Przestań, już dość

Umiejętność zrezygnowania w odpowiednim momencie jest tak samo ważna jak wytrwałość w realizowaniu celu. A może nawet ważniejsza – przekonuje Alan B. Bernstein, 
światowej sławy amerykański 
psychoterapeuta i doradca zawodowy.

Często powtarzany cytat z Winstona Churchilla „Nigdy się nie poddawaj" w rzeczywistości brzmi: „Nigdy się nie poddawaj, chyba że to nie ma sensu". Sam jestem przykładem kogoś, kto na pewnym etapie swojego życia „odangażował się" z tego, co robił, by zacząć coś innego. Byłem nauczycielem akademickim – zostałem pracownikiem socjalnym i terapeutą, co w latach 70. nie było ani oczywiste, ani prestiżowe. Ale nie żałuję.

„Odangażował się"? Trudne i dziwne słowo. Nie łatwiej powiedzieć: rzucił? Rzucanie jest w naszej kulturze zarezerwowane głównie dla nałogów. „Rzucam palenie", „rzucam fast foody", „rzucam słodycze" – taka postawa jest społecznie akceptowalna. Gorzej jest z rzucaniem pracy, projektu albo kariery. To już ma gorsze konotacje. Ludzie wolą popadać w depresję albo płacić za zaangażowanie przepracowaniem lub po prostu wykonywać nielubianą pracę, byle tylko niczego nie zostawić. Byle wszyscy myśleli: „Ten jest wytrwały, nigdy się nie podda".

Co jest złego w wytrwałości?

Amerykański mit „małej dzielnej ciuchci" zrobił tyle samo dobrego, ile złego. Oczywiście wiadomo, w jakich warunkach powstawał. Trudno sobie wyobrazić pionierów z Dzikiego Zachodu, którzy pewnego dnia mówią: „Nie chce nam się, rezygnujemy, wracamy do Europy". Natomiast wiem, że wytrwałość za wszelką cenę bardzo źle na nas wpływa. Jeżeli człowiek znajdzie się w pętli nadziei na pozytywne wyniki swoich starań, a one ciągle nie przychodzą, nieuchronne jest pytanie, czy warto dalej się starać. Jeżeli jesteśmy skrajnie wyczerpani jakąś sytuacją, może warto się z niej „odangażować"? Podobnie jest w przypadku wyniszczających złych relacji czy nieprzynoszącego satysfakcji hobby.

Dlaczego tak trudno się „odangażować"?

Bo każdy niesie swój bagaż emocjonalny: musimy z naszego kroku tłumaczyć się rodzinie, przyjaciołom, a przede wszystkim – samemu sobie. Poza tym, jak mawiają Anglosasi: lepszy diabeł oswojony niż obcy. Oznacza to, że wielu ludzi woli męczyć się w czymś, co dobrze zna i z czym nauczyło się żyć, niż ruszyć w nieznane i zafundować sobie uczuciowy galimatias. W większości rozwiniętych społeczeństw liczą się takie wartości jak „doskonalenie" czy „poziom mistrzowski". „Odangażowanie się" zmusza do popatrzenia na to, co zostawia się za sobą, ale w kategoriach porażki. Ludzie boją się, że jeżeli teraz coś skończą, może się to okazać skazą na życiorysie, że może już tak zawsze będzie. Te wszystkie niepokoje mogą zatrzymywać podjęcie decyzji o rezygnacji i powodować, że tkwi się w relacjach lub miejscach pracy, które są niepokojące dla zdrowia psychicznego i fizycznego samopoczucia. Rezygnacja („odangażowanie się") nie jest wstydliwą ostatecznością, tylko możliwością spojrzenia na to, co robimy, z innej perspektywy. Tyle tylko że musimy się nauczyć, jak dobrze przestawać i rezygnować. Chociaż jesteśmy uczeni, że ci, którzy się poddają, są nieudacznikami, wiedza o tym, w którym momencie zrezygnować, jest bardzo ważną umiejętnością życiową i... gwarancją sukcesu.

Ale może rzeczywiście, kiedy już raz sobie odpuścimy, będziemy tak robić przy każdym niepowodzeniu?

