Potęga muzyki

O konieczności inwestowania w młodych ludzi, przyjaźni z Krzysztofem Pendereckim oraz nieśmiertelności, jaką daje muzyka, mówi John Axelord, światowej sławy dyrygent, który w grudniu koncertował w Polsce w ramach projektu Santander Orchestra.

Publiczność warszawskiej Filharmonii Narodowej nagrodziła pana i młodych muzyków tworzących Santander Orchestra owacjami na stojąco. Koncert był jednym z pięciu występów wieńczących pierwszą edycję muzycznego projektu Fundacji MyWay i Banku Zachodniego WBK. Siebie i członków orkiestry nazwał pan szczęściarzami. Dlaczego?

Najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest przygotowanie następnych pokoleń do tego, by mogły przetrwać. Inwestycja w młodych ludzi jest najpewniejszą inwestycją. Gdy włożymy pieniądze w akcje, ich kurs może iść w dół, a gdy zainwestujemy w dzieci, to zawsze zaprocentuje. W Polsce żyje ok. 40 mln ludzi. Muzyków, którzy grają w orkiestrach o wysokim poziomie, jest może 500. To dowodzi, jak wielką są oni wartością. Nauka muzyki jest drogą do odkrycia siebie, swojej niezależności, oryginalności, rozwijania się, ćwiczenia matematyki, poznawania historii i stosowania innowacji – podobnie jak w innych dziedzinach, ale z jednym wyjątkiem, bo pojawia się jeszcze artyzm. Gdy się to wszystko podsumuje, widać, jak szczególne i niezwykłe jest uczestnictwo w Santander Orchestra, jak pożyteczne jest Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego i działania fundacja MyWay.

Pan swoją drogę obrał jako młody chłopak. W wieku 16 lat pobierał pan lekcje u samego Leonarda Bernsteina.

Już wtedy sugerował mi, że mogę zostać dyrygentem. Kiedy twój mentor powie ci, żebyś podążał jego śladem, a jest kimś tak wielkim jak Bernstein, możesz zrobić dwie rzeczy – iść w tym samym kierunku albo uciec. W obu przypadkach można dokonać dobrego wyboru i stworzyć coś wielkiego. Ale jak można być drugim Bernsteinem? Bałem się, że zawiodę jego oczekiwania. Ten strach towarzyszy każdemu młodemu muzykowi, który staje na scenie. W końcu zdecydowałem się na studia muzyczne, ale nie byłem pewny, czy chcę żyć tak jak muzyk. Mój ojciec jest człowiekiem sukcesu, któremu powiodło się w biznesie. A ja obawiałem się, że nie będę w stanie utrzymać się z muzyki.

Więc zajmował się pan innymi rzeczami, np. pracował pan w przemyśle muzycznym i u Roberta Mondaviego w Wine and Food Center w Kalifornii.

Dużo wtedy konsumowałem. Kiedy Robert Mondavi zaproponował mi, żebym został dyrektorem w jego firmie, zapytałem: co mam robić? Odpowiedział: jeść i pić. Stwierdziłem: OK! Jednak po pewnym czasie takie życie i brak pracy twórczej zaczęły mi przeszkadzać.

Podobno przełom i powrót do muzyki związany był z „Tristanem i Izoldą" Richarda Wagnera.

Cały czas miałem w głowie tę myśl: czy wrócić do muzyki? Zastanawiałem się, czy powinienem zostać dyrygentem. Czy w wieku 29 lat mam na to szanse? Pewnego dnia wracałem z kolacji u Roberta Mondaviego, w uszach brzmiała mi melodia z „Tristana i Izoldy". To jeden z moich ulubionych utworów Wagnera. Choć sam kompozytor nie był najlepszym człowiekiem, jego muzyka jest cudowna. Bernstein zwrócił mi uwagę na to, że najbardziej rewolucyjny w niej jest nie tristanowski akord, ale cisza, która występuje pomiędzy dźwiękami. Ona trwa, i trwa, i trwa. W pewnym momencie zatrzymałem samochód, wyłączyłem silnik i wyszedłem, by spojrzeć na piękno Napa Valley, poczuć jej zapach. Panowała tam niczym niezmącona cisza. Nie było samolotów, pociągów, samochodów, wiatru i głosu ptaków. Poczułem potęgę tej ciszy. To była najpiękniejsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszałem. Wtedy zrozumiałem, że popełniłem błąd, nie podążając za muzyką. Pomyślałem: Bóg dał mi talent i jeśli z tym nic nie zrobię, będę żałował do końca życia. Kiedy wróciłem do samochodu, włączyłem radio i usłyszałem „Tristana i Izoldę". To był dla mnie znak, że powinienem wrócić do muzyki.

