałam już licencjat z filologii germańskiej, ale po trzech latach studiów poczułam, że muszę wyrwać się z ciągłej gonitwy między jednym egzaminem a kolejnym – opowiada Julia Orzechowska, która swoją roczną przerwę ma już za sobą. Spędziła ją w Polsce, bo aby lepiej poznać siebie, nie zawsze trzeba pokonywać tysiące kilometrów. Jej wystarczyła przeprowadzka z dala od rodzinnego domu, do innego miasta. Tam szukała własnej drogi do samodzielności.

Przykład Julii jest wyjątkowy, bo nad Wisłą gapowiczem najczęściej zostaje się mimo woli. Ktoś nie dostał się na wymarzoną uczelnię, a studiowanie czegokolwiek innego nie ma dla niego sensu – to dość popularny scenariusz. – Po liceum, niesiony myślą, że w życiu można wszystko osiągnąć, miałem już zaplanowane, gdzie pójdę na studia, jaką firmę po nich założę i co będę robił na emeryturze. Los jednak sprawił, że nie dostałem się na wybrany kierunek. Oczywiście mogłem wybrać się na inny, ale to był moment, w którym zostałem sprowadzony na ziemię – opowiada swoją historię Dawid Konkel. Poczuł, że musi wszystko przemyśleć, przewartościować. – Kilka miesięcy temu po raz pierwszy spisałem swoje życiowe cele. Zajęły one wtedy pół kartki A4. Oprócz tego, że zrozumiałem, jak mało chcę od życia, dotarło do mnie również to, jak mało pracy wkładam w realizację swoich planów – przyznaje. Na „przerwie" chce to zmienić.

Większość polskich gapowiczów traktuje „przerwę" jako inwestycję w siebie. Klaudiusz Leman po maturze spakował się i wyjechał przemyśleć życie za kanałem La Manche. – Moje pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Wielkiej Brytanii? Wielka ekscytacja! Wszystko tu było takie nowe, inne – przyznaje Klaudiusz, który na gap year jest od kilku miesięcy. Lista niespodzianek była długa. – Ludzie prowadzą tu niezwykle ciekawe, wypełnione po brzegi życie. Nawet dzieciaki mają perfekcyjnie zaplanowany dzień. Właściwie nie mają czasu dla siebie. Nie to, co w Polsce...

Ale na „przerwie" nie można być turystą bez końca, bo takie życie niewiele ma wspólnego ze zwykłymi wakacjami. Wraz z wolnością pojawia się konieczność decydowania o sobie. Słowem: odpowiedzialność. Musisz być swoim „ekonomem" – ustalać priorytety, wyznaczać kierunki i konsekwentnie realizować to, do czego się zobowiązałeś. To wymaga żelaznej dyscypliny. – Najtrudniejszą rzeczą, ale jednocześnie największą wartością gap year, było ultraszybkie nauczenie się samodzielności – dodaje Kasia Gandor. Zdobyte za granicą doświadczenie wykorzystała potem na studiach, do których szybko i bezproblemowo się zaadaptowała. A wszystko to dzięki... – Otwartości umysłu, elastyczności w działaniu, zrozumienia dla obcych zwyczajów, ciekawości innych kultur – wymienia jednym tchem. Ona sama z przerwy wróciła z większą wiarą w siebie i przekonaniem, że poradzi sobie wszędzie.

Błędy na utartych szlakach

– Rodzina, z którą mieszkam, ma mnóstwo znajomych rozsianych po całym świecie. Często ktoś ich odwiedza. W moim przypadku drzwi na świat otworzyły się więc same – opowiada Klaudiusz, który w Wielkiej Brytanii pracuje jako opiekun do dzieci. – Moja brytyjska rodzina ma również bardzo ciekawą historię. Mama mojej gospodyni pracowała z premierem Haroldem Wilsonem. Było niesamowitym przeżyciem móc słuchać, jak naprawdę wygląda praca z szefem rządu.

Co ciekawe, pomysł na gap year częściej pochwalają dorośli – rodzice, dziadkowie – niż rówieśnicy. – Rodzice zaakceptowali mój pomysł, dalsza rodzina, po dłuższej rozmowie, także. Najgorzej przyjęli to znajomi. W każdym razie – znaczna ich część. Mogłoby się wydawać, że gap year to dla młodych świetny pomysł, bo są kreatywni i mają pełno pomysłów. I że raczej starsze pokolenie kierują się zasadą: trzeba iść na studia, znaleźć dobrze płatną pracę, założyć rodzinę. Dlatego myślałem, że to głównie oni będą na „nie". Tymczasem okazało się inaczej. Młodzi nie doceniają tego, że podróżowanie po świecie i poznawanie innych uczy choćby kompetencji miękkich, które w późniejszym życiu są bardzo ważne – opowiada Dawid Konkel. Wtóruje mu Klaudiusz Leman. Jego rodzice pomysł odłożenia studiów na później zaakceptowali. – Zapytali tylko raz, czy jestem pewien, potem tylko mnie wspierali. Z przyjaciółmi było inaczej. Jedni wierzyli, że mi się uda i trzymali za mnie kciuki. Inni mówili, że popełniam błąd, że powinienem, jak oni, iść utartym szlakiem – wspomina Klaudiusz, który swoje wrażenia z przerwy opisuje na blogu Klaudiuszleman.blogspot.com.

Zmierzch wiecznych studentów

Nosem kręcili też znajomi Julii. Ale po pewnym czasie dowiedziała się, że za jej przykładem poszła jedna z koleżanek. Jej rozterki: studia czy przerwa, skwitowała: „W życiu trzeba robić to, co nas uszczęśliwia. Nikt innych za nas tego życia nie przeżyje".

Dylematy 20–latków wynikają z tego, że gap year to tylko pozorna beztroska. Myśli gapowiczów często zatruwa tęsknota za domem i najbliższymi. – Decydując się na gap year, najbardziej obawiałem się tego, że mogę stracić przyjaciół. Ale powiedziałem sobie, że jeśli są prawdziwi, to ze mną zostaną. Choćbym pojechał na drugi koniec świata – mówi Klaudiusz Leman. A Julia Orzechowska dodaje: – Gap year bywa zdradliwy. Rok to dość długa przerwa od nauki i rzeczywiście opcja przedłużenia „urlopu edukacyjnego" wydaje się kusząca. Kiedyś więc warto powiedzieć sobie „stop, pora wracać"? Dobrym argumentem za powrotem na studia jest fakt, że legitymacja studencka to towar z ograniczonym terminem przydatności.