Polskie okno na świat

W gospodarce musimy się nauczyć działać razem. Inaczej nigdy nie dogonimy Niemiec, Holandii czy Danii – mówi Ryszard Florek, prezes fakro, drugiego największego na świecie producenta okien dachowych.

Przekonuje pan, że w czasach wolnego rynku, znoszenia barier handlowych, Unii Europejskiej itd. najistotniejsze znaczenie ma narodowa wspólnota ekonomiczna. Dla niektórych pańskie słowa mogą zabrzmieć jak czysta herezja.

A kto panu będzie wypłacał emeryturę? Kto zapłaci za leczenie? Kto sfinansuje edukację dzieci? Unia Europejska? Nie! Mam wrażenie, że wielu Polaków myśli kliszami, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. To z naszych podatków państwo finansuje wydatki na rzecz obywateli. Płaci tym, którzy nas uczą, leczą, a także pracownikom administracji publicznej. Ze wspólnej, państwowej kasy wypłacane są stypendia dla uczniów i studentów. Państwo musi mieć także środki na utrzymanie wojska, policji i administracji. Z budżetu pokrywane są wydatki inwestycyjne na budowę ważnych projektów infrastrukturalnych. Im więcej wytworzymy, im wyższe będzie nasze PKB, tym więcej zarobimy i wydamy. Wtedy więcej zapłaconych przez nas podatków trafi do państwowej kasy. Budżet możemy porównać do beczki, do której wszyscy członkowie państwowej, ekonomicznej wspólnoty „wlewają" podatki. W ten sposób mamy realny wpływ na wielkość polskiego budżetu. Środki, które przyznaje nam UE, to zaledwie 2 proc. naszego budżetu. To podstawowa wiedza, która – mam wrażenie – gdzieś nam umyka.

Tylko co szary konsument może zrobić, żeby to PKB wzrosło? Pan, jako szef dużej firmy, to co innego.

Myli się pan. Wszyscy mamy wpływ na nasze PKB. Kupując produkty z importu lub produkowane w Polsce przez zachodnie koncerny, pomniejszamy polskie PKB, czyli średnie krajowe wynagrodzenie.

Mam zatem kupować tylko polskie produkty?

Jeśli nie chce pan zwiększać poziomu życia Włocha, Anglika czy Niemca, tylko swój, to tak. Funkcjonujemy bowiem w naszej polskiej wspólnocie ekonomicznej. Im więcej wyprodukujemy rodzimych produktów czy usług , tym więcej możemy przeznaczyć na wynagrodzenia. Jesteśmy w UE, ale należy pamiętać, że w Unii gospodarka każdego kraju rozwija się samodzielnie.

A czy pan postępuje zgodnie ze swoimi radami? Kupuje pan jogurt z polskiej spółdzielni mleczarskiej zamiast np. wyprodukowanego przez zagraniczny koncern?

Zapraszam do siebie do domu. Pokażę panu lodówkę. Ubrania także kupuję polskie. Bardzo długo jeździłem też polonezem.

No właśnie. To jest druga strona medalu. Mnóstwo rzeczy nie jest produkowanych przez Polaków. Nawet gdybym chciał, nie mam możliwości wsparcia np. polskiego przemysłu samochodowego. Co wtedy? Mam nie kupować samochodu w ogóle? Czy kupić używanego malucha?

Nie sprowadzajmy tego do absurdu. Zagraniczne inwestycje i konkurencja przyniosły dużo korzyści dla Polski. Od kolegów z Zachodu możemy się uczyć zarządzania i skuteczności. Wyszkolić u nich kadry. Niektóre przedsięwzięcia po 1989 r. w ogóle nie byłyby możliwe bez kapitału zachodniego. 
Zdrowa i uczciwa konkurencja ze strony zachodnich firm zmusza nas do innowacji, do ścigania się z nimi. To są pozytywne zjawiska.

Czy wspierając branże gospodarki, które są polskie, jesteśmy w stanie zmienić coś w szerszym obrazie?

Pan jest z pokolenia wychowanego na hollywoodzkich produkcjach – oczekuje pan, że życie zmieni się w ciągu sekundy. Tymczasem takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Na zmianę trzeba systematycznie pracować. Zaczynając od małych rzeczy. Przecież to nie jest tak, że straciliśmy ostatecznie szansę na zbudowanie swojego przemysłu motoryzacyjnego czy odzyskanie większego wpływu na sektor finansowy. Ale do tego potrzebny jest kapitał. Gromadźmy go zatem w branżach, w których mamy coś do powiedzenia, i poszerzajmy nasze wpływy dalej. Poruszył pan temat motoryzacji – jesteśmy przecież całkiem poważnym producentem części zamiennych do samochodów. Może następnym etapem będzie właśnie stworzenie samochodu.

