Raczkujący biznes

Dorota Ruszkiewicz stworzyła Lalilu, bo nie mogła znaleźć idealnego żłobka, Agnieszka Lipińska prototyp nosidełka Madame GooGoo uszyła dla córki, a Karolinę Jaroszewicz zainspirowała siostrzenica. 
Ich biznesy okazały się hitem. 
Nie tylko utrafiły w nisze, 
ale przywiązały do siebie klientów. I to tych z całego świata

W 2008 r. Dorota Ruszkiewicz właśnie wróciła do pracy po rocznej przerwie na urodzenie i odchowanie małej Poli, gdy jej pracodawca, Japan Airlines, ogłosił oszczędności i ograniczył bazę w Londynie. Części załogi, w tym stewardesom, zaproponowano korzystne warunki odejścia. Dorota odetchnęła z ulgą. Miała za sobą kilka tygodniowych wyjazdów do Japonii, stamtąd do Australii lub Indii i nie za dobrze znosiła długą rozłąkę z dzieckiem. Nie bała się bezrobocia. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej, z doświadczeniem w działach PR i marketingu korporacji, znająca kilka języków, w tym japoński, stewardesą została przez przypadek.

Pomysł na biznes po dziecku przyszedł sam. – Szukałam żłobka dla córki, ale nie mogłam znaleźć takiego, który choć w połowie odpowiadałby moim wymaganiom. Wszystkie były przeładowane bodźcami – z infantylnymi rysunkami misiów na ścianach, mnóstwem zabawek i grającym radiem. Przypominały raczej przechowalnie dzieci – opowiada. Jej samej – absolwentce szkoły muzycznej pierwszego stopnia w klasie fortepianu i estetce – marzyła się przestrzeń harmonijna. Wiedziała, że jeśli chce posłać córkę do miejsca idealnego, musi je stworzyć sama. Pierwszy Żłobek Muzyczny Lalilu powstał w 2010 r. w trzypokojowym mieszkaniu na Starej Ochocie. W białych wnętrzach z kilkoma wysmakowanymi malowidłami na ścianach dzieci było zaledwie siedmioro. Opiekowały się nimi osoby z wykształceniem pedagogicznym i muzycznym albo po prostu muzykalne, a już dwulatki mogły uczyć się gry na skrzypcach metodą Suzuki. Sama właścicielka przeszła kurs umuzykalniania niemowląt metodą Gordona, skończyła studia podyplomowe pedagogiki przedszkolnej i kurs dla dyrektorów placówek oświatowych. Ma za sobą także okresy fascynacji różnymi metodami wychowawczymi – od Montessori po waldorfską. Dziś w żłobku i otwartym w 2013 r. przedszkolu Lalilu wykorzystuje elementy z nich wszystkich. – Traktuję dzieci jak małych dorosłych. Dlatego staram się dostarczać im doznań, które sama uważam za wartościowe – mówi.

Dziś żłobek i przedszkole Lalilu mieszczą się w trzech willach na Starej Ochocie. W pełnych światła, prostych wnętrzach uwagę zwracają fortepiany i skrzypce. Próżno tu szukać walających się po podłodze klocków i lalek. W porze obiadu z kuchni dochodzą zapachy jak z włoskiej restauracji. To szef kuchni Wojtek wyczarowuje dla dzieci kolejne danie z produktów ekologicznych, dla niektórych również wegańskie. Kiedy starszaki kończą obiad, maluszki ze żłobka właśnie wybudzają się z drzemki. W programie dnia mają jeszcze zajęcia ze skrzypaczką, a przedszkolaki – balet lub judo. O ile w żłobku obowiązuje polski, o tyle w przedszkolu mówi się głównie po angielsku. Dorota Ruszkiewicz wiedziała, że nie wystarczy, by opiekun był anglojęzyczny. – Zależało mi na prawdziwych brytyjskich nauczycielach, twórczych i oddanych swojej pracy – tłumaczy. Bo właśnie to oddanie jest kluczowe. Tylko ono zapewnia jakość, o którą trudno w żłobkowych i przedszkolnych sieciówkach. Rekrutując personel, wszystkim każe śpiewać, ale też przyciąga osoby muzykalne. Niemal każdy z pracowników gra na jakimś instrumencie – flecie poprzecznym, gitarze, skrzypcach. W przedszkolu działa też chór prowadzony przez Agatę Steczkowską.

