Proszę państwa, oto mistrz

Przebiegły, urokliwy, nienagannie ubrany. Lanser – jednych drażni, innych intryguje. Niektórzy potrafią na wylot prześwietlić jego zagrywki. Ale dla innych to prawdziwy człowiek sukcesu.

Psycholodzy istnienie współczesnych lanserów wiążą często z szałem na gospodarkę rynkową, jeszcze z lat 90. Wtedy wśród młodych ludzi wybuchła moda na studiowanie kierunków biznesowych, zarządzania i marketingu. Wykształcenie przesadnej ilości menedżerów doprowadziło do sytuacji, w której więcej było potencjalnych szefów niż kadry do zarządzania. Rozpoczęła się więc dramatyczna walka o przetrwanie na stanowisku polegająca na udowadnianiu, że jest się w firmie potrzebnym i niezastąpionym. Orężem w tej walce stały się różnorakie kursy rozwijające nasze zdolności autokreacji i autopromocji. Bo sprzedanie siebie, czyli pokazanie się od jak najlepszej strony, niekoniecznie związane jest z posiadaniem rozległej  wiedzy czy unikalnych umiejętności. Kursy bazują na psychologicznych trikach, którymi zjednuje się ludzi. W założeniu mają być wartością dodaną do wiedzy. Gorzej gdy wiedzy brak. Wtedy pozostaje wyłącznie lans.

(Nie)zwykły szkodnik

Jednak po pierwowzór polskiego lansera warto sięgnąć dużo głębiej, do lat 30. ub. w. To wtedy Tadeusz Dołęga–Mostowicz powołał do życia Nikodema Dyzmę. Powieściowy bohater był przecież takim właśnie lanserem, osobą która „umiejętność sprzedania siebie" miała w małym palcu. I mimo rażących braków w wykształceniu, brylowała wśród tamtejszej inteligencji.

Jacek, 55–letni pracownik brytyjskiej korporacji mieszącej się w Warszawie,  przekonuje, że wokół niego nie brakuje współczesnych Dyzmów. – Taki typ ma cały czas dwa iPhone'y przy uchu. Podczas przerwy na papierosa milczy i nasłuchuje, o czym się aktualnie mówi. A już chwilę później rozprawia na ten temat przy kierowniku z miną fachowca – mówi. I przyznaje, że przez jego firmę przewinęło się kilku Nikosiów. – Czasem my, szeregowi pracownicy, rozpracowywaliśmy taką osobę w kilka dni. Ale prezesi pozostawali pod ich totalnym urokiem przez długie tygodnie.

Czy lanserom zdarzały się czasem wpadki? Owszem, ale jak przekonuje Jacek, zawsze mieli pod ręką przekonujące usprawiedliwienie. Takie, które wręcz działało na ich korzyść: że są zapracowani, że roztargnienie to wina zbyt dużej ilości ważnych projektów. A kiedy zaczynało się robić niebezpiecznie, bo poprzeczka stawiana była zbyt wysoko, odchodzili. Chcę zmienić styl życia, może jakaś ekologiczna farma – rzucali na do widzenia. Do samego końca zachowując wystudiowaną pozę.

Uderzające w opisie korporacyjnego lansera jest to, że choć działa bez skrupułów, nie można odmówić mu inteligencji i brawury. Pnie się coraz wyżej, bo ma przed sobą jasno postawiony cel i dąży do niego, nie zważając na swoje braki. Stąd trudno uznać taką osobę za zwykłego szkodnika. Bo lanser, jak nikt inny, umie negocjować warunki umów, sprzedawać towar czy usługi. I budować na zewnątrz pozytywny wizerunek firmy – o ile tylko widzi w tym swój interes. Klienci zwykle go lubią i chętnie nawiązują z nim współpracę. Paradoksalnie, może być bardziej efektywny niż niejeden wybitnie zdolny, ale mało komunikatywny pracownik.

Zdaniem psycholog Marioli Piotrowicz swoje cechy osobiste lanser szlifuje już jako uczeń w szkole. Mowa tu o dzieciach, które choć niezbyt przykładają się do nauki, potrafią zrobić na nauczycielach świetne wrażenie. Gdy odpowiadają przy tablicy, to zawsze na temat, na który coś wiedzą, a nie na zadane pytanie. Przy wpadce wymyślają na poczekaniu wiarygodną wymówkę, która raczej wywoła współczucie niż złość dorosłych. – Jeśli nauczyciele nie rozgryzą w porę takiego dziecka, to utwierdzają je tylko w przekonaniu, że obrany styl bycia popłaca – dodaje psycholog.

