reAnimacja

Znają ich dobrze George Lucas, Gore Verbinski i Guillermo del Toro. Polscy animatorzy „rzeźbią” efekty komputerowe w ich produkcjach. Hollywood dawno już poznał i Wojtka Wawszczyka, współreżysera „Jeża Jerzego”, pierwszej polskiej animowanej adaptacji, i Kamila Polaka („Świteź”), i Tomka Bagińskiego, i Grzegorza Jonkajtysa. Czas na laury nad Wisłą?
Wojtek Wawszczyk (ro­cznik 1977), jeden z trzech współreżyserów animowanej adaptacji komiksu o „Jeżu Jerzym” (pozostali to Kuba Tarkowski i Tomasz Leśniak), już myśli o kolejnym pełnometrażowym filmie, najchętniej z tą samą zgraną ekipą. Chciałby też wydać autorski komiks.

Wojtek Wawszczyk - współreżyser „Jeża Jerzego”, pierwszej polskiej adaptacji komiksu, czuje się spełniony jako animator. W tym zawodzie pracował w Stanach. Teraz nadszedł czas na autorskie projekty – w Polsce, gdzie ma większą swobodę twórczą. Fot. Rafał Siderski
Wciąż ma apetyt na więcej. Jak widać, polscy animatorzy filmów pracują szybko i bez przerwy – pewnie ta cecha sprawiła, że cenią ich wielcy reżyserzy, fachowcy od wysokobudżetowych produkcji, jak chociażby Guillermo del Toro. To m.in. z nim pracował Grzegorz Jonkajtys.

Specjaliści od czarnej roboty

Z kolei Kamil Polak (rocznik 1981) w lutym na festiwalu w Berlinie zaprezentował „Świteź” – półgodzinną animację inspirowaną balladą Mickiewicza. Teraz zaczyna pracę nad serialem „Kacperiada” na podstawie książki dla dzieci napisanej przez Grzegorza Kasdepkego. Zajmie się też animacją oraz efektami komputerowymi do filmu „Papusza” w reżyserii Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos--Krauze. Terminarz ma wypełniony na kilka miesięcy do przodu.
Bardziej zajęty jest chyba tylko Grzegorz Jonkajtys (urodzony w 1972 r.). Właśnie ukończył swój trzeci, po „Mantis” i „Arce”, autorski film krótkometrażowy zatytułowany „The 3rd Letter”. Na co dzień mieszka w San Francisco i pracuje w należącym do George’a Lucasa studiu Industrial Light & Magic. Jesteśmy właśnie po premierze „Rango” w reżyserii Gore’a Verbinskiego, przy którym Jonkajtys czuwał nad efektami cyfrowymi. Grzegorz przymierza się już do własnego filmu pełnometrażowego – marzy o produkcji aktorskiej z wykorzystaniem komputerowej animacji.
– Animacja przypomina samotne budowanie domu, metodyczne układanie cegły za cegłą. To robota dla cierpliwych – mówi Wawszczyk
 
Inaczej planuje pracę Tomasz Bagiński (rocznik 1976), najbardziej znany polski animator młodego pokolenia, reżyser nominowanej do Oscara „Katedry”. Prowadzi równolegle kilka tak samo zaangażowanych projektów. Jako dyrektor kreatywny w Platige Image kręci reklamy i liczne projekty specjalne, takie jak „Animowana historia Polski”, „Grunwald. Walka 600-lecia” i „Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem 3D”. Cały czas pracuje też nad autorskim filmem pełnometrażowym „Hardkor 44” o Powstaniu Warszawskim. Podczas marcowych targów ITB w Berlinie można było zobaczyć przygotowane przez Tomasza (razem z Marcinem Kobyleckim i Kubą Jabłońskim) stereoskopowe animacje w różnych stylach.
 