Dorota Ruszkiewicz wierzy, że o jakości kształcenia decyduje butikowość placówki. Choć Lalilu rozrosło się przez pięć i pół roku z jednej do kilku grup, w których łącznie uczy się blisko sto dzieci, a chętnych wciąż przybywa, nie daje się namówić na stworzenie sieci. – Mieszkam niedaleko i w każdej chwili mogę do pracy przyjść choćby w kapciach. Mam wszystko na oku – mówi właścicielka. Jej druga córka, Gaja, która na świat ma przyjść w maju, również pójdzie do Lalilu.

Na skrzydłach nietoperza

W kapciach do pracowni schodzi też Agnieszka Lipińska, twórczyni marki nosidełek dla dzieci Madame GooGoo, za którymi szaleją ekologiczni rodzice z Japonii, Australii czy Skandynawii. Po przeprowadzce z warszawskiego Mokotowa do Ursusa wiedziała, że pracownię musi mieć w tym samym bloku co mieszkanie. Bo jeśli inspiracja obudzi ją w środku nocy, będzie mogła od razu zacząć projektować. Również u Agnieszki Lipińskiej biznes narodził się z potrzeby. Długo szukała odpowiedniego nosidełka dla kilkumiesięcznej wówczas córki, ale żadne nie spełniało jej oczekiwań. Jedne były za małe, inne krzywiły kręgosłup dziecka. A te, w których niemowlę nosi się przodem do świata, narażały je na zbyt wiele bodźców. Agnieszkę, która szyje od dziecka i już w szóstej klasie przerobiła dżinsy na dekatyzowaną spódnicę, kusiło, by uszyć je samodzielnie. Miała jednak koty, które pewnie poroznosiłyby szpilki po całym domu, także w pobliże maty dziecka. W internecie zaczęła więc szukać kogoś, kto takie nosidełko dla niej uszyje. – Ale kiedy już miałam wysyłać mu tkaninę, zrobiło mi się żal i postanowiłam sama stworzyć nosidełko – wspomina. Swoje dzieło pokazała na forach dla rodziców, przekazała je do testowania i... zebrała pochwały. Pomyślała, że może na tym zarabiać, i stanęła do konkursu Warszawa Stolicą Ambitnego Biznesu o dotację w wysokości 40 tys. zł. Walka trwała rok – obejmowała skonstruowanie biznesplanu i uczestnictwo w kursach. Agnieszka Lipińska wygrała. Jako jedyna dostała na swój biznes całą sumę. Ale to oznaczało dla niej dopiero początek pracy. – Nad ostateczną konstrukcją nosidła pracowałam dwa lata, kończąc kursy chustonoszenia i studiując tysiące opracowań naukowych. Pracowałam siedem dni w tygodniu po 15 godzin dziennie, by jak najszybciej stworzyć produkt idealny. Na początku na pracownię przerobiłam pokój dziecinny, przenosząc córkę do naszej sypialni. Zatrudniona przeze mnie krawcowa codziennie przychodziła do mojego domu. Potem wynajęłam osobną pracownię – wspomina.

