Przychodzi lekarz do radia...

Nie boi się komercji, szuka hitu, nie oglądając się na nazwiska, i bierze pod lupę nasze muzyczne gusta. - Jestem jedną z najbardziej znienawidzonych osób w tym biznesie – mówi Wojciech Jagielski, dyrektor muzyczny Radia Zet.

Panie doktorze, ma pan sprawdzoną receptę na dobre radio?

Dobre radio to Radio Zet. Czyli odpowiednia mieszanka muzyki, informacji i zabawy. Ja odpowiadam za część muzyczną, ale w stacji pracuje cały sztab ludzi zajmujących się innymi treściami anteny. Słucha nas blisko 7 mln ludzi, więc mogę powiedzieć, że znamy receptę na sukces.

W takiej sytuacji rozumiem, że przestało już pana korcić, żeby założyć biały kitel i wrócić do zawodu lekarza.

To wciąż jest moja druga pasja, jestem na bieżąco z większością publikacji medycznych. I rzeczywiście teraz czuję w sobie dojrzałość do wykonywania tego zawodu. Choć powrót do profesji lekarza jest w moim przypadku raczej abstrakcją. Boję się, że byłbym przez ludzi dość nietypowo postrzegany – niektórzy przychodziliby pewnie nie po diagnozę, ale żeby zobaczyć „wampira" czy „tego" Jagielskiego.

A może chodzi po prostu o to, że przez te wszystkie lata uzależnił się pan od radia?

Wszystkich traktuję jednakowo. Przyznaję, zdarzało się, że materiał, w którym nie widziałem potencjału, stawał się później hitem.

Praca w radiu jest rodzajem przywileju. Także ze względu na specyficzne środowisko ludzi z nią związanych. Dla mnie bardzo ważne są dwie kwestie: że jest to praca twórcza i że towarzyszy jej atmosfera pewnego luzu. Nawet jeśli funkcjonujemy w systemie korporacji, to jest to inna korporacja niż ta, w której na przykład coś się wytwarza. A ponieważ mówi się, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, pewnie bez radia byłoby mi bardzo trudno.

Jednak od przyzwyczajenia do rutyny nie jest daleko...

Każda praca, także ta, zawiera pewne elementy powtarzalne. Jeżeli przyjąć, że człowiek przyzwyczaja się do nich i wykonuje je z mniejszą atencją, to pewnie jest to rodzaj rutyny. Z drugiej strony znaczna część moich zawodowych działań ma charakter twórczy, a więc za każdym razem inny. Proszę sobie wyobrazić, że w ciągu tygodnia dostaję do przesłuchania blisko sto piosenek. W tym czasie muszę ocenić, czy jest to materiał potencjalnie interesujący dla naszych słuchaczy. To wielka przyjemność, ale jednocześnie spora odpowiedzialność, bo oferta muzyczna stacji w dużej mierze przekłada się na jej sukces komercyjny, czyli wpływa na liczbę słuchaczy. Paradoksalnie, ja bardzo lubię tę część mojej odpowiedzialności i w tym znaczeniu od rutyny jestem daleko.

Próbuje pan poznać swojego słuchacza w mniej, nazwijmy to, systemowy sposób? Rozmawia pan z panią z kiosku, z ludźmi w kolejce?

Proszę mi wierzyć, że przy wielu milionach słuchaczy programowanie muzyki radiowej opiera się głównie na badaniu wielkich liczb. Sugerowanie się opinią rodziny czy znajomych jest dokładnie tym, czego w tej pracy należy unikać. Radiowcy wiedzą, że nie można robić radia wyłącznie dla siebie. Bo obracając się w określonym, zamkniętym środowisku, mamy wypaczony obraz tego, co ludziom naprawdę odpowiada.

Czyli przy wyborze materiału antenowego pomaga panu system komputerowy?

