Rok bez straty

Porzucić na kilkanaście miesięcy pracę, karierę, życie na pełnych obrotach. Ruszyć w podróż dookoła świata. Pomóc tym, którzy mają mniej. Albo po prostu przez jakiś czas pożyć na zwolnionych obrotach. Wielu z nas o tym marzy. Oni się zdecydowali.
Basia jest specjalistką od finansów. Jej mąż Jaromir zajmuje się marketingiem. Obydwoje pracują w dużych międzynarodowych koncernach. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniają. Ot, drobna blondynka i wysoki brunet, obydwoje tuż po trzydziestce. O tym, że to dość nietypowa para, można się jednak przekonać, patrząc zdjęcia na wiszące na ścianach ich mieszkania.

Na wyjazd wzięli ze sobą książkę „Tysiąc pytań, jakie powinniście sobie zadać przed ślubem”. Mniej więcej co dziesiąte wywoływało dyskusję. – Mieliśmy dużo czasu, żeby poznać siebie nawzajem - mówią.
Uśmiechnięci pozują na tle australijskiej pustyni, afrykańskich wiosek, argentyńskich wodospadów, kipiących lawą wulkanów, rajskich plaż i błękitnych lodowców. Dwa lata temu na rok dosłownie zniknęli. Porzucili obowiązki, pracę, codzienność i ruszyli na 12-miesięczną podróż dookoła świata.

Podróż przedślubna

Zrobili to, na co decyduje się coraz więcej osób także w Polsce, czyli na tzw. career break – przerwę w zawodowym życiorysie, którą można poświecić na „doładowanie baterii”. Wielu osobom wydaje się to ryzykowne – porzucić pracę i ruszyć z plecakiem przed siebie. Jednak mozolne pięcie się po szczeblach kariery, angażowanie wszystkich sił w zarabianie pieniędzy może zmęczyć do tego stopnia, że dla zdrowia psychicznego i zmobilizowania sił taka decyzja jest konieczna.
Jaromir Wojciechowski: Na początku ma się ochotę gnać. Potem można się wyluzować. Z czasem człowiek czuje się tak, jakby wskoczył do błękitnego oceanu
Nie zawsze jednak jej podjęcie jest łatwe. Tak jak to było w przypadku Basi Wojciechowskiej, która bała się ryzyka, utraty pracy i postawienia wszystkiego na jedną kartę. – Na początku przerażał mnie ten pomysł – przyznaje. – Porzucenie dotychczasowego poukładanego życia i ciekawego stanowiska w dobrej firmie było dla mnie trudne, ale nigdy nie żałowałam – zapewnia. Jaromir Wojciechowski miał mniej wątpliwości. – Zawsze marzyłem o podróży dookoła świata. Wcześniej też jeździłem na wyprawy z plecakiem, ale ta najdłuższa wciąż czekała na realizację. Wiedziałem, że jeśli znajdę kogoś, z kim będę chciał pojechać, to tak zrobię.
Basię poznał półtora roku wcześniej i zdecydował, że to właśnie ona jest tą jedyną. Postanowili sześć miesięcy przed wyjazdem: kupili bilet lotniczy dookoła świata. Londyn – Tanzania – Australia – Fidżi – Nowa Zelandia – Ameryka Południowa – Europa. Ostatecznie pokonali w podróży prawie 120 tys. kilometrów. Czyli tyle, jakby okrążyli Ziemię trzykrotnie.