Dziś pracownie są dwie, a ona sama steruje produkcją z własnego mieszkania. – Mój model biznesowy polega na takim przeszkoleniu pracowników i określeniu procedur, żebym nie musiała nadzorować ich pracy na miejscu. Najpierw uczę pracowników, a potem daję im dużo wolnej przestrzeni. Taki model współpracy się sprawdza – mówi. Zatrudnia 10 krawcowych, mimo to na nosidełko trzeba czekać dwa miesiące. Ale jej klienci są cierpliwi – Nowozelandczycy, Szwedzi, Amerykanie wracają z ponownymi zamówieniami i polecają jej firmę znajomym. Wszystko dlatego, że Madame GooGoo nosidełka szyje na miarę – nie tylko dzieci, ale i rodziców, i tworzy hybrydy, które może nosić zarówno wysoki ojciec, jak i niska matka. Część klientów przyciągają też materiały – różnobarwne, sprowadzane z najdalszych zakątków świata. – Mam ich już ponad tysiąc – mówi z dumą Agnieszka Lipińska. Jej krawcowe wiedzą, że nie przepuści najdrobniejszej usterki. Jej paradoks polega na tym, że choć jest znana wśród rodziców z Europy Zachodniej, USA, Japonii i Australii, w Polsce jej produkty ciągle są nowością. Wierzy, że w kraju znajdą się klienci na nosidełka kosztujące od 450 do 1,5 tys. zł, w zależności od modelu. Tym bardziej że do podobnych kwot dochodzą te produkowane przez wielkie firmy, wcale nie na miarę, niespersonalizowane i takie, do których nie można zażyczyć sobie doczepianych skrzydeł motyla czy nietoperza.

Królewny noszą obcasy

Karolinę Jaroszewicz do założenia własnego biznesu zainspirowała nie córka – wówczas jeszcze w planach – ale siedmioletnia siostrzenica Marysia, której marzyły się buty na obcasach. Wtedy, w 2011 r., w Polsce były nie do dostania, a Marysia była w wieku, kiedy chce się choć na chwilę zostać królewną. Mama przywiozła jej wprawdzie pantofle z zagranicy, ale plastikowe i byle jakie. A babcia, ilekroć z miasta Wolin przyjeżdżała do Warszawy, nie mogła się nadziwić, że żaden ze stołecznych sklepów nie oferuje obcasów dla dziewcząt. Ciocia Karolina, dziś redaktorka projektów specjalnych w dużym wydawnictwie, powiedziała o tym Monice Brason, z którą poznały się w innej wielkiej firmie wydawniczej. – Obie pracowałyśmy na eksponowanych stanowiskach. Szło nam dobrze, ale czułyśmy, że mamy jeszcze energię, by stworzyć coś własnego. Croolewna powstała błyskawicznie, bo w pół roku. Kończyłyśmy pracę o godz. 18–19 i siadałyśmy do planowania, by paść o drugiej w nocy – wspomina Karolina Jaroszewicz. Przez pół roku zaprojektowały stronę internetową, logo, pudełka i metki. Najtrudniej było znaleźć producenta. – Większość wielkich firm nas wyśmiała, że co to za pomysł, nikt tego nie kupi, a my skończymy na jednym zamówieniu. Producent, który podjął się wyzwania, też miał obiekcje, ale przekonały go żona i córka. Poszłyśmy na całość, zamawiając 700 par w różnych rozmiarach i kolorach – opowiada Jaroszewicz. Na to, co się stało potem, nie przygotowało ich nawet wieloletnie doświadczenie finansowe. Pantofelki firmy Croolewna sprzedały się na pniu – profilowane buciki z włoskich skór, na 3,5–centymetrowym obcasie i montowane ręcznie, z pozytywną opinią Instytutu Matki i Dziecka znalazły nabywców także za granicą. Do Croolewny zgłaszali się klienci z Belgii i Francji. Tysiące dziewczynek wreszcie miało co włożyć na komunie, święta i uroczystości rodzinne. Wspólniczki szybko musiały zamówić kolejne pary, i to znacznie większe, bo okazało się, że dziewczynki w wieku komunijnym potrafią dziś mieć stopę dorosłej kobiety. Stąd rozmiarówka Croolewny zwiększyła się z 25–34 do 38.

Pantofelki komunijne do dziś sprzedają się najlepiej, obok evergreenów – różowych, wybieranych przez królewny młodsze, i czarnych, które wolą starsze, chcące poczuć się doroślej. Siostrzenica Karoliny Jaroszewicz Marysia, dziś 11–letnia, wybiera właśnie te drugie. Ale Croolewnie rośnie kolejna testerka – czteromiesięczna córka Karoliny Zosia. Ona na pewno nie będzie miała problemów ze znalezieniem wizytowych butów.