Syzyfowe Prace

Wszystkie te osiągnięcia poparte są wieloletnim wysiłkiem – animacji nie tworzy się w jeden dzień. Nawet praca nad krótkometrażowymi projektami, jak „Świteź” Kamila Polaka, trwa czasem i wiele lat. – Gdybym siedem lat temu wiedział, że tak długo będę pracował nad filmem, to byłbym przerażony – mówi Kamil. – Planowałem to na maksymalnie dwa lata, ale szereg przygód związanych z poszukiwaniem finansowania, sprzętu, ekipy wydłużyły ten okres. Była też roczna przerwa, spowodowana zaangażowaniem zespołu tworzącego „Świteź” do pracy nad lalkowym filmem animowanym „Piotruś i Wilk”, który w 2008 r. zdobył Oscara – wyjaśnia reżyser.
Kamil Polak - reżyser docenionej na berlińskim festiwalu „Świtezi” nie spoczął na laurach. Wciąż przygotowuje nowe projekty – najbliższy to animacje w filmie Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krazue o największej cygańskiej poetce, zatytułowany „Papusza”. Fot. Rafał Siderski
– Nie przeraża mnie długotrwałość procesu animacji – mówi z kolei Wojtek Wawszczyk. – Mój poprzedni 16-minutowy film „Drzazga” realizowałem przez około trzy lata. Animacja to także sposób bycia, przypomina samotne budowanie domu, metodyczne układanie cegły za cegłą ze świadomością tego, że za kilka lat będzie się w środku mieszkało.
Grzegorz Jonkajtys też należy do tych cierpliwych. Z lubością opowiada o swoich zadaniach przy produkcji filmu „Transformers”, w którym zajmował się... malowaniem robotów. – To jest długotrwała praca, jednego robota wykonuje się przez kilka miesięcy. Inną farbą pokrywa się to, co jest metalem, inną to, co jest gładkie, co zadrapane, zupełnie inaczej pokrywa się emalią to, co odpryśnięte. Każdy ten szczegół trzeba ręcznie nanieść. Ale ja lubię długotrwałe projekty – wyjaśnia z niewzruszonym spokojem Grzegorz.
Nieco inne światło na sprawę rzuca Bagiński, który oprócz „Hardkoru 44” ma na warsztacie jeszcze kilka, jak sam mówi, zapasowych projektów pełnometrażowych, zaś codzienność wypełniają mu zlecenia reklamowe. – To są krótkie projekty, ale jest ich ostatnio bardzo dużo. Dochodzi do tego, że zaczynam planować produkcje reklamowe z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, co kiedyś mi się nie zdarzało – opowiada Tomasz.
Mają za sobą dziesiątki różnorodnych doświadczeń na polu animacji i efektów specjalnych. Jednak najważniejsze, że każdy z nich w świadomy sposób podąża własną drogą.
Tomek Bagiński, choć po nominacji do Oscara miał dziesiątki propozycji pracy na Zachodzie, konsekwentnie buduje karierę, nie ruszając się z Polski. – Dzięki temu, że zostałem, wiem, że rozwój zawdzięczam sobie oraz ludziom, z którymi współpracuję, a nie marce starego studia.

Ciężka droga do metrażu

Bagińskiego jednak nadal interesuje współpraca przy dużych projektach – amerykańskich, azjatyckich czy europejskich. Jednak przyznaje, że wolałby je realizować, nie wyjeżdżając z kraju.
 
Podobnie jak Wojtek Wawszczyk. – W dzisiejszych czasach lokalizacja, szczególnie w takim biznesie jak animacja, nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś – dodaje Bagiński.
Tomasz Bagiński - autor zapierającej dech w piersiach oscarowej „Katedry”, jest dyrektorem kreatywnym w Platige Image. Kręci reklamy i projekty specjalne, jak „Animowana historia Polski” czy „Grunwald. Walka 600-lecia”. Pracuje nad prestiżowym „Hardkor 44”. Fot. Rafał Siderski
Z kolei Grzegorz Jonkajtys przyznaje, że dopiero wyjazd za granicę i praca przy wielkich filmowych projektach, takich jak „Star Trek”, „Labirynt fauna” czy „Sin City”, uświadomiły mu, że chce kręcić własne, autorskie filmy. Znajomość realiów systemu studyjnego dała mu też know-how i możliwości z polskiej perspektywy nieosiągalne. Dość powiedzieć, że hollywoodzkiego agenta załatwił mu sam Frank Darabont, który zachwycił się „Arką” Jonkajtysa podczas wspólnej pracy nad jego filmem „Mgła”.
 – Nawet będąc tam, nie mam łatwiejszej drogi dostępu do źródeł finansowania. Bo tam wszyscy przyjeżdżają z pomysłami i scenariuszami. Ja wymyślam stylistykę, technikę realizacji, obsadę i chodzę na spotkania z producentami. Po którymś spotkaniu musi się w końcu udać, dlatego pracuje się zazwyczaj nad kilkoma rzeczami naraz – opowiada o swoich doświadczeniach Grzegorz.
Jak wygląda droga animatora do wielkiej kariery i wielkometrażowych filmów?
– Najpierw robi się krótki metraż, później trzeba wymyślić atrakcyjny film, który będzie bardzo tani do wyprodukowania, i dopiero przy drugim albo trzecim można liczyć na większe pieniądze, żeby zrobić coś z większym rozmachem, trudniejszego technicznie. - To jest planowanie na lata, a nawet całe dziesięciolecia – zakreśla swoją perspektywę Jonkajtys.