Basia dostała na ten czas bezpłatny urlop, Jaromir musiał się zwolnić. Ale podjął tę decyzję. – Wiedziałem, że to ostatni moment, żeby zrobić coś takiego – opowiada. – Człowiek już może sobie pozwolić finansowo na podróż, a wciąż jeszcze mu się chce zarzucić plecak na grzbiet.
Wybierali kraje egzotyczne i odległe, bez masowej turystyki, po których można podróżować tanio, ale trzeba być przygotowanym na spartańskie warunki. Ameryka Południowa, Afryka, Australia.
Japonię, USA i Kanadę zostawili sobie „na później”. Tylko w kilku miejscach zatrzymali się na dłużej niż dwie, trzy noce. Nurkowali z rekinami, spali pod gołym niebem w australijskim interiorze, karmili żyrafy i osierocone kangury, podróżowali „na pace” przez afrykańskie wioski. Zaliczyli karnawał w Rio i skoki w kanion rzeki Zambezi. Jaromir zrobił dwutygodniowy wypad statkiem na Antarktydę.
Basia, która nie lubi podróżować morzem, została wtedy w Buenos Aires i uczyła się hiszpańskiego. – Przez pierwsze trzy tygodnie żyje się tym, co zostało w kraju. Potem ważne jest tylko to, co tu i teraz. Na początku ma się ochotę gnać i oglądać ciągle coś nowego. Potem można się wyluzować i spokojnie rozkoszować tym, co daje dzień. Człowiek czuje się tak, jakby wskoczył do wielkiego błękitnego oceanu – opowiada Jaromir.
Taka podróż we dwoje to nie tylko wielka przygoda, ale i dobry partnerski sprawdzian. Wreszcie jest czas, by spojrzeć na dotychczasowe życie z dystansu, przegadać wiele spraw. Można też zaplanować przyszłość.
Basia Wojciechowska: Mieliśmy dużo czasu, by się poznać nawzajem. Dziś to nam bardzo pomaga
Tak jak Basia i Jaromir, którzy tuż przed wyjazdem się zaręczyli. Ślub zaplanowali zaraz po powrocie. Podróż była więc swego rodzaju ostatecznym sprawdzianem łączącej ich relacji. Na wyjazd wzięli nawet ze sobą książkę „Tysiąc pytań, jakie powinniście sobie zadać przed ślubem”. Mniej więcej co dziesiąte wywoływało dyskusję. – Mieliśmy dużo czasu, żeby poznać siebie nawzajem. To nam bardzo dzisiaj pomaga – przyznaje Basia. – Tak długi wyjazd buduje też wielką bazę pozytywnych doświadczeń. Teraz, gdy mamy małe dziecko, pojawiają się nowe wyzwania, a proza życia bywa trudniejsza niż oczekiwania. Mamy jednak wspólne cudowne wspomnienia – taką bezpieczną przystań, do której możemy wrócić i od razu jest nam lepiej – przyznają zgodnie.
Choć wydaje się, że taka podróż musi kosztować majątek, wcale tak nie jest. Wojciechowscy zrezygnowali z kupna samochodu dobrej klasy, bo mniej więcej tyle kosztował ich wyjazd. Wzięli kredyt i kupili kawałek ziemi, który podczas ich nieobecności trzykrotnie zwiększył wartość. Podróż, którą opisali na blogu www.wokolglobu.blog.onet.pl, pozwoliła im też upewnić się, że to, co robią na co dzień, sprawia im satysfakcję. – Choć było niesamowicie pięknie, cieszyliśmy się, że wracamy – uśmiecha się Basia. Powrót okazał się bezbolesny. Jedno i drugie wróciło do dawnej pracy bez problemów. Wzięli ślub. Regularnie wyjeżdżają na wakacje, ale już nie tak daleko.