A skąd! To jakieś mity. Proszę sobie wyobrazić, że urządza pani imprezę, na którą zaprasza swoich znajomych. Dobiera pani muzykę według ich upodobań, prawda? Tworzy pani coś na kształt profilu słuchacza i przygotowuje mieszankę muzyczną, która powinna sprawić im przyjemność. I to jest właśnie moje zadanie w radiu. Przeanalizowanie profilu słuchacza i dobranie propozycji muzycznych, których chcieliby słuchać. To jest jedyne kryterium, jakim się kieruję, przesłuchując nowe piosenki. Żaden system komputerowy nie ma z tym nic wspólnego. Inną kwestią są natomiast badania profilu słuchacza. Takie dane zamawiają i wykorzystują wszystkie komercyjne rozgłośnie radiowe na świecie. Ich zadaniem jest potwierdzić lub zaprzeczyć, że oferta, którą wytypowałem, jest rzeczywiście dla naszego słuchacza interesująca. Bo jedna rzecz to sobie wyobrażać, że prezes banku lubi słuchać tego, a pani w kiosku – tamtego, a zupełnie inna dostać potwierdzenie, że faktycznie tak jest. I z takich badań, oczywiście, korzystam.

Jest pan kimś w rodzaju szarej eminencji biznesu fonograficznego. Co powoduje, że jeden kawałek dopuszcza pan na antenę, a drugi nie?

Nie ma kodeksu sztywnych zasad, jeśli chodzi o sztukę. Doświadczenie wyrabia pewien rodzaj wyczucia, które podpowiada, że to może być przyszły hit. I to jest moje know-how. Ale stuprocentowej pewności nie ma nigdy. Zresztą losy wielkich artystów pokazują, jak kapryśne bywają gusta publiczności. Jest wielu takich, którzy doczekali się uznania dopiero po śmierci. Są i tacy, którzy święcili triumfy za życia, ale ich sztuka nie przetrwała, skończyła się razem z nimi.

Rzadko daje pan szansę artystom nieznanym, którzy dopiero zaczynają. Boi się pan zaryzykować?

Sam gram w zespole Poparzeni Kawą Trzy i wiem, co znaczy dla artysty zaistnieć na dużej antenie radiowej. Wiem, jak bardzo to może być stymulujące. Dlatego gdyby to ode mnie zależało, chętniej bym ryzykował. Ale nasi słuchacze, do których Radio Zet kieruje swoją ofertę, nie przepadają za eksperymentami. Jak wynika z badań, ludzie, którzy kończą 25 lat, zaczynają pracować, zakładają rodziny, często przestają przykładać tak dużą wagę do nowej muzyki i w ogóle do rzeczy nieznanych. W cenie zaczyna być pewnego rodzaju przewidywalność.

Na pana stanowisku łatwo zdobywa się przyjaciół, a jeszcze łatwiej wrogów...

Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że jestem jedną z najbardziej znienawidzonych osób w tym biznesie. A to dlatego, że absolutnie każdy artysta, tworząc jakieś dzieło, ma przekonanie, że tworzy rzecz wiekopomną. I że takie osoby jak ja rzucają mu kłody pod nogi, utrudniając karierę. Niestety prawda jest inna. Tygodniowo na antenę mogę wrzucić jedynie dwie–trzy nowe piosenki, a dostaję ich sto! Czyli do emisji trafia najwyżej 2–3 proc.

A czy ten artysta pyta później pana, co powinien zrobić, jak poprawić utwór, by Zetka go zagrała?

Bardzo często, ale ja nie mogę angażować się w tego typu dyskusje. I proszę mi wierzyć: wszystkich traktuję jednakowo. Bez względu na to, czy to jest największe nazwisko formatu Kory, czy jakiś debiutant. Zawsze mówię to samo – nie chcę ingerować w proces twórczy. Nie mogę radzić: słuchaj, tu powinieneś dodać wokalu, a tu mniej gitary. To nie jest moje zadanie. Mój system oceny działa zero-jedynkowo. Dany kawałek nadaje się na antenę Radia Zet albo nie. I trzeba wyraźnie podkreślić, że dotyczy to wyłącznie „mojego" radia. Negatywna weryfikacja wcale nie oznacza, że ten sam kawałek nie trafi z powodzeniem na inną antenę.

Zdarzało się, że odrzucony utwór trafiał na inną komercyjną antenę i stawał się przebojem? Bywało, że pan się pomylił?

Przyznaję, zdarzało mi się, że materiał, w którym nie widziałem potencjału, stawał się potem hitem.

Na przykład?

