Posiadam, więc jestem

Doktor Robert Laing (Tom Hiddleston) właśnie stracił siostrę. Poza tym wszystko doskonale. Jest wysoki, przystojny, ma świetną sylwetkę i praktykę zawodową z gatunku tych lepiej płatnych.

Naturalną konsekwencją jest adekwatny do jego wyglądu i pozycji luksusowy apartament w równie luksusowym wieżowcu zaludnionym przez stany wyższe i wyższe stany średnie miejscowej socjety. Doktor mieszka na 25. piętrze, plasuje się zatem mniej więcej w połowie tutejszej drabinki społecznej. Może patrzeć z góry na bogatych emerytów i sfrustrowanych pracowników telewizji, ale nad sobą ma gwiazdy filmowe i obrzydliwie bogatego architekta Anthony'ego Royala (Jeremy Irons), twórcę całego budynku. A ci już dobrze wiedzą, jak pokazać człowiekowi, gdzie jest jego miejsce w porządku dziobania. Jakby tego było mało, luksusowy wieżowiec ewidentnie zaczyna się sypać. A to winda się zacina, a to panel sterowniczy odpada ze ściany. Najwyraźniej frustracje mieszkańców udzielają się nie tylko atmosferze, ale i materii.

„High–Rise" Bena Wheatleya to ekranizacja powieści J.G. Ballarda z 1975 r., w Polsce wydanej pod tytułem „Wieżowiec". Jednego z najlepszych – obok „Kraksy", „Imperium słońca" oraz wysoko cenionych opowiadań – dzieł w dorobku pisarza powszechnie uznawanego za pierwszoplanowe nazwisko na mapie brytyjskiej literatury XX–wiecznej.

Ballard miał koszmarne dzieciństwo. Urodzony w Szanghaju w 1930 r., już w wieku siedmiu lat był świadkiem bombardowań chińskich i japońskich, a jako 12–latek został internowany przez Japończyków i zamknięty w obozie na trzy lata, aż do końca II wojny światowej. Jego proza przesycona jest fatalizmem i niewiarą w gatunek ludzki, przemoc psychiczna splata się w niej z fizyczną oraz seksem, a rzeczywistość często ma charakter dystopijny. „High–Rise" łączy wszystkie te elementy, przy okazji okraszając je groteskowym i mocno jadowitym poczuciem humoru.

Ben Wheatley, adaptując „Wieżowiec", miał więc zadanie wyjątkowo trudne i wybrnął z niego więcej niż obronną ręką. Przede wszystkim nie próbował na siłę uwspółcześniać materiału literackiego – akcja filmu toczy się zatem w latach 70. ubiegłego stulecia, ale jest to rzeczywistość rodem z katalogu vintage, w którym tapety na ścianach, modele samochodów czy kształty stolików są de facto ważniejsze niż plączący się między nimi ludzie. Zresztą generalnie „High–Rise" to film o materializmie czy nawet szerzej – o materii. To ona decyduje o położeniu w hierarchii, o awansie społecznym, stanowi wyłączną treść egzystencji.

Świetnie widać to na przykładzie drobiazgów: Laing nie oprawia zdjęcia z siostrą, przypina je do ściany zwykłą pinezką – wszak żałoba nie należy do materialnego porządku rzeczy. W kuchni ma drogą, designerską lampę, ale śpi na zwykłym, rzuconym na podłogę materacu, bo na lepsze łóżko na razie go nie stać. Lepiej nie mieć nic, niż mieć coś poniżej wyznaczonych standardów.

Z czasem relacja: człowiek–materia degeneruje się coraz bardziej. Wieżowiec, niczym toksyczny partner, trzyma swoich mieszkańców w niewidzialnych sidłach, a ewentualna ucieczka nie wchodzi w grę, bo poza budynkiem życie po prostu nie ma sensu. Co prawda momentami film rozpada się na pojedyncze sceny, a przewaga detalu nad całością może nieco nużyć, niemniej nihilizmu, atmosfery kaca i odoru przetrawionego szampana już dawno na ekranie nikt tak dobrze nie oddał.

„High–Rise", reż. Ben Wheatley, od 8 kwietnia