Przyczajony tygrys, odkryty smok

Trzeba chwili, by dostrzec wzory. Wyłaniają się spod markowych koszul biznesmenów, ekskluzywnych żakietów menedżerek, lekarskich fartuchów czy marynarek polityków. 



Ale nikt nerwowo nie poprawia kołnierzyka. Przeciwnie. Właściciele tatuaży przestali chować je wstydliwie przed światem. Mówią o nich z dumą.

Już od drzwi wejściowych na Tattoo Konwent w Poznaniu słychać brzęk maszynek do tatuażu i czuć charakterystyczną woń: mieszaninę zapachów środków dezynfekujących, tuszu i potu tysięcy ludzi, którzy przyszli zobaczyć, jakie cuda potrafią wyczarować na skórze sprawni tatuażyści. – Zmienia nam się publika: to już nie są małe imprezy skupiające punków czy inne grupy alternatywne. Dziś mamy tu przekrój całego społeczeństwa, z rodzinami z dziećmi włącznie. Do tego stopnia, że organizujemy specjalny kącik z animacjami dla najmłodszych – mówi Marcin Jellinek, który od trzech lat obsługuje konwent od strony medialnej. To niejedyna taka impreza w kraju. Miłośnicy tatuażu spotkają się na zlotach we Wrocławiu, Katowicach, Krakowie, Gdańsku czy w stolicy, gdzie na jesieni czwarty raz odbędzie się Warsaw Tattoo Convention. Zdaniem Marcina Pacześnego, organizatora m.in. poznańskiego wydarzenia, tatuaż jako zjawisko istnieje w Polsce już od 25 lat. – Przyszedł z Zachodu, razem z zagranicznymi teledyskami, ale przez pierwszą dekadę kojarzony był wyłącznie z subkulturami, postrzegany przez pryzmat stereotypów. Prawdziwy rozkwit to ostatnie sześć lat – tłumaczy. Swój pierwszy konwent zorganizował w 2009 r. 



– Razem z przyjacielem chcieliśmy stworzyć miejsce, gdzie przez dwa dni pasjonaci tatuażu będą mogli spotkać artystów z całej Polski i tych, którzy tworzą za granicą, porozmawiać, wymienić poglądy. Na początku przedsięwzięcie miało mocno undergroundowy charakter. Dziś to ogromna impreza, która wzbudza zainteresowanie sponsorów.

Awans na salony

– Czy nadal jest to tylko moda? Jeśli tak, to trwa wyjątkowo długo – mówi Sławomir Frączek. Jego studio Tattoo.pl działa od 1992 r. 



– To raczej ugruntowany już społecznie styl i sposób wyrażania siebie. Można natomiast mówić o modzie na konkretne wzory: kiedyś naśladowaliśmy gwiazdy rocka. Trendy wyznaczał Henry Rollins lub Anthony Kiedis, później gwiazdy popu, aktorzy, celebryci, sportowcy oraz projektanci mody, np. Calvin Klein. Pewne stylistyki są niezmienne, choćby te inspirowane kulturą krajów azjatyckich lub nawiązujące do tradycji plemiennych. Ale nawet one ewoluują i dzisiejsze „new primitives" wyglądają zupełnie inaczej niż geometryczne ornamenty wykonywane w latach 90. ubiegłego stulecia. Ale w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zmieniło się coś jeszcze: akceptacja samego zjawiska. – Dziś rzadziej słyszę argument, że tatuaż nie może być widoczny, ma być schowany całkowicie pod ubraniem. Już dawno zdjęto z niego odium mrocznych klimatów i ulic, gdzie „nie wolno śmiać się głośno i za dobre mieć ubranie", przywołując tekst Lecha Janerki. Tatuaż wszedł na salony i ani myśli ich opuszczać 



– przekonuje. Ale myli się ten, kto łączy go tylko z ludźmi z mediów. Trwały rysunek na skórze noszą dziś nie tylko celebryci, jak Rihanna, David Beckham, a wśród polskich gwiazd Nergal czy Agnieszka Chylińska. Oficjalny strój zakrywa też tatuaże Justina Trudeau, premiera Kanady. To zresztą nie pierwszy wytatuowany polityk, który zaszedł daleko. Długo przed nim byli m.in. 26. prezydent USA, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Theodore Roosevelt czy premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill. W Polsce też co jakiś czas pojawiają się informacje o skrywanych pod sztywnym żakietem czy marynarką rysunkach. Głośno było o tatuażu Elżbiety Bieńkowskiej, byłej wicepremier, a obecnie Europejskiej Komisarz ds. Rynku Wewnętrznego i Usług. Dziś w sejmowych ławach zasiada więcej fanów tatuaży. Niekwestionowanym ich liderem jest poseł Piotr Liroy–Marzec. I nie ma w tym nic dziwnego... – Wśród klientów mamy studentów, pracowników naukowych, lekarzy, urzędników, biznesmenów, sportowców, osoby duchowne, nauczycieli, po prostu wszystkich. To nie przynależność społeczna decyduje o tym, czy ktoś chce mieć tatuaż. To pewien rodzaj fantazji, który inspiruje do poszukiwań – tłumaczy jeden z pionierów polskiej sceny tatuażu.