Tylko słońca brak

Najmłodszy w tym gronie Kamil Polak też przyznaje, że to dzięki doświadczeniu przy produkcji oscarowego „Piotrusia i Wilka” mógł skończyć debiutancką „Świteź”.
Tomek Bagiński choć po nominacji do Oscara miał dziesiątki propozycji pracy na Zachodzie, robi karierę, nie ruszając się z polski
 
– Przeszliśmy wielki sprawdzian naszych umiejętności. Myślę, że ten życiowy egzamin zdaliśmy jako zespół na piątkę z plusem. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowaliśmy, nie wychodząc ze studia, a film został ukończony w terminie na dwa dni przed premierą w Londynie, co było ogromnym sukcesem. „Piotruś i Wilk” pomógł nam przy produkcji „Świtezi” pozyskać koproducentów zagranicznych. W dużym stopniu dzięki temu wydarzeniu mogłem udźwiękowić „Świteź” w Kanadzie w słynnym National Film Board of Canada – opowiada Kamil.
 
Wojtek Wawszczyk, który w przeciwień­stwie do Bagińskiego i Jonkajtysa nie jest samoukiem (animacji uczył się naj­pierw w łódzkiej filmówce, a później w niemieckiej Filmakademie w Ludwigs­burgu), po sukcesach swoich pierwszych, jeszcze studenckich filmów wyjechał do Los Angeles i pracował w Digital Domain, gdzie współtworzył animację do „Ja, robot” oraz „Æon Flux”.
Grzegorz Jonkajtys - Dopiero wyjazd za granicę i praca przy „Star Treku” czy „Sin City” uświadomiły mu, że chce kręcić własne, autorskie filmy. Poznał studio od podszewki, więc doskonale wie, jaka ciężka praca przed nim. Fot. Rafał Siderski
 W 2004 r. kierował grupą animatorów w Prana Studios w Bombaju przy realizacji filmowych wstawek do gry „Fight Club”. Jednak twierdzi, że to powrót do Polski pozwolił mu rozwinąć skrzydła.
– Uważam się za twórcę dwóch zawodów: jestem reżyserem i animatorem. W Stanach i Indiach pracowałem jako animator i czuję się w tym zawodzie spełniony. Nie spaliłem za sobą mostów, ale powrót do Polski dał mi możliwość pracy na znacznie szerszych polach. Mam więcej wol­ności w wyborze tego, co chcę robić, a idzie to w parze z satysfakcją finansową – mówi z optymizmem Wawszczyk. – Czasami tylko brakuje mi tutaj słońca i uśmiechniętych ludzi, ale może to też się kiedyś odmieni.

Ludzkie historyjki

Mają różne doświadczenia z techniką filmową. Bagiński w „Sztuce spadania” i „Kinematografie” wykorzystywał głównie walory 3D, ale eksperymentuje z różnymi stylami. Jonkajtys coraz wyraźniej zmierza w stronę komputerowo podrasowanego filmu aktorskiego, choć nigdy nie rozstaje się ze szkicownikiem, w którym rysuje dziwne stwory.
Wawszczyk przy produkcji „Jeża Jerzego” postawił na rękodzieło i przeforsował technikę wycinankową.