Są ludzie, którzy mają tendencję do takiego stylu życia. Nazwałem ich „porzucaczami". To ci, którzy uważają, że żadne miejsce pracy nie docenia ich talentów i możliwości. Nie lubią się przemęczać, zniechęcają ich najmniejsze porażki. Uważają, że żadna praca nie jest dość inspirująca. Z jakich powodów tak się dzieje? Nie do końca wiadomo. Wiadomo jedno: źle być „przestawaczem", ale warto uczyć się od nich chociażby brania pod uwagę faktu, że z czegoś można kiedyś zrezygnować. Proponuję zamiast wyświechtanego twierdzenia, że „zwycięzcy nigdy nie odpuszczają, a »odpuszczacze« nigdy nie wygrywają" mówić sobie: „twórcze życie polega na ciągłym wyborze". Nie ma jednej uniwersalnej maksymy, która steruje twoim życiem. Na każdym jego etapie trzeba na świeżo oceniać swoje możliwości. I odpuszczać albo trwać.

Ludzie trwają w określonej sytuacji, bo sporo w nią zainwestowali. Są w niesatysfakcjonującym związku, bo kupili dom na kredyt i urodziły im się dzieci. Pracują w kiepskim miejscu, bo robią to od kilku lat albo mają etat, albo „firma tyle we mnie zainwestowała...".

Zgadzam się. Dlatego najpowszechniejszą sztuką, którą się stosuje (świadomie lub nie), jest pułapka utopionych kosztów. To właśnie sytuacja, o której pani mówi: domek za miastem i ciepła posada, wprawdzie nudna jak flaki z olejem, ale jest. W takiej sytuacji ciężko nagle zdecydować się na całkiem nową drogę. W przypadku zmiany drogi kariery najbardziej wyhamowujący jest strach przed opinią najbliższych, przed utratą szacunku i zaufania ludzi, na których nam najbardziej zależy.

W rezygnacji z rzeczy, które nam nie służą, przeszkadza również mechanizm nazwany przez psychologów prawie wygraną. Naukowcy badali aktywność mózgu ludzi grających w jednorękich bandytów. Zauważyli, że kiedy grającym uda się osiągnąć rezultat dwóch wisieniek zamiast trzech (które wygrywają), ich mózgi interpretują ten fakt jako prawie zwycięstwo. Decydują się z zapałem na kontynuowanie gry, mimo że de facto przegrali. Tak bywa w przypadku, kiedy np. zależy nam na opinii szefa w pracy. Miałem znajomą, która przez lata zabiegała o to, by szef ją pochwalił. Czuła się dokładnie jak wygrywająca dwie wisienki, kiedy on spojrzał na nią przychylnym wzrokiem i mruknął coś pochlebnego. Następnego dnia z zapałem pędziła do pracy, wierząc, że oto właśnie dzisiaj będzie ten dzień, w którym zostanie prawdziwie doceniona. Trwało to latami i, faktycznie, ciężko było jej zerwać z takim trybem życia. Dopiero kiedy się „odangażowała", zrozumiała mechanizm, który sterował jej życiem.

W okowach wytrwałości trzymają nas np. historie ludzi, którzy rzucili dobrze płatną pracę i nie mogli się po tym pozbierać. Albo tych, którzy się rozwiedli i nie zbudowali szczęśliwego związku. Sporo ludzi dokonuje pozornych zmian: odchodzą od partnera, trzaskając drzwiami, a po dwóch tygodniach lądują z nim z powrotem w łóżku. Inni rzucają znienawidzoną pracę, a potem tygodniami myślą o niezrealizowanych w niej projektach.

Czy są ludzie, którzy mają większe predyspozycje do „odangażowywania się"?

Tak, pesymiści. Korzystają na tym, bo w miarę realnie potrafią ocenić swoją sytuację i wyciągnąć z niej wnioski. Optymiści zwykle przeceniają prawdopodobieństwo sukcesu. Skłonność do odpuszczania sobie wynosimy także z dzieciństwa, jeżeli widzieliśmy, że rodzice wybierali bezpieczniejsze drogi i za to nas nagradzali. Niekoniecznie też musimy podejmować ryzyko rezygnacji – najzwyczajniej w świecie możemy mieć „temperament unikania".

Jakie pytanie powinniśmy sobie zadać przed „odangażowaniem się"?

1. Co mnie unieszczęśliwia?

2. Czy mogę to zmienić?

3. Co jest dla mnie dostępne?

4. Czego ja właściwie chcę?

5. Jaka jest alternatywa?

6. Kto może mi opowiedzieć o tym, jak będzie w nowym miejscu pracy?

7. Jakie będą plusy i minusy tej zmiany?

8. Co zrobię z emocjami, które się pojawią?

9. Jakie to będą emocje (wstyd, radość, strach, niepewność, smutek)?

10. Z kim będę mógł o tym porozmawiać, kto mnie wesprze i mi pomoże?