Przeboje jak naboje

Cztery lata trzeba było czekać na nowy album Marii Peszek, aktorki, wokalistki, kompozytorki i producentki. Maria to kobieta renesansu, kobieta pistolet, kobieta dynamit.

W 2005 r. po wielu świetnych rolach teatralnych i filmowych nagrała wyprodukowany przez klan Waglewskich wielokrotnie nagradzany debiutancki album „Miasto Mania", który w pierwszej fazie był jednocześnie znakomitym spektaklem i muzodramem, a następnie zyskał pełnowymiarową formułę koncertową. Maria z aktorki przedzierzgnęła się zaś w sceniczne zwierzę muzyczne.

Następna płyta, tym razem ze Smolikiem jako producentem, „Maria Awaria", to piękny, liryczny, sensualno–erotyczny koncept album, który tylko potwierdził klasę i talent nowego wcielenia Peszek, a Maria wśród prawicowo–katolickich kręgów stała się naczelną obyczajową skandalistką III Rzeczypospolitej.

Na trzeciej płycie, „Jezus Maria Peszek", będącej wynikiem spotkania z wyjątkowym producentem Michałem Foxem Królem, artystka wytoczyła już konkretne armaty, a cała Polska kłóciła się o jej bezkompromisową, mocno antyklerykalną postawę bezlitośnie punktującą radykalizujące się polskie nastroje i tani „patriotyzm", prawo do osobistych wyborów w kwestii posiadania dzieci czy odważne wyznania związane ze zmaganiem się z depresją. Muzycznie była to klubowo–taneczno–rockowa bomba, a koncerty trasy promującej „Jezusa" odbywały się pod znakiem wypełnionych po brzegi sal.

No i wreszcie ukazuje się bardzo oczekiwany, czwarty album, zatytułowany nie bez powodu „Karabin". Tu już nie ma delikatności „Miasta Manii" czy wyrafinowania „Marii Awarii". To 11 znakomitych, jednoznacznie zaangażowanych politycznie protest songów, często brutalnych, jednocześnie lirycznych, walących prawdę między oczy, bez zbędnych słów i ozdobników muzycznych konfrontujących nas ze współczesną Polską.

Na „Jezus Maria Peszek" Polska Marię bolała, teraz „Karabinem" Maria Polskę bez pardonu punktuje za antysemityzm („Gwiazda"), homofobię („Jak pistolet"), zaangażowanie Kościoła w politykę („Polska A, B, C i D"), wszechobecną wzajemną agresję („Krew na ulicach"), mowę nienawiści w życiu i hejt w internecie („Modern Holokaust"). To głęboko aktualny, humanistyczny, bardzo bolesny antywojenny („Żołnierzyk") apel o „kraj kwitnącej myśli", o miłość, tolerancję, wolność i prawo do bycia innym.

W prostych, natychmiast wpadających w ucho piosenkach, które atakują słuchacza jak seria z tytułowego karabinu, Peszek niezwykle szczerze diagnozuje nasze polskie choroby i już nie szepcze jak kiedyś, ale po prostu krzyczy i bije na alarm.

Płytę ponownie wyprodukował Fox i słychać, że jest to kontynuacja taneczno–klubowo–triphopowo–balladowych wątków, brzmień i rytmów z poprzedniego albumu, czego w tym wypadku nie traktuję jako zarzutu, gdyż wobec ciężaru gatunkowego, jakim są teksty piosenek, muzyka spełnia tu bardzo atrakcyjną, ale jednak służebną i jak dla mnie drugoplanową rolę.

Płyta ta wywoła nie tyle szum, ile olbrzymi hałas, dla niektórych będzie ponownie skandalem i szarganiem świętości. Mam jednak – dość płonną – nadzieję, że zaczadzeni przejrzą na oczy i zrozumieją ten potrzebny i bardzo dobry album wykraczający poza zwyczajowe ramy premiery kolejnej nowej płyty wokalistki Marii Peszek. „Karabin" to wynik wojny polsko–polskiej, a Maria jako świadoma i po prostu odważna artystka jest na barykadach, ale po jasnej stronie mocy. Viva Maria!

„Karabin", Maria Peszek