Bez planu, przed siebie

O tym, jak zbawienny wpływ na morale pracowników może mieć kilku- lub kilkunastomiesięczny urlop, przekonuje swoich klientów Artur Kaźmierczak, dyrektor ds. konsultingu HR w PricewaterhouseCoopers.
Artur Kaźmierczak: Po długim urlopie pełnym wrażeń człowiek wraca na naergetyzowany, zmotywowany, bardziej kreatywny. I chwali swojego pracodawcę
To jedna z firm, które oferują swoim pracownikom możliwość tzw. sabbaticalu, czyli dłuższego urlopu, który można przeznaczyć na samodoskonalenie albo podróżowanie. – Na Zachodzie dawno odkryto, że to dobra metoda motywowania. Takie urlopy są praktykowane, choć trzeba mieć świadomość, że nigdy nie będzie to problem masowy, nie będą nagle znikać na rok całe tłumy – tłumaczy Kaźmierczak. – Istotne jest to, że pracownik dzięki temu inaczej postrzega pracodawcę. Jeżeli nie damy mu takiej możliwości, a on tego pragnie, to po prostu odejdzie. Po długim urlopie pełnym wrażeń człowiek wraca naenergetyzowany, zmotywowany, bardziej kreatywny, chwali swojego pracodawcę. Jest co prawda ryzyko, że dojdzie do wniosku, iż w życiu ważne jest coś innego, i zostanie gdzieś w tybetańskim klasztorze. Ale w takim przypadku prędzej czy później i tak by się zwolnił – śmieje się Kaźmierczak.
Sam dobrze wie, o czym mówi. Kilka lat temu pracując w firmie Artur Andersen, wykorzystał taką możliwość i ruszył, podobnie jak Basia i Jaromir, dookoła świata. Spędził 11 miesięcy, podróżując z żoną. – W pewnym momencie poczułem, że muszę porządnie odpocząć. To było po siedmiu latach bardzo intensywnej pracy i czułem się zupełnie wypalony. Zawsze uwielbiałem podróżować, a ten pomysł kiełkował latami – przyznaje. Układanie podróży zajęło mu około roku. Strategicznie zaplanował nawet przyzwyczajenie swojego otoczenia w pracy do tego pomysłu. – Najpierw wspominałem o trzech miesiącach, potem o pół roku, a na końcu przyszedłem z wnioskiem urlopowym na rok. Wszyscy oswoili się z tą myślą, mogłem spokojnie przekazać obowiązki – wspomina.
Odwiedził m.in. Peru, Boliwię, Chile, Meksyk, Gwatemalę, Honduras, Kostarykę, Panamę, USA, Singapur, Malezję, Kambodżę, Laos, Tajlandię, Nepal, Indie, Sri Lankę, Pakistan, Iran, Hongkong. – Mając tyle czasu, podróżuje się zupełnie inaczej niż na kilkutygodniowym urlopie – tłumaczy Kaźmierczak. – Nie trzeba za wiele planować. Jak jest fajnie, to się zostaje. Jak się znudzi, jedzie się dalej. Piękno takiej wyprawy tkwi w jej nieprzewidywalności i spontaniczności – dodaje. Ruszając w podróż, nie martwił się o swoją pracę. – Wiedziałem, że jestem cenionym pracownikiem. Nawet podczas wyprawy czułem, że pracodawca zabiega, żebym wrócił – złapał mnie telefonicznie, gdy byłem w Indiach, i sprawdzał, czy się nie rozmyśliłem i na pewno wrócę!
Mimo to trudno wracało się do rzeczywistości. – Nie wyobrażam sobie sytuacji, że w piątek ląduję na lotnisku po rocznej nieobecności, a w poniedziałek idę do biura.
Podróż dookoła świata była najdłuższą, ale niejedyną wyprawą Artura. Od tamtego czasu spędził kilka tygodni, podróżując po Australii i wspiął na szóstą najwyższą górę na świecie – Cho Oyu. Ceni zdobyte w ten sposób doświadczenia. Szukając ludzi do zespołu, zwraca uwagę na tego typu pozycje w CV. – To coś, co pracodawca jednoznacznie ocenia pozytywnie. Podróż dookoła świata albo poważna górska wyprawa świadczy o cechach, jakich pracodawcy poszukują: o kreatywności, odwadze, gotowości do podejmowania wyzwań, sile woli, konsekwencji w działaniu – wylicza.

Gdy trzeba spłacić dług

Czasami potrzeba oderwania się od codzienności i utartych ścieżek, którymi podąża się dzień w dzień, jest tak duża, że człowiek nie martwi się karierą i jest gotowy rzucić wszystko bez względu na konsekwencje.
Kaja Królikiewicz: Trzeba się pilnować, by korzystać cały czas ze zdobytych doświadczeń, bo łatwo po powrocie wpaść w te same ograniczenia
Kaja Królikiewicz, 33-latka pracująca w MTV Networks Polska, od dłuższego czasu miała uwierające ją poczucie, że... jest jej za dobrze. – Może zabrzmi to górnolotnie, ale uwierała mi świadomość dystansu między tym, jak żyjemy tu, w Europie, a tym, jak funkcjonują ludzie w krajach Trzeciego Świata. Miałam poczucie niezasłużonej nagrody i wydawało mi się, że coś z tym trzeba zrobić – przyznaje. Chciała wyjechać do Afryki, najlepiej do Angoli lub Mozambiku, bo tam mówi się po portugalsku, a tego języka uczyła się od jakiegoś czasu. Przeszukiwała serwisy oferujące pracę wolontariacką, ale wię