Stres mimo woli

Dlaczego osoba posiadająca takie umiejętności intelektualne nie mogłaby po prostu nadrobić braków w wiedzy, zacząć ciężej pracować i stać się pracownikiem idealnym? – To utopia – nie pozostawia złudzeń psycholog. Bo kariera korporacyjnego lansera to często kariera robiona na skróty. Błyskawiczne awanse są dla niego kuszące i tylko wzmacniają poczucie, że inwestowanie w wizerunek opłaca się bardziej niż żmudne szlifowanie kompetencji zawodowych. Ale jednocześnie jest coś psychopatycznego w kreowaniu fałszywej tożsamości. – Bo przecież emocje przy takim lawirowaniu i często okłamywaniu, są ogromne. Tymczasem lanser zdaje się perfekcyjnie nad nimi panować – dodaje Piotrowicz. I rzeczywiście, przeglądając badania światowej sławy ekspertów od psychopatii Roberta D. Hare i Paula Babiaka, autorów książki „Węże w garniturach. Gdy psychopaci idą do pracy" widać, że wśród pracowników korporacji i osób, które szybko awansują, jest aż czterokrotnie więcej tych z cechami psychopatycznymi niż w reszcie społeczeństwa.

Paweł Skrzycki z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie zaznacza jednak, że cechy psychopatii to nie to samo co psychopatia. Bo ta jest ciężkim zaburzeniem osobowości, której objawy koncentrują się wokół zachowań antyspołecznych, wrogich względem innych. Lanserzy korporacyjni mogą mieć cechy psychopatyczne, jak: brak skrupułów w okłamywaniu, wyrzutów sumienia czy poczucia wstydu, umiejętność chłodnego kalkulowania czy silny egocentryzm i nastawienie na cel. I nie tracą przy tym magnetyzującego uroku osobistego. – Ale przesadą byłoby uznanie ich za klasycznych psychopatów, bo tych w populacji jest naprawdę niewielki procent – ocenia Skrzycki. Przekonuje, że gros mistrzów autokreacji nie jest tak zimnych i wyrachowanych jak psychopaci. I wieloletnie lawirowania opłacają przewlekłym stresem, depresją. Albo chorobami psychosomatycznymi: migreną lub tzw. chorobą korporacyjną – tężyczka, która objawia się mimowolnymi skurczami mięśni wynikającymi z przeżywania permanentnego napięcia.

Mocne sojusze

Podstawową cechą niezbędną do bycia korporacyjnym lanserem jest zdolność do szybkiego analizowania i uczenia się poprzez naśladownictwo. Taki człowiek przede wszystkim podpatruje najlepszych i stara się zachowywać tak jak oni, wygłaszać popularne opinie zawodowe i mieć zawsze takie zdanie, jakie ma (oczywiście – całkiem przypadkowo) ktoś wyżej postawiony. To naśladownictwo przekłada się na życie prywatne. Lanser nie tylko więc ubiera się w podobny sposób, co ktoś silny i wpływowy w jego otoczeniu. Uprawia również te same sporty (przypadkowo, podobnie jak prezes, uwielbia kitesurfing). I podobnie jak dyrektor uważa, że zachwyty nad sztuką Vivien Mayer są mocno przesadzone.

Nie bez znaczenie są tu zdolności aktorskie. Lanser do perfekcji opanował rolę wiecznie zapracowanej osoby. W tym celu np. nastawia sobie co kilka minut budzik w telefonie i udaje, że dzwoni ważny klient. Telefony, laptopy to ogólnie świetne rekwizyty do kreowania wizerunku. Lanserzy potrafią odbierać połączenie ze słowami: oddzwonię, bo mam ważne spotkanie. Albo zabierają na lunch laptop i udają, że cały czas pracują, nawet w czasie wolnym. Co ważne, lanser zawsze ma pełno pracy, ale tę pracę kocha. Na jego twarzy nie zobaczy się zmęczenia, czy zniecierpliwienia. Chodzi po biurze szybko, z naręczem notatek i bardzo skupioną miną. Widać, że cały czas coś ma na głowie. Bliżsi współpracownicy mogą widzieć, że to cyrk i gra i odsuwać się od niego. Ale to, co wydaje się szczególnie antyspołeczne, to fakt, że lanserzy nie zawahają się ani sekundy przed podkradaniem cudzych pomysłów czy robieniem innym złego piaru. Lanser korporacyjny jest w końcu miły, ale na pokaz. Przede wszystkim bowiem jest osobą w całkowicie skoncentrowaną na sobie i swoim sukcesie. Współpracownicy nie mają dla niego żadnego znaczenia, chyba że coś mu mogą dać.

Mistrzowie autopromocji potrafią perfekcyjnie zjednywać sobie pracodawców. Zwłaszcza takich, którzy lubią, gdy ich zdanie jest hołubione. Jeśli szef potrzebuje wzmocnić samoocenę, taki pracownik jest dla niego skarbem. Inna sprawa, że kwestionowanie kogoś, kto się zawsze z nami zgadza, jest niezwykle ryzykowne psychologiczne, bo jest kwestionowaniem samego siebie. – W naturze ludzkiej jest instynktownie zakodowana obrona swojego stanowiska i wcześniej wypowiedzianego zdania. Dlatego pracodawca, któremu trudno przyznać się do błędu, będzie usilnie racjonalizował błędy korporacyjnego lansera i go usprawiedliwiał. Tak, by podtrzymać własną samoocenę i nie przyznać się do porażki – podsumowuje Mariola Piotrowicz.