Tak było w przypadku utworu „Zombie" zespołu The Cranberries. Nie wróżyłem temu utworowi wielkiego sukcesu, a stało się inaczej. Rzeczywiście, w tym wypadku się pomyliłem. Ale zapewniam, że nie ma na świecie osoby, która zajmowałaby się tym, co ja i nie popełniałaby czasem takich błędów. To nie jest czysta matematyka, tu nie da się wszystkiego w 100 proc. przewidzieć. Wielokrotnie zdarzało mi się za to przywoływać do życia muzycznego artystów, którzy albo wcześniej nie istnieli, albo popadli w zapomnienie. Tak było chociażby z Beatą Kozidrak. Można powiedzieć, że wskrzesiliśmy muzyczny żywot Bajmu.

Nigdy nie miałem ambicji, żeby być showmanem. Jeśli dziś chciałbym coś robić w telewizji, to nie dla masowej widowni.

Czy polski rynek radiowy jest wystarczająco urozmaicony? Nie brakuje anten autorskich, które miałyby nieco inną ofertę niż komercyjni mainstreamowi nadawcy?

Kiedy duże instytuty robią badania dotyczące rynku, w tym radiowego, i pytają respondentów, jakiej muzyki chcieliby słuchać, to ludzie odpowiadają, że np. jazzu. A później, gdy powstaje taka wyspecjalizowana antena, okazuje się, że ma ona absolutnie marginalny udział w rynku. Problem polega na tym, że nie do końca można wierzyć w takie deklaracje. Co więcej, wyobrażenie ludzi na temat produktu, którego by chcieli, często odbiega od ich rzeczywistych potrzeb.

To może zamiast się do tych gustów dopasowywać, lepiej zacząć je kształtować, rozbudzać potrzeby?

To częsty zarzut stawiany komercyjnym rozgłośniom, ale ja się z nim kompletnie nie zgadzam. Niejednokrotnie ryzykowałem, wprowadzając na antenę nowy trend muzyczny, którego wcześniej nikt nie grał, o ile oczywiście nie kłócił się z podstawowym charakterem Radia Zet. Dobrym przykładem może być zespół Enej – zaprezentowałem go na antenie Zetki, zanim wygrał „Must Be The Music". Podobnie było z niektórymi, mniej popularnymi piosenkami, np. Maleńczuka. Poza tym nie zgadzam się z przypisywaniem wyłącznie pejoratywnego znaczenia przymiotnikowi „komercyjny". Proszę mi wierzyć, że stworzenie przeboju to jest naprawdę wielka sztuka. Jestem przekonany, że każdy artysta, nawet ten grający najbardziej ambitną, alternatywną muzykę, chce z nią dotrzeć do jak największej grupy odbiorców. Dlatego robienie zarzutu z tego, że gramy piosenki popularne, jest nieporozumieniem. ABBA, na przykład, dla niektórych jest szczytem obciachu, ale z jakiegoś powodu ich kawałki grane są od 40 lat na całym świecie.

Nie tęskni pan za własnym, autorskim show? Takim jak „Wieczór z Wampirem", który uczynił z pana postać powszechnie rozpoznawalną.

On zrobił ze mnie taką postać wbrew moim oczekiwaniom i ku mojemu zaskoczeniu. Nigdy nie miałem ani inklinacji, ani ambicji bycia showmanem. A dziś, jeśli chciałbym robić coś w telewizji, to raczej nie dla masowej widowni. Chodzi mi po głowie program, o który większość ludzi pewnie mnie nie podejrzewa. Chętnie zająłbym się popularyzacją nauki. Opowiadałbym o osiągnięciach naukowców, tłumaczył ludziom, dlaczego to jest tak ważne. Nauka zawsze była moją pasją.

Wojciech Jagielski w sesji zdjęciowej dla Sukcesu - making off

Wojciech Jagielski dziennikarz radiowy i telewizyjny, perkusista (m.in. w Poparzeni Kawą Trzy), lekarz. Od 1990 r. jest związany z Radiem Zet. Początkowo jako prezenter i didżej. Dziś jest dyrektorem muzycznym stacji.

Makijaż i charakteryzacja: Anna Kołyga
Konsultacja stylizacyjna: Magdalena Pietraszko