Teraz koncertuje pan na wielu światowych scenach, ostatnio odwiedził pan Polskę. Ale to nie pierwszy pana kontakt z naszym krajem. Pańska babcia stąd pochodziła...

Tak, urodziła się w Łodzi. Pamiętam, że gdy przyjechałem do Krakowa, przestałem być Johnem, a stałem się Jasiem. W Polsce czuję się jak w domu. Moja rodzina najprawdopodobniej pochodzi z Königsberga, potem przenosiła się do Łodzi, Petersburga, a następnie emigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jestem Amerykaninem trzeciego pokolenia, ale z powodu moich korzeni lubię nazywać się Ameropeaninem.

Czy to te polskie korzenie mają wpływ na to, że nazywa pan Krzysztofa Pendereckiego swoim mentorem?

On jest żywą legendą. Jest prawdopodobnie najlepszym żyjącym polskim kompozytorem, jeśli nie najlepszym na świecie. Jestem bardzo wdzięczny, że kilkanaście lat temu Krzysztof i Elżbieta Pendereccy rozpoznali mój entuzjazm do grania muzyki i zaprosili mnie do Krakowa, gdzie zostałem pierwszym dyrygentem Sinfonietty Cracovii. Niewątpliwie pomiędzy mną a orkiestrą zrodziło się coś na kształt romansu, a państwo Pendereccy stali mi się tak bliscy jak rodzice. Jest takie powiedzenie w angielskim, że za każdym wspaniałym mężczyzną stoi wspaniała kobieta. Nie zgadzam się z tym, zmieniłbym słowo „za" na „obok". Krzysztof i Elżbieta wspierają się nawzajem. Zbudowali Europejskie Centrum Muzyki w Lusławicach i z czasem pojawili się w nim młodzi muzycy. Spełniły się słowa z filmu „Pole marzeń": „Jeśli zbudujesz, przyjdzie". Krzysztof Penderecki jest szlachetnym człowiekiem, geniuszem. Kto nie chciałby podążać jego śladem? Jako mój mentor dał mi inspirację, możliwości, muzyczne doświadczenie, szanse premierowego grania jego dzieł i promowania ich na świecie.

Uważa pan, że za mało tej promocji? W USA nie ma nawet ministra kultury.

Rzeczywiście nie traktuje się tam kultury jako dobra narodowego. Bill Clinton gra na saksofonie, John Kerry na gitarze klasycznej, a Barack Obama lubi Steviego Wondera, ale nie słyszałem o ich spektakularnych inwestycjach w sztukę. Muzykę klasyczną wspiera za to na dużą skalę Taylor Swift, gwiazda country, oraz firmy takie jak Ford, który po wojnie założył kilkadziesiąt lokalnych orkiestr. Z czasem się rozmnożyły, są ich teraz tysiące. To stwarza dobre perspektywy młodym ludziom. Gdy więcej z nich zainteresuje się muzyką, mniej będzie złodziei i handlarzy narkotyków, mniej państwowych wydatków na służbę zdrowia, pomoc społeczną i więziennictwo. To jest czysta kalkulacja. Inwestując w kulturę, państwo nie straci ani dolara, ani złotówki, zyska dodatkowo prawie połowę. To się opłaca, tylko trzeba patrzeć długofalowo. Podobną perspektywę powinny mieć firmy. Co z tego, że osiągną szybki zysk; czy wiedzą, co będzie potem?

Myślę, że znalazł pan sposób na czerpanie z życia tego, co najlepsze.

To nie jest skalkulowane, to przychodzi samo. Oprócz wielu powodów przemawiających za tym, że warto być muzykiem, jednym z najważniejszych może być aspekt związany z zen. My żyjemy tu i teraz, gdy tworzymy muzykę, czas znika. Wracając do inwestycji w kulturę... Gdybym mógł przekazać coś polskiemu ministrowi kultury, powiedziałbym mu, że powinien zainwestować w nieśmiertelność. Ponieważ to, co robią artyści, jest życiem poza czasem i przekazywaniem swojej twórczości następnym pokoleniom. Gdy budujemy nową salę koncertową, taką jak w Katowicach, Wrocławiu czy Szczecinie, gdzie graliśmy z Santander Orchestra, gdy widzimy dzieła sztuki w muzeum, rzeźby, które – jak „Dawid" Michała Anioła 
– mogą podziwiać kolejne pokolenia, stajemy się nieśmiertelni.