Tatuaż pod marynarką

– Za każdym moim tatuażem kryje się coś innego. Pierwszy to portret naszego psa Daihana, którego zbyt wcześnie straciliśmy. Drugi: mój tata, który kiedyś był kolarzem. To duży projekt, od ramienia aż do łokcia, wykonany na podstawie zdjęcia zrobionego mojemu tacie w trakcie jednego z wyścigów przez pana Jacka Sztorca. Dziewięć godzin siedzenia ciągiem na miejscu w salonie, bo nie mam wiele czasu w kalendarzu na kolejne sesje. Ostatni związany jest z symboliką japońską i kotami, które wraz z żoną hodujemy. Trenuję japońskie sztuki walki: iaido i jodo. Na kolejne dwa mam już umówione terminy – opowiada Tomasz Gabrusewicz, właściciel Kancelarii Doradztwa Finansowego KDF, doktor nauk ekonomicznych, adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Pierwszy tatuaż zrobił sobie trzy lata temu, w studiu Sławomira Frączka. – Od czasu do czasu w luźniejszych rozmowach okazuje się, że mają je nawet ci współpracownicy, klienci czy studenci, u których bym się tego nie spodziewał – śmieje się. Nie wyobraża sobie, by jego wiedza, doświadczenie miały być oceniane przez pryzmat wyglądu. Natomiast barwne rysunki można podziwiać na uczelni, gdzie pojawia się zwykle w T–shircie i marynarce. – Nie byłem pierwszy. Już po fakcie dowiedziałem się o kilku wytatuowanych kolegach profesorach i doktorach z uczelni w całej Polsce. Nawet moja żona, główna księgowa w dużej firmie o międzynarodowym zasięgu, też zrobiła sobie tatuaż u Sławka.

Problemu z wytatuowanym ciałem w pracy nie ma też Piotr Krajewski, który wraz z żoną prowadzi w Warszawie pracownię architektoniczną specjalizującą się w energooszczędnym budownictwie. Jednak w jego przypadku biomechaniczny wzór trudno utrzymać w tajemnicy: pokrywa całe ręce i tułów. – W życiu mam taką zasadę, że kiedy coś robię, to porządnie. Latem 2012 r. poszedłem do studia Juniorink i kiedy powiedziałem, że w jednym temacie chcę zrobić rękawy, plecy i klatkę, to nie chcieli mi uwierzyć. Tatuowanie zajęło nam rok, a dokładniej: 26 całodziennych sesji co dwa tygodnie. Aspekt finansowy nie był najważniejszy, co innego wygospodarowanie czasu. W pracowni mamy zawsze dużo zleceń, musiałem więc nadrabiać te dni poświęcone na tatuowanie – wspomina. Jak twierdzi, w środowisku jest ewenementem. – Większość architektów nie wygląda zbyt ekstrawagancko ze względu na częste kontakty z urzędnikami i inwestorami. W moim przypadku tatuaż w pracy nie przeszkadza. Przeciwnie. Klienci postrzegają mnie z dredami i tatuażem jako bardziej kreatywnego. A tak poważnie... Ludzie traktują mój tatuaż jak dzieło sztuki i wielokrotnie, nawet w urzędach, proszą mnie o pokazanie go. A to wiąże się ze zdjęciem koszulki.

O tatuażu myślał od zawsze. Dziadek, marynarz, w czasie wojny miał wytatuowane ramiona i klatkę piersiową. – To były dziary z lat 40.: gruba igła, nic finezyjnego. Natomiast zdobiące mnie dziś wzory uwypuklają budowę ciała, odzwierciedlają kształt mięśni czy żeber. Junior, który mnie tatuował, mówi, że tylko „starł gumką", odkrywając to, co było już pod skórą – przekonuje.