Uważa pan, że polski sektor finansowy jest w zbyt dużym stopniu zależny od kapitału zagranicznego?

Uważam po prostu, że kapitał ma narodowość, a międzynarodowe koncerny, podejmując decyzje, biorą pod uwagę przede wszystkim interes swojej wspólnoty ekonomicznej. Zna pan przykład zagranicznej korporacji, która przeniosłaby siedzibę do Polski? Bo ja nie znam. A przecież tutaj płaciliby niższe czynsze, mieliby dostęp do znakomicie wykształconych, ambitnych młodych ludzi, którym musieliby płacić znacznie mniej niż w Niemczech, Francji czy Holandii. Dlaczego zatem tego nie robią? Dlaczego wolą płacić wyższe pensje w swoich macierzystych krajach? Przecież to oczywiste – nikt nie będzie likwidował miejsc pracy w pierwszej kolejności u siebie. Efekt jest taki, że te wyższe pensje są wydawane tam na miejscu i napędzają tamtejszy PKB.

Jesteśmy w stanie dogonić pod względem poziomu życia niekoniecznie Niemcy, ale chociażby Włochy?

Jestem optymistą i myślę, że mamy szansę dogonić nie tylko Włochy, ale i Niemcy. Jesteśmy bardzo pracowitym i przedsiębiorczym narodem, ale musimy uświadomić sobie oczywiste rzeczy, takie jak na przykład to, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nasz poziom życia, i zacząć działać w jednym kierunku. Często mam wrażenie, że pokutują u nas stereotypy z poprzedniej epoki. Jak chociażby taki, że polski przedsiębiorca to wróg i krwiopijca.

Nie jest czasem tak, że niektórzy przedsiębiorcy zasłużyli sobie na taką łatkę? I chociaż jest ich pewnie niewielu, to psują opinię wszystkim?

Nie wiem, czy jakiś statystyczny margines jest w stanie aż tak popsuć opinię. Moim zdaniem wynika to z paradoksu: mimo że Polacy są wyjątkowo pracowici i przedsiębiorczy, to wielu z nas ma wobec życia niezwykle roszczeniową postawę. Przychodzimy na rozmowę o pracę i oczekujemy nie wiadomo czego. Tymczasem to nie jest tak, że pracodawca może nam zapłacić tyle, ile sobie zażyczymy. Może zapłacić tyle, na ile go stać. I tylko tyle. Płacę dyktuje rynek.

Ale podejście do przedsiębiorców wśród zwykłych ludzi to zapewne niejedyny problem, z którym musi się pan stykać?

Jest tego, oczywiście, sporo. Jednym z głównych problemów, z którym musimy się zmagać codziennie, jest prawo. Powinno być tworzone po to, aby służyć obywatelom i ułatwiać funkcjonowanie zarówno jednostki, jak i całej grupy. Tymczasem w Polsce przy tworzeniu prawa nie bierze się pod uwagę tego, na ile nowe przepisy poprawią efektywność naszej wspólnoty ekonomicznej. Wiele przepisów powstaje w wyniku lobbingu określonych grup społecznych i zabezpiecza wyłącznie ich interesy. Czynniki te powodują, że przedsiębiorcy zbyt dużo czasu i środków finansowych poświęcają na rozwiązywanie problemów prawnych. W ten sposób tracą konkurencyjność w stosunku do producentów z tych krajów, w których nie ma tego typu obciążeń. Prawo gospodarcze powinno regulować tylko niezbędne obszary życia obywateli. Z kolei prawo podatkowe, oprócz funkcji fiskalnej, powinno mieć także charakter motywujący do rozwoju gospodarczego, a nie na odwrót. Najpoważniejszym problemem nie jest jednak prawo, ale tzw. czynnik ludzki.

A konkretnie?

Urzędnicy. Czasami trudno powiedzieć, czym kieruje się dany urzędnik, podejmując taką, a nie inną decyzję.

Ma pan pomysł, jak to zmienić?

Tak. Poprzez mówienie ludziom, jak funkcjonuje ich gospodarka. I ta edukacja jest potrzebna na każdym szczeblu. Moim zdaniem powinniśmy wprowadzić do szkół przedmiot „przygotowanie gospodarcze". To jest początek, a jednocześnie klucz do tego, żebyśmy dogonili gospodarczo państwa Zachodu.