Siła smoka

Dobry tatuaż to duża i czasochłonna inwestycja. Im większy obszar, bardziej skomplikowany wzór, tym więcej czasu potrzeba na realizację koncepcji. Dlatego nadal najpopularniejsze są małe wzory, tatuowane sentencje czy imiona związane z ważnymi wydarzeniami lub bliskimi osobami. Na duże obrazy, obejmujące większe partie ciała, stać jedynie niektórych. Nie tylko ze względów finansowych. Taki tatuaż, zwłaszcza jeśli jest widoczny na co dzień, wymaga pewności siebie, akceptacji siebie i możliwości decydowania o tym, kim się jest. Bywa dowodem pozycji, jaką się osiągnęło. Bo białe kołnierzyki, które pną się dopiero po szczeblach kariery, muszą jednak chować swoje drugie „ja" pod ubraniem. Ale nie dotyczy to ich szefów. – W branży wydawniczej jestem jedną z nielicznych wytatuowanych osób. Mam wzory na ramionach, szyi, piersi, obojczyku, planuję kolejny na całych plecach – wylicza Renata Kuryłowicz, współwłaścicielka wydawnictwa Albatros. 



– Pierwszy tatuaż zrobiłam dla syna, potem przybywało mi drobnicy. Ważny dla mnie tytuł książki, znak graficzny z ukochanej powieści, kwiaty, drobne elementy, które mnie określały. Nie miały służyć ozdobie. Rok po śmierci męża poczułam, że mam ich za mało. Potrzebowałam zmiany. Takiej, która będzie trwała, na resztę życia. Tatuując dużego, fantazyjnego smoka owijającego się wokół ramienia i chroniącego imiona jej synów, poczuła się silniejsza. – Wiem, to pretensjonalne, ale... Tatuaże są moim pancerzem. Niektórzy mają z tym problem: mój głos i aparycja sprawiają, że jestem odbierana jako łagodna i spokojna osoba. Ale to tatuaż jest moją właściwą skórą, z którą czuję się najlepiej – przekonuje. Swoich smoków zwykle nie zakrywa, tylko pokazuje je z dumą. Niczym nie ryzykuje: nikt jej nie zwolni, nie musi liczyć się z oceną innych. Wyjątek stanowią wizyty w sądach, w których bywa czasem z racji wykonywanych obowiązków. – Jeśli mam tylko godzinę, żeby zaistnieć i się wypowiedzieć, wolę ich nie pokazywać. Wówczas występuję w roli grzecznej pani wydawczyni. W końcu na sali sądowej nie chodzi o to, żeby być kolorowym ptakiem. Liczy się meritum.

Pamiątka po panu Heniu

Zaczynający w latach 90. tatuażyści nie mieli się od kogo uczyć sztuki i technik tatuażu. Nie było internetu. Byli zdani sami na siebie. Problemem było nawet zdobycie odpowiednich tuszów czy sprzętu. – Wszyscy musieli kombinować. Wzory odbijało się na antyperspirant. Przeważały czarne, mocne wzory, z którymi dziś najczęściej zgłaszają się ludzie, żeby je rozjaśnić pod nowe prace 



– tłumaczy Anna Szymoniak ze studia Azazel Mokotowska w Warszawie. – Oczywiście ludzie przychodzą też po ratunek, kiedy zrobią sobie tatuaż u „pana Henia" w piwnicy. Usuwam też imiona: kiedy człowiek już odszedł, a tatuaż został – dodaje. Tak, w ciągu ostatnich 25 lat sporo się zmieniło. Dziś salony tatuażu przypominają bardziej designerskie salony piękności niż ciasne mordownie. Miejsce prowizorycznych maszynek samoróbek zastąpił profesjonalny sprzęt, nierzadko również polskiej produkcji. – Klient płaci niemałe pieniądze, więc powinien się czuć komfortowo. Ma być czysto, schludnie, przytulnie – wylicza. Jednak nadal czuć w nich klimat pracowni artystycznej, którą zapewniają obrazy i flashe tatuażystów na ścianach. Do wzorów też podchodzi się w inny sposób. Zamiast prac wybieranych z katalogu stawia się na indywidualne koncepcje. Dlatego, zwłaszcza w przypadku tatuaży 



wielkopowierzchniowych, nierzadko konieczne są wcześniejsze konsultacje, w których twórca i osoba tatuowana wspólnie pracują nad projektem. Zresztą czasem trzeba porozmawiać z klientem, żeby sam sobie nie zaszkodził. – To mnie trochę przeraża. Już parę lat temu można było spotkać młodych chłopców, tak 18–20 lat, 



całych goluteńkich, zero tatuażu, tylko róża na dłoni i czacha na szyi. I tak sobie myślę, że coś tu poszło